11-15.11.2008
Jaisaimer - zlote miasto na mojej drodze, w ktorym to rozpoczela sie moja wielka przygoda z wielbladami:)
Do Jaisaimer dotarlam po 12- godzinnej jezdzie lokalnym autobusem z Mt Abu (225 rupi). Droga byla bardzo ciekawa, bo caly czas prowadzila przez pustynie. Wokolo nicosc, pustka.. czasem tylko wyschniete, suche rosliny badz krzaki, czasem przechadzajace sie wielblady:) To widok zza zakurzonego okna mknacego autobusu. Czasem nasz starodawny srodek lokomocji stawal na rozdrozach, gdzie nie wiadomo skad pojawiali sie miejscowi ludzie. Pustka, wydaje sie, ze jestemy w centruym pustyni, a tu nagle ludzie. Ubrani w typowe rajasthanskie stroje - mezczyzni- dlugie curty, kobiety kolorowe saree i bardzo ciekawe odmienne, plastikowe branzoletki, ktore nazwalabym nawet obreczami, bo siegaja niemal do ramienia. Takie widzialam tylko w Rajasthanie...zastanawiam sie tylko czy sa wygodne?!?! hmmm?? Niestety nie bylo mi dane je przymierzyc:(:( Moze trzeba poszukac nowego meza z Rajasthanu?:):) hahhaha.
Po drodze mielismy jedna smutna sytuacje. Otoz bylismy swiadkami jak wielblad wpadl pod busa.. tak.. wielkie na dwa metry zwierze wyskoczylo na ulice i zostalo zmiecione przez nadjezdzajacy samochod. Oczywiscie nasz autobus zatrzymal sie natychmiastowo, wszyscy mezczyzni wyskoczyli i zaczeli podnosci busa tak aby oswobodzic uwiezione zwierze. Spod maski wystawly tylko dwie dlugie nogi, ktore trzesly sie w bolu. Widok przerazajacy. Po pieciu minutach walki z samochodem rzesza mezczyzn poddala sie, wielblad oddal swoje ostatnie tchnienie, a w moich oczach pojawily sie lzy..nigdy nie przypszczalam, ze taka sytuacja moze miec miejsce...wielblad, najwieksze zwierze jakie widzialam w Indiach pod kolami samochodu :(:( Ale oprocz smutku byly tez chwile radosci i zadowolenia. Towarzyszami w mojej podrozy byli dwaj konduktorzy, ktorzy przez cala droge wykazywali o mnie troske.. z nimi tez jadlam obiad, pilam chai i gaworzylam:)
Do Jaisaimer dojechalismy okolo 18-tej, bylam wykonczona i maksymalnie brudna. Jedyne o czym marzylam to zimna kapiel.. piach byl na calym moim ciele, w kazdym zakamarku.. ale chyba musze przywyknac, bo przeciez przez kolejne dni moim domem bedzie pustynia:)
Na dworcu zlapal mnie K.K. pracownik jednego z pobliskich hoteli - Sarovar Hotel. Zmecznie wzielo gore, dalam sie wciagnac.. ale moze i dobrze. Pokoj za 100 rupi, a warunki naprawde dobre. Dodatkowo naprawde dobra lokalizacja... z dachu hotelu rozposciera sie widok na fort, co czyni to miejsce jeszcze bardziej wyjatkowym. Pierwszego dnia nie udalo mi sie zrobic nic wiecej poza odpoczynkiem dla mojego zmeczonego ciala.
Kolejny dzien rozpoczelam od uzgodnien z wlascicielem hotelu na temat opcji oferowanych w ramach tzw. "camel safari":). Oczywiscie romowy nie byly latwe i cena wyjsciowa za safari na wielbladach wyniosla 850 rupi za dzien. Po dlugich negocjacach i wsparciu Manu (hinduski glos zawsze znaczy nieco wiecej dla lokalnych), dostalam przystepna cene 550 rupi za dzien. Wiec zgodzilam sie. Jade na dwudniowe safari... wielblady wszystkich swiatow laczcie sie.. Drahanka nadchodzi:)... ale to dopiero jutro:)
Tego dnia udalo mi sie jedynie zwiedzic Jaisaimer Fort. Rozpoczelam od Maharaja's Palace (wstep 250 rupi, audioprzewodnik wliczony w cene). Ciekawe miejsce, godne polecenia choc bez wiekszej euforii. Trzeba jednak przyznac, ze widoki z palacu na Jaisaimer zapieraja dech w piersiach:) Potem spacerowalam po waskich uliczkach fortu i podziwialam piekne fasady poszczegolnych budynkow. Co ciekawe kazdy budynek w Jaisaimer ma bardzo interesujaca architekture, liczne rzezbienia, piekne kolory. Jaisaimer znany jest jako "golden city" i trzeba przyznac, ze w sloncu swieci jak zloto:) Potem przespacerowalam sie na oddalony o pol godziny drogi dworzec kolejowy, gdzie ywkupilam bilet do Jodhpur na najblizsza sobote (sleeper, 157 rupi). Nie wspominalam o tym wczesniej, ale Indie maja ciekawy system zakupow biletow z licznymi udogodnieniami dla obcokrajowcow. Na przyklad na niemal kazdej stacji znajduje sie specjalne okienko, przeznaczone dla obcokrajowcow. Dodatkowo kobiety nigdy nie stoja w kolejkach..ten przywilej stania nalezy sie tylko mezczynom.. haha:) To mi sie podoba. W kolejce stoi ze setka mezczyzn, a ty podchodzisz do okienka i kazdy musi cie przepuscic. To jeden z wyrazow szacunku dla plci pieknej:) Oby tak w Polsce bylo, a nice przepychanki lokciami i nogami:) Po uroczej wizycie na dworcu nadszedl czas na cosik dla zoladka. Pyszny palak paneer w restauracji Chandan Shree Restaurant i odpoczynek. W koncu jutro czeka mnie niezapomniane spotkanie z przyjaciolmi wielbladami:) Niestey w nocy zlapalo mnie przeziebienie.. goraczka, katar.. ohhh.. chyba bedzie ciezko na pustyni z taka kondycja:(
I nadszedl ten dzien:) A wiec wyjechalismy o 8-mej jeepem spod hotelu. Po godzinie jazdy przez pustynie dojechalismy do miejsca, gdzie czekaly na nas wielblady. Grupa "safarowiczow" skladala sie z pieciu osob: ja, przesympatyczna Holenderka - Dorien, para z Wloch i Amerykanka. Naszymi opiekunami byli Hindusi z pustyni: Lalu, Abdul i Pepe:) Swietni ludzie:) Ubawilismy sie z nimi i bardzo szybko zintegrowalismy. Moj wielblad nazywal sie Haka i mial 10 lat.. hahaha.. jaki ubaw byl jak na niego wsiadlam.. po sekundzie myslalam, ze spadne z wysokosci 2.5 metra, a co najgorsze przede mna perespektywa dwoch dni na tym zwierzaku.. to byl ubaw:):) Przyzwyczailam sie jednak szybko do niekontrolowanych ruchow nojego kochanego wielkoluda, choc caly czas bralam pod uwage, ze istnieje szansa, ze w pewnym momencie spadne:):) Po 2.5 godz jazdy zrobilismy przerwe i leniuchowanie po krzakiem na pustyni. I bardzo dobrze, bo nie wyobarazacie sobie, jaki bol czuje sie w nogach i pachwinach. Siedzac na wielbladzie ma sie nogi niemal jak w szpagacie.. genialne cwiczenie. Ale biorac pod uwage, ze siedzisz jak w szpagacie, trzesie na maksa i podskakujesz.. po pol godzinie czujesz kazda czastke dolnej czesci twego ciala:) Jezeli spytacie mnie, czy moglam swobodnie chodzic.. hahaha... nie:):):) wszystko bolalo:):):) No wiec zatrzymalismy sie na lunch... niestety dostalam naprawde wysokiej goraczki i cale dwie godziny przespalam.. zle sie czulam. Potem znow wsiedlismy na wielblady.. przezd nami 2 goidziny do wydm, gdzie zaplanowany byl nocleg. Niestety po pol godzinie poczulam sie tak zle, ze zrobilo sie niebezpiecznie, ze strace przytomnosc, przestane sie trzymac wielblada i spadne, wiec zeszlam ze zwierzaka i spacerowalam za karawana.. ufff...chociaz stalam na ziemi. Stwiedzilsimy z grupa, ze w moim wykonaniu bylo to "walking safari":):) Musze jednak dodac, ze temperatura na pustyni powalala, bylo okolo 45 stopni, wiec spacerek niemal jak w saunie:):):) Ale dalam rade. Goraco, ale pieknie wokolo.. widzielismy nawet ogromnego weza.. wow.. jak w polskim zoo:):) No i dotarlismy do wydm, gdzie rozbilismy oboz. Ja padalam ze zmeczenia i czulam sie zle, ale wzielam szokujaca dawke lekow i nie uwierzycie.. po dwoch godzinach czulam sie jak nowonarodzona.. polskie leki zadzialaly:):)Aleluja!!! Nasz oboz miescil sie na jednej z wydm.. wokolo pustka i nocosc.. tylko piach...i niesamowita pelnia ksiezyca nad nami... To sie nazywa szczescie:):) Okolo 20tej zjedlismy przepyszna kolacyjke, przygotowana na ogniu na srodku pustyni, ogladalismy zachod slonca nad wydamami, a potem przy pelni ksiezyca siedzielismy przy ognisku, spiewalismy piosenki i rozmawialismy. Bylo super!!!. Najwieksze szol robil Abdul, zawsze usmiechniety Hindus, ktory uatrakcyjnial nam czas spiewem indyjskich piosenek i pustynnymi opowiesciami:) Potem przyszedl czas na odpoczynek, choc my z Dorien nie bylysmy w nastroju tracic czas na sen, tu bylo tak pieknie i cicho... siedzialysmy przy ognisku i rozmawialismy bardzo dlugo, gdy w tym czasie wszyscy pograzyli sie w glebokim snie. Nasze poslanie to koce ulozone na piachu.. tak tak.. pieciogwiazdkowy hotel na pustyni:) Koce byly miekkie, a gdy wykopalo sie dziure pod kocem, cialo wpadalo w nia jak w wannie.. cud miod.. i bylo znacznie cieplej:) Nalezaloby wspomniec, ze wokolo wedrowalo sobie wiele pustynnych robaczkow, zuczkow, ktore prawdopodobnie w nocy po nas chodzily, ale nikt sie tym nie przejmowal. Niesamowite bylo to, zetej nocy byla pelnia ksiezyca i caly czas jak sie budzilam w nocy mialam wydmy dookola i widok ksiezyca przemieszczajacego sie po niebie. Genialne doswiadczenie:):):) Drugiego dnia wstalismy o 6.30. Na ognisku przygotowalismy wspolnie sniadanko, ugotowalismy chai, potem obejrzelismy wschod slonca, a potem wraz z Dorien udalysmy sie na sesje fotograficzna w piachu:) - niemal jak w piaskownicy:):) Potem pakowanie i dalej w droge powrotna na naszych kochanych wielbladach. Tego dnia czulam sie znacznie lepiej i naprawde delktowalam sie jazda na tych przecudnych zwierzach:) Szkoda tylko, ze trzeba bylo juz wracac:( Po poltorej godzinie jazdy dotarlismy do kolejnego miejscsa postoju. Kolejny lunch, zbieranie patykow, rozpalanie ogniska, przyrzadznie chapati.. super ...gotowanie w spartanskich warunkach, czyli cos co uwielbiam. Wraz z Abdul'e, Dorien mielismy przy tym wielki ubaw i wiele smiechu. Nawte jak teraz wspominam te chwile, na mojej twarzy pojawia sie usmich.. ahhh.. bylo tak sielankowo i pieknie.Okolo 13tej przyjechal jeep, ktory odebral nas z drogi, do ktorej dotarlismy i tak skonczylo sie safari. Zaluje, ze nie zostalam dzien dluzej, choc zarowno Abdul, jak i Dorien mnie o to prosili. Naprawde sie wszyscy zzylismy, stworzylismy super paczke i to w tak krotkim czasie:) Ze wzgledow finansowych jak i czasowych podjelam jednak decyzje powrotu. No coz.. nie mozna miec wszytkiego:( Ale ciesze sie, bo przezylam naprawde fajny czas i bylo super.. mimo ze pierwszego dnia umieralam z powodu mojej choroby. Dla mnie bylo to bardzi ciekawe doswiadczenie. Nigdy wczesniej nie jezdzilam na wielbladach, a teraz wiem, ze mi sie to podoba. Moze nie zostane ujezdzaczem wielbladow, ale czasem moge sie wybrac na mala przechadzke:):)
Po powrocie do Jaisaimer leniuchowalam. Wzielam kapiel, bo jak zwykle piach zdominowal moje cialo, a potem delektowalam sie widokiem na fort i odpoczywalam na dachu hotelu:).
Kolejnego dnia wczesna pobudka i od rana zwiedzanie slawetnych Jain Temple z 12-14 wieku (wstep 100 rupi). Swiatynie te otwarte sa tylko o poranku, a jedna z nich tylko przez godzine miedzy 11-12. Zaczelam od Chandraprabhu i Rikhabdev Temples. Pierwsza z nich o okraglym ksztalcie z licznymi rzezbieniami na dwoch poziomach. Musze przyznac, ze wszystkie Jain Temples jakie do tej pory widzialam w Indiach powalaly na kolana. Chyba to z powodu niesamowitej ilosci rzezb znajdujacych sie w ich wnetrzach. Druga byla znacznie bardziej skromna, ale rownie ciekawa:) Potem mialam godzinke przerwy w oczekiwaniu na otwarcie swiatyni ParaSnath Temple, ktora spedzilam na spacerku po uliczkach fortu, czy tez ogladaniu Jaisaimer z kilku miejsc widokowych, zlokalizowanych na jego murach. O 11-tej zjawilam sie w swiatyni Parasnath. Ta spodobala mi sie najbardziej. Rzezby tanczacych bozkow, prezpiekne fasady i wiele innych elementow przykuwalo uwage na kazdym kroku. Nie mozna opuscic Jaisaimer bez zwiedzenia tych swiatyn. Przepelnione sa niebagatelna iloscia rzezb, a mimo to nie czuje sie w nich przepychu. Jakas niesamowita harmonia i dopasowanie, odczuwalne sa w kazdej czesci swiatyni.
Potem mialam niesamowte spotkanie. Spotkalam 26cioletniego chlopaka z klanu wojownikow. Tak tak.. tu nadal istnieja takie klany. Oczywiscie wiekszosc z nich zamieszkuje nadal tereny pustynne, ale nadal widoczni sa w indyjskim swiecie. Chlopak ten pochodzi z klanu wyzszych wojownikow i kilka lat temu uciekl z rodzinnej wioski, gdyz nie akceptuje zasad tam panujacych. A mianowicie w rodzinaqch wyzszych wojownikow narodziny dziecka jako dziewczynki sa niedopuszczalne. JEzeli kobieta pocznie dziewczynke, malenstwo zabijane jest tego samego dnia (o sposobie usmiercania nie bede pisac, bo byloby to zbyt brutalne na moim blogu:(. Tak wiec w tych rodzinach dozwoleni sa tylko mezczyzni. Kobiety i dziewczynki maja racje bytu tylko w klanach nizszych wojownikow. Tym sposobem kontynuacja rodow jest zabezpieczona. Kobieta z kast nizszych wojownikow, mezczyzna z wyzszych kast. I nie ma tu zadnych odstepstw. Nie masz wyboru., musisz postepowac zgodnie z tradycja. Napotkany hindus wykroczyl poza przyjete ramy.. nie moze teraz swobodnie wrocic do wioski, bo wowczas jego zycie byloby w niebezpiecznstwie. w koncu przyniosl hanbe calej rodzinie, jak i celemu klanowi wojownikow. Zyje wiec w Jaisaimer, nie moze sie ozenic z powodu obawy poczecia dziewczynki. Wygodniej jest wiec zyc samemu, bez zadnych drastycznych konsekwencji. Ta historia powalila mnie na kolana, czytalam o tym w National Geographic.. nie spodziewalam sie, ze takie rytualy moga miec nadal miejsce.. a jednak!! Niby rzad zakazal tych praktyk po uzyskaniu niepodleglosci przez Indie, ale przeciez od tego czasu minelo tylko 60 lat, co powoduje, ze ciezko uwierzyc, ze wszytkie tego typu praktyki zostaly wstrzymane. Zapewne sa miejsca, wioski na pustyni, gdzie jest to nadal normalne i codzienne zycie - gdy zabija sie dziewczynke, tylko dlatego, ze jest innej plci.. Straszne to!!. Zyjemy w 21-szym wieku i az ciezko uwierzyc, ze na swiecie nadal takie sytuacje maja miejsce:( Niestety nic na to nie moge poradzic.. musze zyc dalej...
Po tym niesamowitym spotkaniu udalam sie na zwiedzanie kolejnej atrakcji jaka jest Patwa-Ki-Haveli. "Haveli" to dawne siedziby glownie muzulmanskich dostojnikow. Pierwsza Haveli jaka odwiedzialm nie powalala na kolana, ale miala przepiekny widok na Jaisaimer Fort (wstep 50 rupi). Druga z nich byla juz znacznie bardziej ciekawa - z pelnym wyposazeniem we wnetrzu.. tu juz dalo sie poczuc klimat tego miejsca:) (wstep 100 rupi). Ostatnim zabytkiem na mojej jaisaimerskiej liscie byla Salim Singh-Ki-Haveli (wstep 35 rupi). Ta haveli zaurocza glownie swoim ksztaltem - wezsza u podnoza, szersza na szczycie. Dodatkowo pokryta nieskonczona iloscia rzezb. Ta haveli rozpoznawalna i widoczna jest z kazdego zakatka Jaisaimer. Obecnie jest wlasnoscia prywatna, jednak wlasciciel udostepnia ja turystom, a i nawet oprowadza osobiscie:).
Potem przyszedl czas na spotkanie z moja ukochana kolezanka Dorien. Wrocila wlasnie z safari i jak uzgodnilysmy wczesniej... przyszedl czas na wspolny wieczor i wspolne jedzonko. Wczesniej jednak powedrowalysmy kupic bilet na pociag dla niej.. szczesciara.. udalo jej sie wykupic bilet do Jodhpur, na ten sam dzien, na ten sam pociag, w tym samym przedziale i nawet przeciwlegle lozko co ja.. haha,...opuszczamy Jaisaimer razem:)
Potem przepyszna kolacja w Chandan Shree Restaurant, odbior bagazy z hoteli, spacer na dworzec i o 23ciej wyjazd pociagiem z Jaisaimer. To byl naprawde piekny i niezapomniany czas.
Moze kiedys tu wroce:)
niedziela, 7 grudnia 2008
Mt Abu i siedziba studentow Brahma
Rajasthan'skie klimaty...palmy i piekne sloce...
W drodze do Mt. Abu:)
W drodze do Mt. Abu:)



Mt. Abu to spokojna miescina, gdzie mozna pospacerowac wokol jeziora, wypoczac..no i nauczyc sie cosik od wyznawców Brahmy:)







Tuz za tymi palmami znajduja sie przecudowne swiatynie Jain - Dilwara Temples .. niestety kamery zakazane, wiec zdjec brak:(:(





10.11.2008
Mt Abu to hinduska oaza w gorach, przynajmniej za taka uchodzi:). Dostalam sie tam z Udaipur... pierwszy poranny autobus o 5-tej rano (110 rupi), 4 -godziny jazdy po wertepach i witamy w raju:). Drogi niestety nie pamietam, bylam tak zmeczona, ze nawet bez wzgledu na niewygode spalam oparta o przednie siedzenie. Towarzyszem podrozy byl wydawalo sie sympatyczny Hindus - Ashish. Niestety poczatek naszej znajomosci nie byl mily, po przygodach w innych czesciach Rajasthanu nie mialam ochoty wdawac sie w zadne blizsze znajomosci i relacje. Dlatego od poczatku jazdy bylam zimna i niechetna do rozmowy. Chcialam spac.. taka to mala zolza sie ze mnie zrobila :)Potem jednak gdy dojechalismy do Abu Road nasza rozmowa "nabrala rumiencow". Nasz autobus mial awarie, wiec zafundowano nam polgodzinne oczekiwanie na dworcu na kolejny srodek lokomocji. Droga do Mt. Abu zajela kolejne 45 minut. Wiodla licznymi zakretami pod gore.. wokolo gory porosniete drzewami, cisza i pustka, tak rozna od miast i miejskiego halasu.Co ciekawe za wjazd do Mt Abu, nalezy wniesc oplate - 10 rupi - niemal jak wizyta w resorcie:)
Po przyjezdzie do miasta z pomoca Ashish'a szybko znalazlam nocleg w pobliskim hotelu - Shanti Hotel (200 rupi/pokoj). Zmeczenie nadal mnie nie opuszczalo, wiec postanowilam oddac się drzemce. Dwie godziny i już czulam się lepiej. Potem przyszedł czas na zaspokojenie ogromnego glodu. Palak Paneer w pobliskiej drabie spełnił oczekiwania mojego zoladka. Najpierw sen, potem pyszne jedzonko. Czego wiecej potrzeba:) Zaczelam wiec zwiedzanie. Mt Abu slynie z pieknego jeziora ukrytego wsrod porośniętych drzewami wzgorz – Nakki Lake – przy którym położone jest miasteczko. Na jeziorze pływają rowery wodne, kajaki, wokolo spaceruja Hindusi, delktujac się smakiem lodow i odpoczywajac. Mt Abu to kurort wypoczynkowy i wlasnie takie funkcje spelnia. Niestety ja potrzebuje nieco wiekszych emocji, zwyczajny odpoczynek już mi nie wystarcza. Udalam się wiec w poszukiwanie czegos ciekawszego. Najpierw wspielam się na zbocze, na którym znajduje się Toad Rock, skala przypominajaca swoim ksztaltem falę, ktora zaraz ma sie rozplaszczyc na powierzchni jeziora. Może nie sama skala przyciąga uwage, ale widok jaki rozpościera się na jezioro i okolice z jej podnóża. Tu spędziłam godzine, siedzac, delektujac sie widokiem i rozmyslajac. Potem przyszedl czas na nieco dluzszy spacerek, tym razem do swiatyni Dilwara. Swiatynie te uchodza za jedne z najpiekniejszych w Indiach pod wzgledem swojej architektury. Zgodnie z historia artysci, ktorzy rzezbili te swiatynie, byli oplacani zgodnie z iloscia pylu, jaki powstawal w akcie tworzenia. Na mnie powalajace wrazenie zrobily dwie pierwsze swiatynie – Vimal Vasahi (budowana przez 14 lat od 1031 roku, kosztowala 180, 5 miliona rupi) i Luna Vasahi (ta ksztaltowana byla przez 15 lat od 1230 roku, a pracowalo nad nia 2500 rzezbiarzy). Wygladu obu swiatyn nie da sie opisac. Powalaja bogactwem rzezb, perfekcja, kolorem i czystoscia marmuru! Niestety ze wzgledow bezpieczenstwa nie wolno robic zdjec, a swiatynie zwiedza sie z przewodnikiem (niestety mowiacym tylko w jezyku hindi:)).
Po tak budujacej wizycie w swiatyni wrocilam do Mt Abu. Zblizal sie zachod slonca wiec udalam sie w najbardziej odpowiednie na taka chwile miejsce tzw. Honeymoon Point ::) Zachod slonca byl przepiekny. Wraz z liczna grupa Brahminow siedzialam na szczycie wzgorza, podziwialam zachod slonca i oddawalam sie myslom o pieknie swiata. Czesc studentow Brahmy medytowala, spiewala mantry, badz cwiczyla joge. Mt Abu miesci uniwersytet Brahmy Kumaris, co sprawia ze cale miasteczko przepelnione jest ubranymi w biale stroje studentami. To najwiekszy na swiecie tego typu uniwersytet, ktory skupia ludzi z calego swiata. Dzieki temu wlasnie spotkalam Jurka, 60-letniego studenta ze Szczecina. To niesamowite jakich ludzi spotyka sie na swojej drodze. To z Jurkiem spedzilam kolejne 3 godziny i zglebilam wiedze na temat Brahmy, filozofii medytacji i pojmowania swiata. To byl naprawde tworczy czas. Niestety nastepnego dnia musialam opuscic Mt Abu wiec niedane bylo nam spotkac sie jeszcze raz. Jedno jest pewne. Jestem Jurkowi wdzieczna za rozjasnienie mi tajnikow dzialania organizacji. Po powrocie do hotelu, okolo godziny 22-giej spotkalam swoja dobra duszyczke z drogi - Ashisha. Zaczelo sie od kilku slow, a skonczylo na pogaduchach do poznej nocy:) Ashish to pracownik Nestle, ambitny, inteligentny, uprzejmy i wrazliwy. Spedzilam z nim tylko jeden wieczor, a mimo to stal mi sie bardzo bliski i utrzymywalismy kontakt do konca mojego pobytu w Indiach. Rano o 5-tej odprowadzil mnie na przystanek, wsadzil w autobus do Abu Road i zniknal, ale tylko fizycznie. A ja opuscilam Mt Abu. Udalam sie w droge do Jaisaimer, gdzie czekala na mnie nowa przygoda, tym razem na pustyni:) Do zobaczenia!
Ranakpur i Kumbalgarh - perelki Rajasthanu
6-7.11.2008
Zarówno Ranakpur jak i Kumbargarh to perelki na rajasthanskiej drodze. Znajduja się w odległości 100 km od Udaipur i sa celem jednodniowych wycieczek wszystkich turystow. Jednak istnieje jedna podstawowa roznica miedzy mna i normalnymi turystami. Wszyscy zwiedzaja je wynajmując taksowke i objezdzajac oba miejsca w jeden dzien. Ja postanowilam podjac wyzwanie i udac sie w oba miejsca lokalnym autobusem. Oczywiscie juz na samym poczatku uslyszalam, ze nie uda mi sie dotrzec do Kumbargarh lokalnym srodkiem transportu. To zmotywowalo mnie jeszcze bardziej. Przeciez nie ma rzeczy niemozliwych. Szczegolnie dla Drahanki:).
Pierwszego dnia udalam sie do Ranakpur. Zlapalam autobus z Udaipuru okolo 8.30 rano, a na miejsce dotarlam okolo godziny 11-tej. Niestety okazalo sie, ze slawna Jain Temple otwarta jest dla obcokrajowcow dopiero od 12-tej. Nie pozostalo mi wiec nic innego jak tylko zapoznac sie z okolica, gdzie miescily sie dwie pozostale swiatynie Jain – Neminath i Parasnath. Jednak to glowna swiatynia Chaumukha Mandir (Four- Faced Temple) robi najwieksze wrazenie. Wstep do swiatyni jest darmowy, nalezy jednak wykupic bilet za fotografowanie wnetrza (50 rupi). A wnetrze powala. Swiatynia sklada sie z 29 holi, wzniesionych na 1444 kolumnach, z ktorych kazda jest inna. Ta swiatynia jest jedna z najwazniejszych w Indiach. Swoja architektura i panujaca w niej atmosfera przyciaga rzesze pielgrzymow. Po prostu zaurocza! Miejsce godne polecenia dla kazdego.
Przyszedl jednak czas poworotu, oczywiscie lokalnym autobusem (3 godziny jazdy). Nie obeszlo sie jednak bez przygody. Oczekujac na autobus rozmawialam z Manu.. no coz, zbyt duze skupienie i autobus minal mnie pozostawiajac tylko chmury kurzu wokolo. Kolejna godzine za kare spedzilam wedrujac w ta i z powrotem po ulicy:) Kolejny autobus przyjechal na szczescie punktualnie, wiec udalo mi sie wydostac z tej okolicy. Okolo 19-tej wrocilam do Udaipur. Najpierw udalam sie na dworzec kolejowy, gdzie zamierzalam kupic bilet powrotny dla Manu, ktory przyjedzal do mnie na weekend. Co ciekawe wtedy to wlasnie przekonalam sie o priorytetowym traktowaniu obcokrajowcow. Na stacji oczywiscie ustawilam sie w okienku, gdzie obsluguje sie turystow. Spytalam o interesujacy mnie pociag do Delhi, mily pan w okienku odpowiedzial, ze bilet na wskazany pociag jest dostepny, musze tylko wypelnic formularz, jak to czyni sie standardowo przy rezerwacji biletow. Zrobilam tak jak mi kazal, z ta tylko roznica, ze wypelnilam dane Manu. Jak sie okazalo, gdy podalam uzupelniony formularz, pan skierowal mnie do lokalnego okienka skoro kupuje bilet dla Hindusa. I tu zaskoczenie. Okazalo sie, ze dla Hindusa bilety juz sa niedostepne. Jedyne co mi zaproponowano to 9-te miejsce na liscie oczekujacych. No tak, bialy turysta ma wieksze przywileje niz lokalny. To moze przez to placimy drozsze bilety wstepu? Choc tu czuje sie iskierke przywilejow:) Tym razem to niestety Manu byl stratny:)
Tego wieczorku moj zoladek zachwycil sie jeszcze pyszna “thali” z Dinning Hall, gdzie spotkalam pare przemilych Anglikow. Potem jeszcze umysl popracowal nad szukaniem powrotnych biletow lotniczych na internecie, a okolo 24 udal sie na spoczynek.
Nastepnego dnia moje nogi zaprowadzily mnie do Kumbargarh. Tu dostanie sie bylo mozliwe, jednak nieco bardziej skomplikowane niz wyprawa dnia poprzedniego. Najpierw udalam sie porannym autobusem (o 5-tej) do miejscowosci Kelvara (3 godziny jazdy), skad mialam zamiar zlapac kolejny srodek transportu do samego fortu. Jak sie jednak okazalo, tu czekala mnie niemila niespodzianka. Dojechalam, ale dojazdu dalej nie bylo, a do tego pewni miejscowi przewoznicy chcieli mnie oszukac. Nie dalam sie jednak, a z pomoca telefonicznego tlumaczenia Manu i uprzejmosci pobliskiego sklepikarza, znalazlam sposob na dotarcie do fortu. Spacer i przechadzka.. oto rozwiazanie! Upal byl ogromny, slonce swiecilo niemilosiernie, a przede mna 7 km drogi w jedna strone:). Dobrze, ze uwielbiam chodzic i mam dobra kondycje:) Droga wila sie najpierw przez dwie wioski, a potem wspinala sie pod gore miedzy pobliskie wzgorza. Wokolo pustka, cisza, piekna dziewicza natura. Oczywiscie kazdy samochod przejezdzjacy przez to pustkowie w moim kierunku zatrzymywal sie z propozycja podwiezienia. To mile, ale po co mam nozki…no i pasje chodzenia:) Po dwoch godzinach podziwiania przecudownych widokow i wedrowki dotarlam do fortu (wstep 100 rupi). Fort Kumbargarh polozony jest na wzgorzach Aravalli , zbudowany w 15-tym wieku. Co ciekawe sciany fortu ciagna sie na dlugosc 36 kilometrow i otaczaja 360 swiatyn, liczne palace, ogrody i bunkry. Fort robi naprawde niesamowite wrazenie, nie tylko swoim urokiem, ale i wielkoscia. Zauroczyl mnie swoim wygladem choc zarazem ugoscil jednym niemilym incydentem z lokalnym hindusem, co zmusilo mnie do napisania reklamacji, tak dla dobra kolejnych podroznikow na tej trasie:(. Po godzinie 13-tej zebralam sie w droge powortna. Kolejne 7 kilometrow przede mna i kolejne samochody zatrzymujace sie z propozycja podwiezienia (tym razem miedzy innymi dwie Polki z wlasnym taksowkarzem, jak i mila para, ktora fotografowalam w forcie). Nie dalam sie jednak namowic, w koncu ruch to zdrowie, a piekna natura wokolo to balsam dla umyslu:). Okolo 15-tej dotarlam do Kelvara, gdzie w podziekowaniu wypilam chai z sympatycznym pomocnikiem z lokalnej apteki. Potem zlapalam autobus do Udaipur (35 rupi). Niestety droga nie przebiegla mi w milej atmosferze. Szczegolnie na poczatku. Mialam przjemnosc, a moze raczej nieprzyjemnosc siedziec kolo indyjskiego policjanta. Ku mojemu zaskoczeniu mowil po angielsku, co jest naprawde niespotykane w Indiach. Pytanie tylko czy moze lepiej byloby jakby nie mowil, gdyz juz po chwili rozmowy mialam ochote wysadzic go z pedzacego busa. Poglady i wizja swiata straznika prawa powalaly mnie na kolana. Juz po kilku minutach postanowilam zaglebic sie w milczenie, aby nie prowokowac swojego jakze spokojnego usposobienia do wywolania awantury badz nakrzyczenia na stroza prawa. Na to jednak uslyszalam, ze podrozowanie samemu nie sluzy mi i moze powinnam podrozowac z kims, bo wtedy bylabym bardziej rozmowna. Postanowilam nie komentowac tego i nie wskazywac, ze to wlasnie ograniczona inteligencja i blyskotliwosc towarzysza podrozy nakazuja mi zachowac milczenie:) Udalo sie jednak, w milczeniu dotarlismy do Udaipur, gdzie wieczor spedzilam na odpoczynku i wyczekiwaniu Manu, ktory przyjezdzal z nastepnego poranka:)
Zarówno Ranakpur jak i Kumbargarh to perelki na rajasthanskiej drodze. Znajduja się w odległości 100 km od Udaipur i sa celem jednodniowych wycieczek wszystkich turystow. Jednak istnieje jedna podstawowa roznica miedzy mna i normalnymi turystami. Wszyscy zwiedzaja je wynajmując taksowke i objezdzajac oba miejsca w jeden dzien. Ja postanowilam podjac wyzwanie i udac sie w oba miejsca lokalnym autobusem. Oczywiscie juz na samym poczatku uslyszalam, ze nie uda mi sie dotrzec do Kumbargarh lokalnym srodkiem transportu. To zmotywowalo mnie jeszcze bardziej. Przeciez nie ma rzeczy niemozliwych. Szczegolnie dla Drahanki:).
Pierwszego dnia udalam sie do Ranakpur. Zlapalam autobus z Udaipuru okolo 8.30 rano, a na miejsce dotarlam okolo godziny 11-tej. Niestety okazalo sie, ze slawna Jain Temple otwarta jest dla obcokrajowcow dopiero od 12-tej. Nie pozostalo mi wiec nic innego jak tylko zapoznac sie z okolica, gdzie miescily sie dwie pozostale swiatynie Jain – Neminath i Parasnath. Jednak to glowna swiatynia Chaumukha Mandir (Four- Faced Temple) robi najwieksze wrazenie. Wstep do swiatyni jest darmowy, nalezy jednak wykupic bilet za fotografowanie wnetrza (50 rupi). A wnetrze powala. Swiatynia sklada sie z 29 holi, wzniesionych na 1444 kolumnach, z ktorych kazda jest inna. Ta swiatynia jest jedna z najwazniejszych w Indiach. Swoja architektura i panujaca w niej atmosfera przyciaga rzesze pielgrzymow. Po prostu zaurocza! Miejsce godne polecenia dla kazdego.
Przyszedl jednak czas poworotu, oczywiscie lokalnym autobusem (3 godziny jazdy). Nie obeszlo sie jednak bez przygody. Oczekujac na autobus rozmawialam z Manu.. no coz, zbyt duze skupienie i autobus minal mnie pozostawiajac tylko chmury kurzu wokolo. Kolejna godzine za kare spedzilam wedrujac w ta i z powrotem po ulicy:) Kolejny autobus przyjechal na szczescie punktualnie, wiec udalo mi sie wydostac z tej okolicy. Okolo 19-tej wrocilam do Udaipur. Najpierw udalam sie na dworzec kolejowy, gdzie zamierzalam kupic bilet powrotny dla Manu, ktory przyjedzal do mnie na weekend. Co ciekawe wtedy to wlasnie przekonalam sie o priorytetowym traktowaniu obcokrajowcow. Na stacji oczywiscie ustawilam sie w okienku, gdzie obsluguje sie turystow. Spytalam o interesujacy mnie pociag do Delhi, mily pan w okienku odpowiedzial, ze bilet na wskazany pociag jest dostepny, musze tylko wypelnic formularz, jak to czyni sie standardowo przy rezerwacji biletow. Zrobilam tak jak mi kazal, z ta tylko roznica, ze wypelnilam dane Manu. Jak sie okazalo, gdy podalam uzupelniony formularz, pan skierowal mnie do lokalnego okienka skoro kupuje bilet dla Hindusa. I tu zaskoczenie. Okazalo sie, ze dla Hindusa bilety juz sa niedostepne. Jedyne co mi zaproponowano to 9-te miejsce na liscie oczekujacych. No tak, bialy turysta ma wieksze przywileje niz lokalny. To moze przez to placimy drozsze bilety wstepu? Choc tu czuje sie iskierke przywilejow:) Tym razem to niestety Manu byl stratny:)
Tego wieczorku moj zoladek zachwycil sie jeszcze pyszna “thali” z Dinning Hall, gdzie spotkalam pare przemilych Anglikow. Potem jeszcze umysl popracowal nad szukaniem powrotnych biletow lotniczych na internecie, a okolo 24 udal sie na spoczynek.
Nastepnego dnia moje nogi zaprowadzily mnie do Kumbargarh. Tu dostanie sie bylo mozliwe, jednak nieco bardziej skomplikowane niz wyprawa dnia poprzedniego. Najpierw udalam sie porannym autobusem (o 5-tej) do miejscowosci Kelvara (3 godziny jazdy), skad mialam zamiar zlapac kolejny srodek transportu do samego fortu. Jak sie jednak okazalo, tu czekala mnie niemila niespodzianka. Dojechalam, ale dojazdu dalej nie bylo, a do tego pewni miejscowi przewoznicy chcieli mnie oszukac. Nie dalam sie jednak, a z pomoca telefonicznego tlumaczenia Manu i uprzejmosci pobliskiego sklepikarza, znalazlam sposob na dotarcie do fortu. Spacer i przechadzka.. oto rozwiazanie! Upal byl ogromny, slonce swiecilo niemilosiernie, a przede mna 7 km drogi w jedna strone:). Dobrze, ze uwielbiam chodzic i mam dobra kondycje:) Droga wila sie najpierw przez dwie wioski, a potem wspinala sie pod gore miedzy pobliskie wzgorza. Wokolo pustka, cisza, piekna dziewicza natura. Oczywiscie kazdy samochod przejezdzjacy przez to pustkowie w moim kierunku zatrzymywal sie z propozycja podwiezienia. To mile, ale po co mam nozki…no i pasje chodzenia:) Po dwoch godzinach podziwiania przecudownych widokow i wedrowki dotarlam do fortu (wstep 100 rupi). Fort Kumbargarh polozony jest na wzgorzach Aravalli , zbudowany w 15-tym wieku. Co ciekawe sciany fortu ciagna sie na dlugosc 36 kilometrow i otaczaja 360 swiatyn, liczne palace, ogrody i bunkry. Fort robi naprawde niesamowite wrazenie, nie tylko swoim urokiem, ale i wielkoscia. Zauroczyl mnie swoim wygladem choc zarazem ugoscil jednym niemilym incydentem z lokalnym hindusem, co zmusilo mnie do napisania reklamacji, tak dla dobra kolejnych podroznikow na tej trasie:(. Po godzinie 13-tej zebralam sie w droge powortna. Kolejne 7 kilometrow przede mna i kolejne samochody zatrzymujace sie z propozycja podwiezienia (tym razem miedzy innymi dwie Polki z wlasnym taksowkarzem, jak i mila para, ktora fotografowalam w forcie). Nie dalam sie jednak namowic, w koncu ruch to zdrowie, a piekna natura wokolo to balsam dla umyslu:). Okolo 15-tej dotarlam do Kelvara, gdzie w podziekowaniu wypilam chai z sympatycznym pomocnikiem z lokalnej apteki. Potem zlapalam autobus do Udaipur (35 rupi). Niestety droga nie przebiegla mi w milej atmosferze. Szczegolnie na poczatku. Mialam przjemnosc, a moze raczej nieprzyjemnosc siedziec kolo indyjskiego policjanta. Ku mojemu zaskoczeniu mowil po angielsku, co jest naprawde niespotykane w Indiach. Pytanie tylko czy moze lepiej byloby jakby nie mowil, gdyz juz po chwili rozmowy mialam ochote wysadzic go z pedzacego busa. Poglady i wizja swiata straznika prawa powalaly mnie na kolana. Juz po kilku minutach postanowilam zaglebic sie w milczenie, aby nie prowokowac swojego jakze spokojnego usposobienia do wywolania awantury badz nakrzyczenia na stroza prawa. Na to jednak uslyszalam, ze podrozowanie samemu nie sluzy mi i moze powinnam podrozowac z kims, bo wtedy bylabym bardziej rozmowna. Postanowilam nie komentowac tego i nie wskazywac, ze to wlasnie ograniczona inteligencja i blyskotliwosc towarzysza podrozy nakazuja mi zachowac milczenie:) Udalo sie jednak, w milczeniu dotarlismy do Udaipur, gdzie wieczor spedzilam na odpoczynku i wyczekiwaniu Manu, ktory przyjezdzal z nastepnego poranka:)
Najromantyczniejsze indyjskie miasto - Udaipur.
4 - 9.11.2008
Udaipur zauroczyl mnie od samego początku. Zauroczyl swoim wdziękiem, kolorem, romantycznym klimatem. Dojechalam do miasta z samego rana (4.11.2008). Na zegarku wybila godzina 8, a ja platalam sie po dworcu kolejowym. Oczywiscie zaraz po wyjsciu z budynku dworca znalezli sie nachalni rykszarze z propozycja podwiezienia do centrum miasta, za jak zwykle niebagatelna kwote 80 rupii (gdzie w rzeczywistosci przejazd kosztuje 15-20 rupi, tu kazdy wie jak zarobic:(). Oczywiscie postanowilam uruchomic swoje zastale kosci…jednak podobnie jak i ja nie ustepuje, tak nie ustepuja tez rykszarze:) Jeden z nich chyba za znak honoru przyjal sobie zawiezienie mnie do centrum, jechal za mna, namawial, negocjowal. Po pieciu minutach zgodzilam sie, gdyz zbil cene do 15 rupii, wiec czemu nie, w koncu zaczelismy od 80:) Warunek byl jednak jeden, mial mnie zawiesc do Lal Ghat, a nie do wybranego hotelu, ktorego jest naganiaczem. Oczywiscie sie zgodzil, ale aby nie bylo dla mnie latwo, pozniej nie dotrzymal obietnicy. Bylam w tym miescie pierwszy raz, ale przeczulam, ze ktos probuje mnie zwabic do pulapki lwa:). Czulam, ze jedziemy dalej. Z mapy wynikalo, ze czesc Udaipur do ktorego zmierzalam nie byla bardzo oddalona, a on jechal i jechal… cos mi tu nie pasowalo. I mialam racje. Zrobilam wiec mala awanturke i z ostra mina opuscilama pojazd, cale szczescie nie wywiozl mnie za daleko. Nie bylo w tym nic niebezpiecznego, rykszarz az nadto mial ochote pomoc mi znalezc nocleg na kolejne dni, a przy tym zarobic duza hotelowa prowizje… niestey nie udalo mu sie:)
Jak sie okazalo centrum Udaipur- “Bialego miasta”, to waskie uliczki, pelne kramow z pamiatkami. Co zaurocza w miescie to piekna biala zabudowa. Promienie slonca padajace na biale fasady budynkow wywoluja niebianskie wrazenie. Czlowiek czuje sie jak w chmurach…. Ahhh… szkoda tylko, ze ten halas i harmider naokolo:( No coz, zawsze musza byc jakies drobne minusy:).
Udalam sie wiec na poszukiwanie noclegu. Spacerkiem po miescie przez pol godziny i udalo sie. Schronienie znalazlam w Shiva GH (150 rupi, pokoj). I musze przyznac, ze byl to najlepszy nocleg w Rajasthanie. Piekny, schludny pokoik, a co najwazniejsze czysciutki, podobnie lazienka. Do tego caly taras widokowy dla mnie. Moj pokoj miescil sie na drugim pietrze. Ponad nim byl tylko dach, na ktorym spedzalam kazdy poranek i wieczor. Stad rozposcieral sie przecudowny widok na jezioro – Pichola Lake, stad delektowalam sie niezapomnianym widokiem zachodu slonca, podczas ktorego niebo przybieralo niesamowita bordowa barwe.. slonce schodzilo w dol, a kolor nieba stawal sie coraz bardziej intensywny, z czasem przemieniajac sie w gleboka czern nocy:). CUDOWNIE. Teraz wiem skad sie wzielo to romatyczne miasto...coz wiecej trzeba dla pary, ktora spedza piekne chwile ze soba. Taki widok, uscisk ukochanej osoby i lzy szcczescia w oczach… Ahhh.. Tylko gdzie jest Manu:( I dlaczego nie ma go tu ze mna?!?!:( Tesknie:( On musi do mnie dolaczyc… musi:))
Pierwszego dnia po krotkim odpoczynku udalam sie na zwiedzanie Udaipur City Palace (wstep 50 rupi, aparat 200, ale nie polecam placic tego, ja nie zaplacilam i jakos sie udalo). Tam szwedanie sie po salach palacowych, ogladanie Udaipuru z gory, podziwianie Pichola Lake zajelo mi okolo dwoch godzin. Calkiem interesujace miejsce. Potem przyszedl czas na poznanie zakamarkow miasta – najpierw uliczki Lal Ghat, potem Gangaur Ghat i Hanuman Ghat. Aby sie dostac do tego ostatniego, nalezy przedostac sie na druga strone jeziora. Prowadzi tam most i male uliczki. Na najdalej wysunietym cypelku znajduje sie budynek, gdzie o zachodzie slonca gromadzi sie spora gromadka ludzi. Kazdy chce podziwiac kolor bialych budynkow na brzegu jeziora. Slonce zachodzi, promienie opadaja na fasady budowli, a one swieca sie jak zloto, odbijajac swoj blask w tafli jeziora. To widok na jedna strone… Jak tylko czlowiek odwroci swoj wzrok o 180 stopni, jego oczom ukazuje sie przecudowny zachod slonca na pobliskich zalesionych wzgorzach. Do tego odbicie zachodu w wodzie… Popoludnie to niezapomniana gra kolorow i widokow, ktore pojawiaja sie na tafli wody. Niemal jak film przyrodniczy, film bedacy odbiciem rzeczywistosci. Piekne.
Tego dnia juz jedynie pracowalam. Przyszedl czas na znalezienie biletow lotniczych do Polski. Swieta sie zblizaja, nadszedl wiec czas powrotu. Moje serce jednak fruwalo, bo Manu leci ze mna. Wlasnie zlozyl dokumenty aplikacyjne o wize. Lecimy razem i razem spedzimy polskie swieta… dzieki temu moze moj szok popowrotowy bedzie mniejszy:) Tak wiec kolejne dni to ciezka praca nad wyszukiwaniem korzystnych lotow, sprawdzaniem wszystkich mozliwych polaczen. Udalo sie. Po dwoch wieczorach spedzonych na internecie, w moich rekach byl plik informacji jakie potrzebowalismy, aby dostac sie na polska ziemie:)
Kolejny dzien w Udaipur minal mi znacznie spokojniej. Nie bylo juz zwiedzania, bardziej zapoznawanie i bratanie sie z miastaem. Najpierw dlugi spacer i posiedzenie w parku. Potem podgladanie zycia na uliczkach. Udaipur mimo swojego romantycznego uroku, jest miastem bardzo ruchliwym, halasliwym.. stojac na glownej ulicy czuje sie wir i zamet otaczajacego swiata. Z drugiej strony jeden krok w parku, badz na brzegu jeziora daje odetchnienie i ucieczke od przytlaczajacego halasu. Zakochalam sie w tym miescie. Jedyne co przyprawialo mnie o zawal to lokalni sklepikarze i pracownicy restauracji. Na widok samotnej dziewczyny przechadzajacej sie po miescie dostawali szalu. Zaczepiali, zagadywali, sledzili…ahhh.. niemal jak w pozniejszym Jaisaimer. Poczatkowo nie zwraca sie na to uwagi, ale juz po godzinie zaczyna sie miec dosc i przy kazdej zaczepce czlowiek zaczyna reagowac agresja. W koncu ile mozna. Czasem nie dalo sie spokojnie przejsc kilku metrow, bo zaraz pojawial sie jakis adorator badz zainteresowany. Co mnie ciekawi, skad to zainteresowanie lokalnych bialymi dziewczynami. Przeciez biale twarze sa tu na porzadku dziennym, powiedzialabym, ze Udaipur to jedno z najbardziej turystycznych miast, a mimo to wydaje sie, ze biali turysci robia furore. A moze biale samotne kobiety?!?! Kto wie:)
Tego dnia na mojej sciezce po spokojnym poranku w parku pojawilo sie kilku Hindusow, ktorzy zapadli mi w pamiec z kilku powodow. Jeden z nich sledzil mnie przez pol miasta, informowal kolegow, bo byl mna bardzo zainteresowany, ze wzgledu na moje pochodzenie. Otoz jak sie okazalo jego narzeczona to Polka, niebawem zamierzaja sie pobrac. Nawet na moja prosbe pozostawienia mnie w spokoju zaoponowal.. w koncu niebawem bedzie Polakiem i mnie nie zostawi. No tak… teraz to juz takie sztuczki wymyslaja:) Kolejny Wiki byl jeszcze wiekszym aparatem. Wczesniejszego dnia zapraszal na kolacje, drinki, a dzisiaj pojawil sie w sklepie z bizuteria (w ktorym przez przypadek wyladowalam) z juz nowa dziewczyna – Izraelka. Co ciekawe wczesniejszego dnia zdradzil mi, ze ma dziewczyne w Hiszpani. No tak.. ale chyba wiele sie w ciagu nocy wydarzylo i zmienilo. Jedna zniknela, ale na jej miejsce pojawila sie kolejna:) Cale szczescie, ja nie bralam udzialu w tej wymainie:)
Ta sytuacja pokazala mi jednak jedno. Na poczatek winilam wszytkich Hindusow, za podejscie do bialych kobiet, za ich mniemanie, kim one sa, na co je stac.. ale teraz wiem, ze tak naprawde na taka opinie pracuja dwie strony. Z jednej Hindusi, ktorzy widzac biale kobiety tworza sobie wizje niemal jak z amerykanskich, czy europejskich filmow, a z drugiej wiele “bialych” kobiet, ktore takie historie urealniaja swoim zachowaniem. Co sie wiec dziwic, ze Hindusi probuja podrywania.. w koncu jedna badz dwie na dziesiec dziewczat sie zgodzi. To smutne, ale niestety prawdziwe. Teraz obwiniam dwie strony.
Koniec jednak filozoficznych wywodow.. czas powrocic do Udaipur:) Kolejene dwa dni 6-7.11.2008 to wyjazd do Ranakpur i Kumbargarh, ale te podroze opisalam w osobnym poscie:)
8.11.2008 - przyszedl moj oczekiwany poranek. Manu przyjechal do Udaipur. Oczywiscie autobus z Delhi mial opoznienie, no ale coz.. skoro czekalam tydzien na to spotkanie to i moglam poczekac godzinke dluzej:). Manu zaskoczyl mnie. Do tej pory moim ulubionym zajeciem bylo tarmoszenie jego czarnych jak kruk wlosow…wiec wykazal sie sprytem i je obcial.. nie ma juz czupryny, ktora mozna postawic do gory, badz ktora mozna potarmosic:(:( Wlosy krociutkie, a on o kilka lat mlodszy:( No coz, w koncu nie mam na to wplywu.. od teraz bede szarpac swoje krotkie loczki:)
Tego dnia wybralismy sie na niezapomniany rejs mala lodka po jeziorze Pichola. Opcji bylo kilka -prywatna lodka za 50 rupi plynaca tylko do polozonego na srodku jeziora hotelu, prywatna lodka tylko dla dwojga z rejsem po calym jeziorze (4000 rupi), badz najbardziej ekonomiczna i korzystna opcja lodki plywajacej co pol godziny z Udaipur City Palace na Jaghandir Island (300 rupi). Wybralismy te ostatnia.
To byl niesamowity czas. Wyruszylismy okolo godziny 15.30 kiedy to slonce powoli zaczelo sie znizac ku horyzontowi. Najpierw oplynelismy Lake Palace Hotel, ktore jasnieje swa biela na srodku jeziora. Potem podziwialismy widok na City Palace z jego pieknym odbiciem w wodzie. A na koniec doplynelismy do Jaghandir Island, gdzie spedzilsimy najcudowniejszy i najromantyczny wieczor. Po zachodzie slonca okolice zakryla ciemnosc. Znajdowalismy sie na srodku jeziora, w restauracji mieszczacej sie na malutkiej wysepce. Kazde miejsce restauracji bylo oswietlone, co w zderzeniu z czernia otoczenia budowalo romantyczny klimat, atmosfera wieczoru spedzanego przy swiecach, przy swietle ksiezyca. W oddali blyszczal lad i piekne biale budynki Udaipuru. A do tego my, wzruszeni, zakochani, szczesliwi…….ciag dalszy to slodka tajemnica:)
Kolejnego dnia (9.11.2008) kolejne chwile spedzone razem na spacerach, pysznym sniadaniu, obiedzie. Niestety czas Manu w Udaipur dobiegal konca:( Wieczorem wyjezdzal pociagiem do Delhi. Co ciekawe z tym wyjazdem wiaze sie kolejna historia. Poniewaz juz wczesniej wiedzialam, ze Manu musi wrocic do Delhi w niedziele probowalam mu kupic bilet awansem. Jak sie okazalo w okienku dla turystow bilety na ten pociag byly jeszcze dostepne,jednak gdy wypelnilam stosowny formularz najpierw zostalam odeslana do okienka dla lokalnych, bo przeciez kupowalam bilet dla Hindusa, a po drugie tu juz bilety nie byly dostepne, byla tylko lista oczekujacych. Manu zalapal sie na 9-te miejsce. Wydawalo sie ze bilet zostanie potwierdzony.. jednak jak sie okazalo w niedziele, nie bylo tak latwo. Potwierdzono tylko opcje “Reservation against cancellation” co oznacza, ze na jednym lozku, miejsce dostaja dwie osoby i wybor nalezy do ciebie, jedziesz badz nie (Uwaga – ta opcja mozliwa jest tylko dla mezczyzn, wiec dziewczyny nie obawiajcie sie, nie zostaniecie sparowane z obcym Hindusem; dodatkowo nie sadze, aby zastosowano ja w stosunku dla obcokrajowcow. W kwestii biletow kolejowych jestesmy traktowani priorytetowo:)). Tak wiec Manu nie mial wyboru, w koncu jutro do pracy:( Przed nim 13 godzin jazdy w pociagu, moze z jakims nieznajomym u boku:) Po smutnym rozstaniu ja zostalam na miejscu. Spedzilam spokojny wieczor na dachu rozmyslajac, jak piekny czas zostal mi podarowany w Udaipur. Piekne miejsce, piekne emocje, piekni ludzie, piekni “my”. :)
Wroce tu kiedys:)
Jaipur i poczatek wyprawy po Rajasthanie
31.10.-3.11.2008
Dzis zaczelam swoja ponad miesieczna podroz po Rajasthanie. Ostatnie dwa tygodnie spedzilam na leniuchowaniu w Delhi. Przyszedl wiec czas na nowe przygody, nowe miejsca, nowe spotkania z ludzmi.
Witaj Rajasthanie!!!
Swoja podroz rozpoczęłam od Jaipur -„Rozowego miasta”. Wybraliśmy się tam z Manu w piątek 31.10.2008. To był zwariowany dzien. Spontaniczna decyzja, szybkie pakowanie i w ciagu poltorej godziny siedzieliśmy już w autobusie do Jaipur (wyjazd spod Bikhaner House w Delhi, koszt 300 rupi). Spodziewalismy sie, ze przejazd zajmie nam okolo 4 godzin. Byl to jednak plan zbyt optymistyczny, gdyz do Jaipur dojechalismy po 6-godzinnej jezdzie. Bylo juz bardzo ciemno, wiec miasto przywitalo nas ciemnoscia,a nie spokojem, jak mozna bylo oczekiwac o takiej porze:). Mimo godziny 23-ciej na zagarkach, na ulicach nadal panowal harmider i wielki ruch. Na szczescie dzieki znajomosciom Manu nie musielismy sie martwic o nocleg. Przyjaciel przyjaciela siostry kuzyna…czy jakos tak to szlo.. odebral nas z dworca i ryksza zawiozl do pobliskiego hotelu “Sureli Haveli” (koszt 200 rupi/pokoj). Co ciekawe w tym hotelu po raz pierwszy i musze przyznac zarazem ostatni poproszono mnie o napisanie oficjalnego oswiadczenia, ze swiadomie wyrazam zgode na przebywanie i nocowanie w tym samym pokoju co Hindus. Oczywiscie nie obylo sie bez pytan, czy jestesmy para, skad sie znamy, czy jestemsy malzenstwem, itp:) Czyzby mieli w tej okolicy nieprzyjemne, badz niebezpieczne doswiadczenia z cudzoziemkami i lokalnymi?!? Kto wie… Ja napisalam i sprawa byla jasna, a w moim oswiadczeniu bylismy niemal malzenstwem:) Tego wieczoru wybralismy sie juz tylko na kolacje do Thali World (koszt thali – 70 ruppi).
Kolejne dni to czas zwiedzania. Sobota minela nam na ogladaniu Amber Ford (wstep 150 rupii). To fort oddalony o 11 kilometrow od Jaipur. Zlokalizowany jest pomiedzy pieknymi wzgorzami i sasiaduje z innym fortem Jaigarh, ktory odwiedzialam dwa dni pozniej. Fort Amber przykuwa uwage swoja wielkoscia,czy pieknymi budowlami w jego wnetrzu, takimi jak: Diwan-I-Am (Hall of Public Audience), Jai Mandir (Hall of Victory), Sukh Niwas (Hall of Pleasure), czy miejscem “zenana”. W forcie spedzilismy okolo 4 godzin, spacerowalismy pomiedzy poszczegolnymi hallami, podziwialismy widoki na okolice z pieknych kruzgankow i przenosilismy sie do czasow maharadzy Man Singh, ktory w 1592 rozpoczal budowe tego fortu. Zachod slonca jednak wygonil nas z fortu. Musielismy wracac do miasta. Wynajeta ryksza udalismy sie w znane w tej okolicy miejsce rozrywki kazdego Hindusa, tzw. Chokhi Dhani (wstep 300 rupi od osoby). To wioska oddalona od Jaipur o 15 kilometrow skonstruowana na potrzeby rozrywki. Wioska, gdzie odbywaja sie pokazy tanca, spiewu, magi i innych atrakcji. Niestety nie bylo to moje miejsce…taki typ zabawy i spedzania wolnego czasu nie jest moim ulubionym. Co bylo jednak dla mnie interesujace, to fakt, iz to miejsce przyciagalo tysiace Hindusow... oni to uwielbiaja. Kilka osob na scenie, tance, spiewy, kilka restauracji z jedzeniem, jazdy na wielbladach, zjezdzalnie dla dzieci, ustawieni magicy, czy wrozbici przepowiadajacy przyszlosc… i do tego tysiace rozradowanych Hindusow. To dla mnie bardzo prosty, a nawet powiedzialabym banalny sposob spedzania wolnego czasu…ale czy mam prawo to osadzac? W koncu przeciez kazdy znajduje swoja sciezke relaksu, odpoczynku… hmmm… jedno jest pewne – milo bylo popatrzec na szczesliwych Hindusow, pochlonietych zabawa i niemal zagubionych w prostych rozrywkach. Wiem jednak jedno – ja potrzebuje czegos bardziej wyrafinowanego:)
Ciesze sie jednak, ze tu dotarlam…poznalam hinduskie zachowania, hinduska mentalnosc, a chyba wlasnie o tym chodzi w podrozowaniu. Chokhi Dhani nie jest znane dla obcokrajowcow, nie spotkalam nikogo, co w przypadku Rajasthanu, najbardziej turystycznego stanu, jest ewenementem:) To byly typowe Indie i z tego najbardziej sie ciesze. Dotknelam zrodla:)
Kolejnego dnia (2.11.2008) najpierw wizyta na dworcu kolejowym. Tym razem szczescie usmiechnelo sie do Manu. Bez problemu dostal bilet na poranny pociag do Delhi, ja niestety zostalam wrzucona na liste oczekujacych, mimo ze bilet do Udaipur kupowalam na nastepny wieczor. No coz, nie zawsze musi byc kolorowo:) Nie potwierdzono mojego biletu przez kolejne 30 godzin. Na stacji musialam sie zjawic jeszcze trzy razy, az uslyszalam ta szczesliwa wiadomosc. Troche mnie to kosztowalo, ale dobrze, ze zakonczylo sie “happy end’em”:) W poniedzialek wieczorem jade do Udaipur:)
Ale wrocmy jeszcze do Jaipur, bo przeciez jeszcze tu bylismy:). Tego dnia zwiedzilsimy glowny zabytek rozowego miasta – “City Palace” (wstep 250 rupi). Ladnie, ale nie powalilo nas to miejsce na kolana:( Potem wybralismy sie na przejazdzke ryksza po miescie. W koncu trzeba poczuc klimat rozowych budynkow, wielkich marketow i wielkiego ruchu, halasu i zamieszania. Jezdzilismy tak godzine, nasz rykszarz wymeczyl sie nieco pedalujac z potem na czole. Ale chyba warto bylo, bo zarobil ponad 100 rupi:).
A jak ja odebralam miasto? Otoz jest piekne. Rozowe budynki robia wrazenie. Jadnak co doskwiera to wielki ruch, halas, tlum ludzi przewalajacych sie przez ulice, czy przez chodniki. Tu nie ma miejsca na oddech, na chwile samotnosci. Jaipur uchodzi za takie miasto… a ja to tylko potwierdzam:(
Jednak moje serce zawsze bedzie blisko Jaipur z jednego glownego powodu:) Tylko tu mozna kupic najlepsza na swiecie “lassi”. To mleczny napoj, przypominajacy w smaku polaczenie jogurtu i kefiru. Podawany jest w glinianych dzbanuszkach, ktore co ciekawe sa jednorazowe i po wypiciu wyrzuca sie je gdzie popadnie:) U nas takie garuszki kupuje sie za wielkie pieniadze, a tu uzywa sie raz, a potem rozbija (koszt lassi – 20 rupi= 1,3 pln). Mozna poszalec, niemal jak na slubie… wypic lassi jak alkohol z kieliszka, a potem rzucac na siebie:) tak na szczescie. Trzeba tylko uwazac, bo tu zawsze ktos jest za toba… a w tym przypadku to juz robi sie niebezpieczny sport:). Niemniej lassi z Jaipur to moje niezapomniane doswiadczenie:)Mniam mniam:) ahhhha… i jest w dwoch wersjach – slodkiej i slonej. A wiec do wyboru i do koloru:).
Niedzielny wieczor spedzilsimy na odwiedzinach cioci Manu, ktora mieszka w Jaipur. W koncu obok zwiedzania jest rowniez czas na rodzinne przyjemnosci:).
Kolejnego dnia zostalam juz sama. Manu wyjechal do Delhi pociagiem o 5-tej rano. Prosze nie pytajcie co sie dzieje tak rano na indyjsskich dworcach… hhmmm…. Niezapomniany widok i co pewne krzataja sie tam calkiem ciekawe “osobowosci” (jezli tak moge ich nazwac:)). Do tego wszedzie paletajace sie szczury, psy…No coz, kazde doswiadczenie jest wazne:)
Po poworcie do hotelu godzinna drzemka, a potem czas na zwiedzanie. Manu zamowil mi ryksze na caly dzien, wiec komunikacje mialam ulatwiona. Najpierw udalam sie do sasiadujacego z fortem Amber – fortu Jaigarh (wstep darmowy w ramach biletu do City Palace, trzeba bylo tylko oplacic aparat – 50 rupi). Podobalo mi sie tu, bo bylo pusto, klimatycznie. Nie napotykalo sie wielu zwiedzajacych, co jest calkiem niespotykane, jak na rajasthanski zabytek. W drodze powrotnej przystanek przy pobliskim jeziorze i krotka sesja fotograficzna na tle pieknego “Water Palace”. Potem kolejne zabytki Jaipur – Hawa Mahal (ktora slynie z niskich temperatur przez caly rok i przecudownej fasady), Jantar Mantar i City Museum (niestety nie udalo mi sie dostac do srodka, ale sam budynek przykuwa uwage). Po tak wykanczajacym zwiedzaniu bylam padnieta… ale nie bylo wyboru, trzeba bylo sie wykapac, spakowac, zjesc kolacje i piechotka udac na dworzec kolejowy. O 22-giej odjezdzal moj pociag do Udaipur (sleeper 217 rupi).
Do zobaczenia w “Bialym miescie”!!!
Dzis zaczelam swoja ponad miesieczna podroz po Rajasthanie. Ostatnie dwa tygodnie spedzilam na leniuchowaniu w Delhi. Przyszedl wiec czas na nowe przygody, nowe miejsca, nowe spotkania z ludzmi.
Witaj Rajasthanie!!!
Swoja podroz rozpoczęłam od Jaipur -„Rozowego miasta”. Wybraliśmy się tam z Manu w piątek 31.10.2008. To był zwariowany dzien. Spontaniczna decyzja, szybkie pakowanie i w ciagu poltorej godziny siedzieliśmy już w autobusie do Jaipur (wyjazd spod Bikhaner House w Delhi, koszt 300 rupi). Spodziewalismy sie, ze przejazd zajmie nam okolo 4 godzin. Byl to jednak plan zbyt optymistyczny, gdyz do Jaipur dojechalismy po 6-godzinnej jezdzie. Bylo juz bardzo ciemno, wiec miasto przywitalo nas ciemnoscia,a nie spokojem, jak mozna bylo oczekiwac o takiej porze:). Mimo godziny 23-ciej na zagarkach, na ulicach nadal panowal harmider i wielki ruch. Na szczescie dzieki znajomosciom Manu nie musielismy sie martwic o nocleg. Przyjaciel przyjaciela siostry kuzyna…czy jakos tak to szlo.. odebral nas z dworca i ryksza zawiozl do pobliskiego hotelu “Sureli Haveli” (koszt 200 rupi/pokoj). Co ciekawe w tym hotelu po raz pierwszy i musze przyznac zarazem ostatni poproszono mnie o napisanie oficjalnego oswiadczenia, ze swiadomie wyrazam zgode na przebywanie i nocowanie w tym samym pokoju co Hindus. Oczywiscie nie obylo sie bez pytan, czy jestesmy para, skad sie znamy, czy jestemsy malzenstwem, itp:) Czyzby mieli w tej okolicy nieprzyjemne, badz niebezpieczne doswiadczenia z cudzoziemkami i lokalnymi?!? Kto wie… Ja napisalam i sprawa byla jasna, a w moim oswiadczeniu bylismy niemal malzenstwem:) Tego wieczoru wybralismy sie juz tylko na kolacje do Thali World (koszt thali – 70 ruppi).
Kolejne dni to czas zwiedzania. Sobota minela nam na ogladaniu Amber Ford (wstep 150 rupii). To fort oddalony o 11 kilometrow od Jaipur. Zlokalizowany jest pomiedzy pieknymi wzgorzami i sasiaduje z innym fortem Jaigarh, ktory odwiedzialam dwa dni pozniej. Fort Amber przykuwa uwage swoja wielkoscia,czy pieknymi budowlami w jego wnetrzu, takimi jak: Diwan-I-Am (Hall of Public Audience), Jai Mandir (Hall of Victory), Sukh Niwas (Hall of Pleasure), czy miejscem “zenana”. W forcie spedzilismy okolo 4 godzin, spacerowalismy pomiedzy poszczegolnymi hallami, podziwialismy widoki na okolice z pieknych kruzgankow i przenosilismy sie do czasow maharadzy Man Singh, ktory w 1592 rozpoczal budowe tego fortu. Zachod slonca jednak wygonil nas z fortu. Musielismy wracac do miasta. Wynajeta ryksza udalismy sie w znane w tej okolicy miejsce rozrywki kazdego Hindusa, tzw. Chokhi Dhani (wstep 300 rupi od osoby). To wioska oddalona od Jaipur o 15 kilometrow skonstruowana na potrzeby rozrywki. Wioska, gdzie odbywaja sie pokazy tanca, spiewu, magi i innych atrakcji. Niestety nie bylo to moje miejsce…taki typ zabawy i spedzania wolnego czasu nie jest moim ulubionym. Co bylo jednak dla mnie interesujace, to fakt, iz to miejsce przyciagalo tysiace Hindusow... oni to uwielbiaja. Kilka osob na scenie, tance, spiewy, kilka restauracji z jedzeniem, jazdy na wielbladach, zjezdzalnie dla dzieci, ustawieni magicy, czy wrozbici przepowiadajacy przyszlosc… i do tego tysiace rozradowanych Hindusow. To dla mnie bardzo prosty, a nawet powiedzialabym banalny sposob spedzania wolnego czasu…ale czy mam prawo to osadzac? W koncu przeciez kazdy znajduje swoja sciezke relaksu, odpoczynku… hmmm… jedno jest pewne – milo bylo popatrzec na szczesliwych Hindusow, pochlonietych zabawa i niemal zagubionych w prostych rozrywkach. Wiem jednak jedno – ja potrzebuje czegos bardziej wyrafinowanego:)
Ciesze sie jednak, ze tu dotarlam…poznalam hinduskie zachowania, hinduska mentalnosc, a chyba wlasnie o tym chodzi w podrozowaniu. Chokhi Dhani nie jest znane dla obcokrajowcow, nie spotkalam nikogo, co w przypadku Rajasthanu, najbardziej turystycznego stanu, jest ewenementem:) To byly typowe Indie i z tego najbardziej sie ciesze. Dotknelam zrodla:)
Kolejnego dnia (2.11.2008) najpierw wizyta na dworcu kolejowym. Tym razem szczescie usmiechnelo sie do Manu. Bez problemu dostal bilet na poranny pociag do Delhi, ja niestety zostalam wrzucona na liste oczekujacych, mimo ze bilet do Udaipur kupowalam na nastepny wieczor. No coz, nie zawsze musi byc kolorowo:) Nie potwierdzono mojego biletu przez kolejne 30 godzin. Na stacji musialam sie zjawic jeszcze trzy razy, az uslyszalam ta szczesliwa wiadomosc. Troche mnie to kosztowalo, ale dobrze, ze zakonczylo sie “happy end’em”:) W poniedzialek wieczorem jade do Udaipur:)
Ale wrocmy jeszcze do Jaipur, bo przeciez jeszcze tu bylismy:). Tego dnia zwiedzilsimy glowny zabytek rozowego miasta – “City Palace” (wstep 250 rupi). Ladnie, ale nie powalilo nas to miejsce na kolana:( Potem wybralismy sie na przejazdzke ryksza po miescie. W koncu trzeba poczuc klimat rozowych budynkow, wielkich marketow i wielkiego ruchu, halasu i zamieszania. Jezdzilismy tak godzine, nasz rykszarz wymeczyl sie nieco pedalujac z potem na czole. Ale chyba warto bylo, bo zarobil ponad 100 rupi:).
A jak ja odebralam miasto? Otoz jest piekne. Rozowe budynki robia wrazenie. Jadnak co doskwiera to wielki ruch, halas, tlum ludzi przewalajacych sie przez ulice, czy przez chodniki. Tu nie ma miejsca na oddech, na chwile samotnosci. Jaipur uchodzi za takie miasto… a ja to tylko potwierdzam:(
Jednak moje serce zawsze bedzie blisko Jaipur z jednego glownego powodu:) Tylko tu mozna kupic najlepsza na swiecie “lassi”. To mleczny napoj, przypominajacy w smaku polaczenie jogurtu i kefiru. Podawany jest w glinianych dzbanuszkach, ktore co ciekawe sa jednorazowe i po wypiciu wyrzuca sie je gdzie popadnie:) U nas takie garuszki kupuje sie za wielkie pieniadze, a tu uzywa sie raz, a potem rozbija (koszt lassi – 20 rupi= 1,3 pln). Mozna poszalec, niemal jak na slubie… wypic lassi jak alkohol z kieliszka, a potem rzucac na siebie:) tak na szczescie. Trzeba tylko uwazac, bo tu zawsze ktos jest za toba… a w tym przypadku to juz robi sie niebezpieczny sport:). Niemniej lassi z Jaipur to moje niezapomniane doswiadczenie:)Mniam mniam:) ahhhha… i jest w dwoch wersjach – slodkiej i slonej. A wiec do wyboru i do koloru:).
Niedzielny wieczor spedzilsimy na odwiedzinach cioci Manu, ktora mieszka w Jaipur. W koncu obok zwiedzania jest rowniez czas na rodzinne przyjemnosci:).
Kolejnego dnia zostalam juz sama. Manu wyjechal do Delhi pociagiem o 5-tej rano. Prosze nie pytajcie co sie dzieje tak rano na indyjsskich dworcach… hhmmm…. Niezapomniany widok i co pewne krzataja sie tam calkiem ciekawe “osobowosci” (jezli tak moge ich nazwac:)). Do tego wszedzie paletajace sie szczury, psy…No coz, kazde doswiadczenie jest wazne:)
Po poworcie do hotelu godzinna drzemka, a potem czas na zwiedzanie. Manu zamowil mi ryksze na caly dzien, wiec komunikacje mialam ulatwiona. Najpierw udalam sie do sasiadujacego z fortem Amber – fortu Jaigarh (wstep darmowy w ramach biletu do City Palace, trzeba bylo tylko oplacic aparat – 50 rupi). Podobalo mi sie tu, bo bylo pusto, klimatycznie. Nie napotykalo sie wielu zwiedzajacych, co jest calkiem niespotykane, jak na rajasthanski zabytek. W drodze powrotnej przystanek przy pobliskim jeziorze i krotka sesja fotograficzna na tle pieknego “Water Palace”. Potem kolejne zabytki Jaipur – Hawa Mahal (ktora slynie z niskich temperatur przez caly rok i przecudownej fasady), Jantar Mantar i City Museum (niestety nie udalo mi sie dostac do srodka, ale sam budynek przykuwa uwage). Po tak wykanczajacym zwiedzaniu bylam padnieta… ale nie bylo wyboru, trzeba bylo sie wykapac, spakowac, zjesc kolacje i piechotka udac na dworzec kolejowy. O 22-giej odjezdzal moj pociag do Udaipur (sleeper 217 rupi).
Do zobaczenia w “Bialym miescie”!!!
Delhi i swietowanie Divali Festival
26-30.10.2008
Divali Festival to największe święto w Indiach. To Festiwal Swiatla, kiedy to promienieje kazda czastka miasta, każdy zakatek wioski, każdy kat domu. To czas, który ludzie poświęcają modlitwie, zabawie i świętowaniu. O festiwalu dowiedzialam sie kilka lat wczesniej, gdy pracowalam jeszcze w szlachetnej firmie miedzynarodowej, gdzie poznalam mojego pozniejszego przyjaciela Ramchandre. Ramchandra co roku wysylal mi piekne zdjecia z tego wydarzenia, a ja marzylam, aby ktoregos dnia wziac w nim udzial. I spelnilo sie moje marzenie. Divali sie rozpoczelo, a ja stalam sie jego czastka.
Ostatnie poltora tygodnia spedzilam w gorach, bylo pieknie i az zal bylo opuszczac himalajskie klimaty. Divali jednak wzywalo. Opuscilam gory i wrocilam na Divali Festival do Delhi. Tam czekal na mnie kochany Manu, jak i Ram wraz z Kavita. Wrocilam dwa dni wczesniej. Divali rozpoczynal sie we wtorek a ja zawitalam do stolicy w niedzielny poranek. Pojawil sie jednak problem… gdzie i z kim spedzic to swieto. Z jednej strony trzy miesiace wczesniej, w dniu kiedy spotkalam Rama obiecalam swietowac ten dzien z nim i jego rodzina, z drugiej strony moje serce wyrywalo mnie do Manu… czulam sie rozdarta, ale jak zawsze trzeba znalezc zloty srodek:) I udalo sie, w koncu jestem specjalistka od kombinowania:) Podzielilam czas miedzy moje azjatyckie duszyczki:) i czulam sie szczesliwa, ze w tak waznym dla Hindusow dniu mialam ich kolo siebie. Oczywiscie pewne wyrzuty sumienia pojawialy sie z powodu niedotrzymania slowa w stosunku do Ramchandry, Ashisha, Garimy, czy Gaurava, ktorzy dali mi zaproszenie do wspolnego swietowania w tym czasie. To niesamowite jak wiele osob stalo mi sie bliskich w ciagu ostatnich tygodni w Indiach. Kto by pomyslal, ze tak szybko Indie stana sie czescia mnie:). Ciesze sie z tego powodu!
Ale zacznijmy od poczatku. Wrocilam do Delhi 26.10.2008 w niedziele. Autobus dotarl z Rishikesh o 6-tej rano.. brrr.. jaka bylam spiaca:(. Po 24 godzinach w autobusie (trasa z Gangotri, przez Rishikesh do Delhi) czulam sie jak wrak, nie obylo sie wiec bez porannego i poludniowego leniuchowania:). W koncu musialam odbic sobie niewygody dnia poprzedniego. Wieczorem jednak przyszedl czas na inny typ relaksu. Wraz z Manu i Fereed’em udalismy sie do ZOO, zlokalizowanego w centrum Dehli. Tak! To nowy sposob spedzania wolnego czasu – ksztacenie sie w lokalnych gatunkach zwierzat (mimo ze z zasady jestem przeciwniczka trzymania zwierzat w niewoli). Ku mojemu zdziwieniu bylam pozytywnie zaskoczona tym co zobaczylam w zoo. Biorac pod uwage biede, warunki zycia ludzi w Indiach, spodziewalam sie ujrzec szokujacy obraz zwierzat zamknietych w obskurnych, nedznych klatkach badz przetrzymywanych na malych, zaniedbanych wybiegach. W koncu tylu ludzi zebra na ulicach, umiera z glodu. Przeczuwalam wiec ze nie moge oczekiwac komfortu i rozpieszczania zwierzecych pupilow. I tu sie zdziwilam. Delhijskie zoo jest w pieknym stanie. Moglabym sie nawet pokusic o stwierdzenie, ze jest w lepszym stanie niz nasze wroclawskie. Zwierzeta zyja w wielkich klatkach, badz na rozleglych wybiegach, sa czysciutkie, dobrze odzywione. Nie wiem skad wziely sie moje wstepne przypuszczenia i oczekiwania, ale ciesze sie, ze tak pozytywnie sie zaskoczylam:) W zoo spedzilismy okolo trzech godzin. Byl to calkiem mily czas, choc tak jak pisalam wczesniej, preferuje ogladanie zwierzat na wolnosci:). Wieczorem juz tylko leniuchowalismy… podobnie jak misie w zoo, wyciagniete na sloncu i delektujece sie cieplymi promieniami:).
Kolejnego dnia pojechalam na Dwarke do Rama i Kavity. To byl dzien zakupow. Jedna z tradycji divali jest skladanie drobnych upominkow rodzinie, przyjaciolom. Ja rowniez postanowilam dopasowac sie do tradycji. Wsrod najbardziej popularnych prezentow sa slodycze. Na Divali ulice zamieniaja sie w kiermasze slodyczy. Wszedzie wystawiane sa specjalne stoiska na ktorych mozna kupic wszelkiego rodzaju ciasta, ciasteczka. Indie staja sie slodkie!!:) Co ciekawe nigdy jeszcze nie widzialam takiej ilosci slodyczy… I do tego takich pysznych:) Mniam mnaim…i jak tu nie zakochac sie w tym kraju. Drahanka uwielbia slodkosci wiec to raj dla mnie:) (dla informacji - jeden kilogram slodyczy kosztuje okolo 150 rupi). Ale oprocz slodkich zakupow przyszedl rowniez czas na inne upominki…Ram stal sie wlascicielem nowej bluzy, Manu koszuli, Kavita branzoletek, a ja usmiechu na twarzy:):). No dobrze.. przyznam sie … ja nabylam caly zestaw do saree. Specjalna spodnice, jaka ubiera sie pod saree, bindi (kropki przyklejane na czolo), branzoletki na noge, kolczyki na nos. W koncu moja obietnica mowila, ze w divali ubiore pelne saree i stane sie prawdziwa Hinduska:). I udalo sie!!!
Nastepnego dnia rozpoczelo sie Divali (28.10.2008). Poranek wydawal sie calkiem leniwy. Okolo poludnia przyszedl jednak czas przygotowan. Ram i Kavita wywodza sie z Rajasthanu, gdzie glowna tradycja podczas Divali jest tworzenie “rangoli”. To swoisty rysunek, malowidlo wykonywane na podlodze przed drzwiami do glownego pomieszczenia w domu, badz przy wejsciu do samego domu. Najpierw maluje sie ksztalt obrazka, a potem specjalnymi kolorowymi proszkami wypelnia sie kazda jego czastke. To niemal jak malowanie proszkiem:). Wykonanie naszego rangoli zajelo nam pol dnia, ale warto bylo, bo zrobilo furore w calym domu:). Tego dnia wlasciciele kamienicy w ktorej Ram i Kaita wynajmuja mieszkanie swiecili nowa swiatynie, wiec ten dzien rowniez pelen byl modlitw i spiewow z nizszych pieter:). Okolo godziny 17-tej przyszedl czas na strojenie sie i przygotowywanie do wieczornej modlitwy. Kavita ubrala swoja zolte, przecudowne saree, a ja moje pomaranczowe. Nie wiem dlaczego, ale za kazdym razem, gdy ubieram saree, czuje, ze staje sie inna osoba. Rodzi sie we mnie kobieta!. Nie wspomne juz o wszystkich dodatkach, ktore dodaja uroku i kolorytu. Czulam sie swietnie, czulam, ze jestem piekna:) (choc na codzien tak nie uwazam!:)). Wiec byla to ciekawa odmiana:)
O godzinie 19.11 nadszedl czas modlitwy – tzw. “pudzia”. Bylismy w trojke, choc musze przyznac, ze moja rola byla w tym niewielka. Stanelismy przed swiatynia w glownym pokoju (kazdy Hindus ma w domu wlasna mala swiatynie – obrazki wybranych bogow, kwiaty, podarki..), Ram zapalil “dup”, otworzyl swieta ksiege i rozpoczal modlitwe. Potem wraz z Kavita wyspiewali piesn na czesc Boga Lakshmi. Niestety wszystko bylo w jezyku hindi, wiec mnie pozostalo tylko przygladanie sie. Po modlitwie Ram zapalil swiety ogien, jeden w glownym naczyniu i kilka w mniejszych miseczkach. Potem w modlitwa na ustach przeszedl z nim po wszystkich pokojach mieszkania zostawiajac jedna miseczke w kazdym kacie. Glowna miseczka pozostala na oltarzyku swiatyni. Zgodnie z wierzeniem ten ogien musi palic sie do rana. Jezeli nie zgasnie to znak, ze w domu zapanuje szczescie, spokoj i milosc. Dlatego tez Ram przez cala noc wstawal, aby przypilnowac swiety plomien.
Tak ogolnikowo wyglada glowna czesc Divali. Po modlitwie przyszedl czas na uroczysty obiad. Wtedy tez zjawili sie przyjaciele Rama – dwoch Amil’ow, przyjaciolka Kavity i jej maz. To byl juz czas rozmow, smiechow i wspolnego posilku. Pieknie!! Na koniec wyszlismy na dach podziwiac fajerwerki.
Zapomnialam wspomniec, ze Divali to czas szalenstw z fajerwerkami. Juz dzien wczesniej, jak i dwa dni po samym swiecie, wszedzie slychac wystrzaly fajerwerkow, a na niebie pojawiaja sie pieknie rozpryskujace sie ognie. To niemal polski Nowy Rok, ale trwajacy trzy dni:). W tym czasie Delhi zamienilo sie w wielka chmure swiatla, ale i dymu, zanieczyszczen od miliardow wystrzelonych fajerwerkow. Takich zanieczyszczen jeszcze nie widzialam… niemal jak chinski Pekin:).
Tak jak wspominalam musialam jednak podzielic swoj czas pomiedzy dobre duszyczki w moim zyciu.Okolo 21-szej spakowalam swoje rzeczy, zebralam slodycze dla Manu i udalam sie zamowiona przez Manu taksowka w druga czesc Delhi. Na ulicach panowaly pustki, niemal jak nie Delhi… jak widac wszyscy swietowali:). Po godzinie jazdy dojechalam do Manu. Bylam taka szczesliwa, ze moge z nim spedzic ostatnie godziny tego wieczoru. Co ciekawe nie poznal mnie.. Iwona w wersji indyjskiej:). Ja tez nie moglam sie rozpoznac tego wieczoru:). Kolejne godziny spedzilismy z Manu i jego przyjaciolmi - Baba, Radia i ich kilkumiesiecznym synkiem. To byl piekny czas. Na koniec jako nagroda dnia - pelne fajerwerkowe szalenstwo. Byla niemal polnoc, wszyscy pochowali sie juz po domach, a my dopiero zaczelismy….w powietrze poszly setki ogni i wirujacych swiatelek. Genialne!! Czulam sie jak w Nowy Rok w domu, z bliskimi, kochajacymi mnie osobami. Czulam, ze jestem czastka tego miejsca, czastka tych ludzi, a oni moja!
Marzylam, aby spedzic Divali w Indiach i marzenie sie spelnilo. Warto wiec marzyc:):).
Kolejne dwa dni to ciag dalszy fajerwerkowych szalenstw w Delhi, jednak juz w mniejszym wydaniu. Tym razem jednak juz tylko obserwowalam:). W srode zaszalalam i zrobilam sobie nowe “mehandi’… no i wyszlo pieknie:) Co ciekawe namowilam rowniez Kavite na drobne szalenstwo. Ta jednak zrobila sobie malowidelka tylko na jednej rece, w koncu jest gospodynia i nie moze sobie pozwolic na leniuchowanie:). I to prawda, gdyz w przypadku mehandi najpierw trzeba je wymalowac, potem odczekac dwie- trzy godziny az do momentu wyschniecia henny, a potem obskrobac i nasmarowac specjalna tlusta mascia. Co najwazniejsze nie nalezy uzywac wody przez kolejne 12-16 godzin.. a nawet dluzej, jezeli mozna sobie na to pozwolic. Malowidelka nabieraja koloru po okolo 24 godzinach i im kolor jest intensywniejszy tym lepiej. Mehandi malowane jest na sluby, specjalne festivale. Co ciekawe w przypadku slubu pan mlody rowniez podlega tej traducji, na jego dloniach malowane sa specjalne symetryczne wzory. W przypadku pani mlodej malowaniu podlegaja rowniez stopy i lydki. Z tego co widzialam slubne mehandi to arcydzielo, a praca nad nim trwa czasem nawet 12 godzin. Ja spedzilam godzine i wiem jakie to meczace siedziec nieruchomo z wyciagnietymi na wprost rekami… wszystko dretwieje, boli, a ty nic nie mozesz zrobic, niczego dotknac. Istnieje jeszcze jeden przesad.. ze w zaleznosci od koloru slubnego mehandi tak ulozy sie zycie malzonkow. Dodatkowo Hinduski wierza, ze podczas robienia mehandi, jak i jego schniecia, panna mloda nie powinna nic jesc i pic, bo wplywa to na jego kolor. Czy rzeczywiscie tak jest nie wiem.. jedno jest pewne.. moze lepiej nie ryzykowac, skoro przyszle zycie nowozencow zalezy od jego barwy:) Moze warto poglodowac te 10-12 godzin:):):). Czy bedzie mi dane sie przekonac?!?! Ha ha.. kto wie:):)
Tak minalo mi Divali. Cudowny czas z cudownymi ludzmi…Mam tylko nadzieje, ze jeszcze kiedys bedzie mi dane przezyc je jeszcze raz:):)
Divali Festival to największe święto w Indiach. To Festiwal Swiatla, kiedy to promienieje kazda czastka miasta, każdy zakatek wioski, każdy kat domu. To czas, który ludzie poświęcają modlitwie, zabawie i świętowaniu. O festiwalu dowiedzialam sie kilka lat wczesniej, gdy pracowalam jeszcze w szlachetnej firmie miedzynarodowej, gdzie poznalam mojego pozniejszego przyjaciela Ramchandre. Ramchandra co roku wysylal mi piekne zdjecia z tego wydarzenia, a ja marzylam, aby ktoregos dnia wziac w nim udzial. I spelnilo sie moje marzenie. Divali sie rozpoczelo, a ja stalam sie jego czastka.
Ostatnie poltora tygodnia spedzilam w gorach, bylo pieknie i az zal bylo opuszczac himalajskie klimaty. Divali jednak wzywalo. Opuscilam gory i wrocilam na Divali Festival do Delhi. Tam czekal na mnie kochany Manu, jak i Ram wraz z Kavita. Wrocilam dwa dni wczesniej. Divali rozpoczynal sie we wtorek a ja zawitalam do stolicy w niedzielny poranek. Pojawil sie jednak problem… gdzie i z kim spedzic to swieto. Z jednej strony trzy miesiace wczesniej, w dniu kiedy spotkalam Rama obiecalam swietowac ten dzien z nim i jego rodzina, z drugiej strony moje serce wyrywalo mnie do Manu… czulam sie rozdarta, ale jak zawsze trzeba znalezc zloty srodek:) I udalo sie, w koncu jestem specjalistka od kombinowania:) Podzielilam czas miedzy moje azjatyckie duszyczki:) i czulam sie szczesliwa, ze w tak waznym dla Hindusow dniu mialam ich kolo siebie. Oczywiscie pewne wyrzuty sumienia pojawialy sie z powodu niedotrzymania slowa w stosunku do Ramchandry, Ashisha, Garimy, czy Gaurava, ktorzy dali mi zaproszenie do wspolnego swietowania w tym czasie. To niesamowite jak wiele osob stalo mi sie bliskich w ciagu ostatnich tygodni w Indiach. Kto by pomyslal, ze tak szybko Indie stana sie czescia mnie:). Ciesze sie z tego powodu!
Ale zacznijmy od poczatku. Wrocilam do Delhi 26.10.2008 w niedziele. Autobus dotarl z Rishikesh o 6-tej rano.. brrr.. jaka bylam spiaca:(. Po 24 godzinach w autobusie (trasa z Gangotri, przez Rishikesh do Delhi) czulam sie jak wrak, nie obylo sie wiec bez porannego i poludniowego leniuchowania:). W koncu musialam odbic sobie niewygody dnia poprzedniego. Wieczorem jednak przyszedl czas na inny typ relaksu. Wraz z Manu i Fereed’em udalismy sie do ZOO, zlokalizowanego w centrum Dehli. Tak! To nowy sposob spedzania wolnego czasu – ksztacenie sie w lokalnych gatunkach zwierzat (mimo ze z zasady jestem przeciwniczka trzymania zwierzat w niewoli). Ku mojemu zdziwieniu bylam pozytywnie zaskoczona tym co zobaczylam w zoo. Biorac pod uwage biede, warunki zycia ludzi w Indiach, spodziewalam sie ujrzec szokujacy obraz zwierzat zamknietych w obskurnych, nedznych klatkach badz przetrzymywanych na malych, zaniedbanych wybiegach. W koncu tylu ludzi zebra na ulicach, umiera z glodu. Przeczuwalam wiec ze nie moge oczekiwac komfortu i rozpieszczania zwierzecych pupilow. I tu sie zdziwilam. Delhijskie zoo jest w pieknym stanie. Moglabym sie nawet pokusic o stwierdzenie, ze jest w lepszym stanie niz nasze wroclawskie. Zwierzeta zyja w wielkich klatkach, badz na rozleglych wybiegach, sa czysciutkie, dobrze odzywione. Nie wiem skad wziely sie moje wstepne przypuszczenia i oczekiwania, ale ciesze sie, ze tak pozytywnie sie zaskoczylam:) W zoo spedzilismy okolo trzech godzin. Byl to calkiem mily czas, choc tak jak pisalam wczesniej, preferuje ogladanie zwierzat na wolnosci:). Wieczorem juz tylko leniuchowalismy… podobnie jak misie w zoo, wyciagniete na sloncu i delektujece sie cieplymi promieniami:).
Kolejnego dnia pojechalam na Dwarke do Rama i Kavity. To byl dzien zakupow. Jedna z tradycji divali jest skladanie drobnych upominkow rodzinie, przyjaciolom. Ja rowniez postanowilam dopasowac sie do tradycji. Wsrod najbardziej popularnych prezentow sa slodycze. Na Divali ulice zamieniaja sie w kiermasze slodyczy. Wszedzie wystawiane sa specjalne stoiska na ktorych mozna kupic wszelkiego rodzaju ciasta, ciasteczka. Indie staja sie slodkie!!:) Co ciekawe nigdy jeszcze nie widzialam takiej ilosci slodyczy… I do tego takich pysznych:) Mniam mnaim…i jak tu nie zakochac sie w tym kraju. Drahanka uwielbia slodkosci wiec to raj dla mnie:) (dla informacji - jeden kilogram slodyczy kosztuje okolo 150 rupi). Ale oprocz slodkich zakupow przyszedl rowniez czas na inne upominki…Ram stal sie wlascicielem nowej bluzy, Manu koszuli, Kavita branzoletek, a ja usmiechu na twarzy:):). No dobrze.. przyznam sie … ja nabylam caly zestaw do saree. Specjalna spodnice, jaka ubiera sie pod saree, bindi (kropki przyklejane na czolo), branzoletki na noge, kolczyki na nos. W koncu moja obietnica mowila, ze w divali ubiore pelne saree i stane sie prawdziwa Hinduska:). I udalo sie!!!
Nastepnego dnia rozpoczelo sie Divali (28.10.2008). Poranek wydawal sie calkiem leniwy. Okolo poludnia przyszedl jednak czas przygotowan. Ram i Kavita wywodza sie z Rajasthanu, gdzie glowna tradycja podczas Divali jest tworzenie “rangoli”. To swoisty rysunek, malowidlo wykonywane na podlodze przed drzwiami do glownego pomieszczenia w domu, badz przy wejsciu do samego domu. Najpierw maluje sie ksztalt obrazka, a potem specjalnymi kolorowymi proszkami wypelnia sie kazda jego czastke. To niemal jak malowanie proszkiem:). Wykonanie naszego rangoli zajelo nam pol dnia, ale warto bylo, bo zrobilo furore w calym domu:). Tego dnia wlasciciele kamienicy w ktorej Ram i Kaita wynajmuja mieszkanie swiecili nowa swiatynie, wiec ten dzien rowniez pelen byl modlitw i spiewow z nizszych pieter:). Okolo godziny 17-tej przyszedl czas na strojenie sie i przygotowywanie do wieczornej modlitwy. Kavita ubrala swoja zolte, przecudowne saree, a ja moje pomaranczowe. Nie wiem dlaczego, ale za kazdym razem, gdy ubieram saree, czuje, ze staje sie inna osoba. Rodzi sie we mnie kobieta!. Nie wspomne juz o wszystkich dodatkach, ktore dodaja uroku i kolorytu. Czulam sie swietnie, czulam, ze jestem piekna:) (choc na codzien tak nie uwazam!:)). Wiec byla to ciekawa odmiana:)
O godzinie 19.11 nadszedl czas modlitwy – tzw. “pudzia”. Bylismy w trojke, choc musze przyznac, ze moja rola byla w tym niewielka. Stanelismy przed swiatynia w glownym pokoju (kazdy Hindus ma w domu wlasna mala swiatynie – obrazki wybranych bogow, kwiaty, podarki..), Ram zapalil “dup”, otworzyl swieta ksiege i rozpoczal modlitwe. Potem wraz z Kavita wyspiewali piesn na czesc Boga Lakshmi. Niestety wszystko bylo w jezyku hindi, wiec mnie pozostalo tylko przygladanie sie. Po modlitwie Ram zapalil swiety ogien, jeden w glownym naczyniu i kilka w mniejszych miseczkach. Potem w modlitwa na ustach przeszedl z nim po wszystkich pokojach mieszkania zostawiajac jedna miseczke w kazdym kacie. Glowna miseczka pozostala na oltarzyku swiatyni. Zgodnie z wierzeniem ten ogien musi palic sie do rana. Jezeli nie zgasnie to znak, ze w domu zapanuje szczescie, spokoj i milosc. Dlatego tez Ram przez cala noc wstawal, aby przypilnowac swiety plomien.
Tak ogolnikowo wyglada glowna czesc Divali. Po modlitwie przyszedl czas na uroczysty obiad. Wtedy tez zjawili sie przyjaciele Rama – dwoch Amil’ow, przyjaciolka Kavity i jej maz. To byl juz czas rozmow, smiechow i wspolnego posilku. Pieknie!! Na koniec wyszlismy na dach podziwiac fajerwerki.
Zapomnialam wspomniec, ze Divali to czas szalenstw z fajerwerkami. Juz dzien wczesniej, jak i dwa dni po samym swiecie, wszedzie slychac wystrzaly fajerwerkow, a na niebie pojawiaja sie pieknie rozpryskujace sie ognie. To niemal polski Nowy Rok, ale trwajacy trzy dni:). W tym czasie Delhi zamienilo sie w wielka chmure swiatla, ale i dymu, zanieczyszczen od miliardow wystrzelonych fajerwerkow. Takich zanieczyszczen jeszcze nie widzialam… niemal jak chinski Pekin:).
Tak jak wspominalam musialam jednak podzielic swoj czas pomiedzy dobre duszyczki w moim zyciu.Okolo 21-szej spakowalam swoje rzeczy, zebralam slodycze dla Manu i udalam sie zamowiona przez Manu taksowka w druga czesc Delhi. Na ulicach panowaly pustki, niemal jak nie Delhi… jak widac wszyscy swietowali:). Po godzinie jazdy dojechalam do Manu. Bylam taka szczesliwa, ze moge z nim spedzic ostatnie godziny tego wieczoru. Co ciekawe nie poznal mnie.. Iwona w wersji indyjskiej:). Ja tez nie moglam sie rozpoznac tego wieczoru:). Kolejne godziny spedzilismy z Manu i jego przyjaciolmi - Baba, Radia i ich kilkumiesiecznym synkiem. To byl piekny czas. Na koniec jako nagroda dnia - pelne fajerwerkowe szalenstwo. Byla niemal polnoc, wszyscy pochowali sie juz po domach, a my dopiero zaczelismy….w powietrze poszly setki ogni i wirujacych swiatelek. Genialne!! Czulam sie jak w Nowy Rok w domu, z bliskimi, kochajacymi mnie osobami. Czulam, ze jestem czastka tego miejsca, czastka tych ludzi, a oni moja!
Marzylam, aby spedzic Divali w Indiach i marzenie sie spelnilo. Warto wiec marzyc:):).
Kolejne dwa dni to ciag dalszy fajerwerkowych szalenstw w Delhi, jednak juz w mniejszym wydaniu. Tym razem jednak juz tylko obserwowalam:). W srode zaszalalam i zrobilam sobie nowe “mehandi’… no i wyszlo pieknie:) Co ciekawe namowilam rowniez Kavite na drobne szalenstwo. Ta jednak zrobila sobie malowidelka tylko na jednej rece, w koncu jest gospodynia i nie moze sobie pozwolic na leniuchowanie:). I to prawda, gdyz w przypadku mehandi najpierw trzeba je wymalowac, potem odczekac dwie- trzy godziny az do momentu wyschniecia henny, a potem obskrobac i nasmarowac specjalna tlusta mascia. Co najwazniejsze nie nalezy uzywac wody przez kolejne 12-16 godzin.. a nawet dluzej, jezeli mozna sobie na to pozwolic. Malowidelka nabieraja koloru po okolo 24 godzinach i im kolor jest intensywniejszy tym lepiej. Mehandi malowane jest na sluby, specjalne festivale. Co ciekawe w przypadku slubu pan mlody rowniez podlega tej traducji, na jego dloniach malowane sa specjalne symetryczne wzory. W przypadku pani mlodej malowaniu podlegaja rowniez stopy i lydki. Z tego co widzialam slubne mehandi to arcydzielo, a praca nad nim trwa czasem nawet 12 godzin. Ja spedzilam godzine i wiem jakie to meczace siedziec nieruchomo z wyciagnietymi na wprost rekami… wszystko dretwieje, boli, a ty nic nie mozesz zrobic, niczego dotknac. Istnieje jeszcze jeden przesad.. ze w zaleznosci od koloru slubnego mehandi tak ulozy sie zycie malzonkow. Dodatkowo Hinduski wierza, ze podczas robienia mehandi, jak i jego schniecia, panna mloda nie powinna nic jesc i pic, bo wplywa to na jego kolor. Czy rzeczywiscie tak jest nie wiem.. jedno jest pewne.. moze lepiej nie ryzykowac, skoro przyszle zycie nowozencow zalezy od jego barwy:) Moze warto poglodowac te 10-12 godzin:):):). Czy bedzie mi dane sie przekonac?!?! Ha ha.. kto wie:):)
Tak minalo mi Divali. Cudowny czas z cudownymi ludzmi…Mam tylko nadzieje, ze jeszcze kiedys bedzie mi dane przezyc je jeszcze raz:):)
Gangotri, Gaumukh, Tapovan - gorski raj dla Drahanki
20-25.10.2008
Kolejne dni to raj dla Drahanki, wysokie Himalaje, pustka i wszechogarniajaca moc natury i gor! Pojechalam do Uttaranchal za namowa moich czeskich kolegow, których spotkalam w Rishikesh i jestem im dozgonnie wdzieczna. W ciagu kolejnych dni przezylam bliskie spotkanie z cudownymi gorami, odnalazłam spokoj, odnalazłam radosc z obcowania z sama ze soba i przesympatycznym Sunjoginem:). ale zacznijmy od początku.
Do Gangotri dojechałam z Rishikesh. Sam wyjazd nie był jednak latwy. Z dworca Thiri w Rishikesh jedzie tylko jeden autobus o 5.30 rano, a ponieważ mój hotel znajdowal się ponad godzine drogi pieszo od tego dworca nie mialam zbyt wielu mozliwoesci dostania się tam. Nie pozostalo mi nic innego jak skorzystac z pomocy Manu, który zamówił dla mnie taksowke na wczesny poranek. Wedlug niego nie jest mozliwe wedrowanie o 5-tej rano z wielkim plecakiem, a tym bardziej dla samotnej dziewczyny – mowil, ze nigdy mi na to nie pozwoli. No i nie pozwolil:) Oczywiscie z samego rana zaspalam, gdyby nie telefon Manu, ktory niemal dojezdzal do Delhi, przespalabym moj jedyny srodek lokomocji:). Autobus do Gangotri odjechal punktualnie, a mily konduktor skasowal 250 rupii:). Co ciekawe tym razem nasz autobusik wydawal sie byc skonstruowany specjalnie dla Chinczykow. Takich malutkich odleglosci miedzy siedzeniami jeszcze nie widzialam. Nogi nie miescily sie nikomu, a co dopiero takim wielkoludom jak ja:). Sprytnie ugadalam sie jednak z konduktorem i mykiem zmienilam siedzenie…siedzialam przy drzwiach i wielokrotnie musialam sie bawic w oddzwiernego, ale chociaz mmoje nogi nie ulegaly zmiazdzeniu i nie wzywaly pomocy przez cala droge:).
Droga do Gangotri zajela sporo czasu. Najpierw dojazd do Uttarkashi, gdzie dotarliśmy około 13-tej. Tu autobus zatrzymal się na około pol godziny i można było nabyc jedzenie bądź inne smakołyki. Po smiesznej sytuacji ze sprzedawca nabylam pek bananow, który był moim zbawieniem kolejnego dnia. Do tej pory trasa prowadzila porośniętymi lasami pagórkami, wzgorzami. Widoki ciekawe, jednak nie powalające… Po Spiti moje emocje wymagaja nieco wiekszych doznan:). Przed nami jednak była dalsza czesc trasy – 6 godzin do Gangotri. I tu już droga nabrala innego kolorytu. Autobus pial się wysoko w gore, wzgorza zaczely przemieniac sie w wysokie gory, a slonce chowalo sie za horyzont. Bylo pieknie. O 18-tej zaszlo jednak slonce i autobus mknal w nieznana ciemnosc. Okolo godziny 19-tej dojechalismy do ostatniej wioski w dolinie – Gangotri (3042 m npm). To byla moja przystan na kolejne dni. Gangotri to malutkie miasteczko w wysokich gorach. Jego centralna czescia jest glowna droga z kramami i restauracjami po obu stronach, ktora prowadzi do Gangotri Temple. Znalezienie noclegu nie bylo trudne. Ju po 10 minutach udalo mi sie znalezc pokoj za 100 rupii. Wynajelam go, choc jego jakosc mnie nie powalala. Dlatego tez po zastanowieniu postanowilam zjesc kolacje w pobliskiej restauracji i znalezc pokoj na wyzszym standardzie. W koncu jutro ide w gory i musze sie wyspac:). Ku mojemu szczesciu cos mnie tknelo, aby w restauracji gdzie objadalam sie “aloo gobhi”, podpytac o przytulne pokoje w okolicy. Mialam szczescie. Jak sie okazalo wlasciciel restauracji konczy remont budynku i w najblizszym czasie postanowil oddac turystom do dyspozycji kilka pokojow na pietrze. Jeszcze nie byl gotowy na wynajmowanie, ale zaproponowal mi jeden z pokoi. Super miejsce, schludne, czyste, z wlasna lazienka… choc przerazliwie zimne. Jak na indyjskie klimaty temperatura w Gangotri doprowadza do gesiej skorki:).Tego dnia w nocy mielismy temperature minusowa:), a jak sie oddychalo para roznosila sie wokolo:). Oczywiscie skusilam sie na zmiane pokoju i byla to bardzo dobra decyzja, bo mimo iz tego nie planowalam zostalam tam trzy noce:).
Pamietam, ze pierwsza noc w Gangotri to jedna z najlepszych jakie mialam w ostatnim czasie. Pierwszy raz od bardzo dawna zapadlam w sen i smacznie chrapalam az do rana:). Plan zakladal wczesna pobudke, ale nie udalo sie:( Wstalam dopiero okolo 9-tej i jak sie okazalo potem musialam za to zaplacic. Aby dostac sie do Gangotri National Park nalezy uzyskac specjalne pozwolenie. Mozna je dostac w centrali parku, ktora miesci sie w Gangotri, badz Uttarkashi. Jak sie okazalo kazdego dnia do parku wstep ma tylko 100 osob. Przepis ten wprowadzono celem ochrony natury przed nadmiernym zanieczyszczeniem. Mysle, ze to dobry pomysl.. z drugiej jednak strony przepis ten spowodowal, ze moje wejscie w gory zostalo opoznione. Udalam sie do centrali parku zaraz po przebudzeniu. Gdy tam dotaralam okazalo sie, ze pozwolenia na dzisiejszy dzien skonczyly sie juz dnia wczesniejszego i nie bylo szans otrzymac je dzisiaj. Nie pozostalo mi nic innego, jak spedzic mily dzionek w okolicy Gangotri i ubiegac sie o pozwolenie na dzien nastepny w godzinach wieczornych. Przeszlam sie wiec w strone “check post” u wejscia do parku, a potem 7 km w gore doliny Kedar Tal. To ostatnie podejscie bylo naprawde meczace, strome i bardzo sliskie. Jednak widoki wokolo zapieraly dech w piersiach. Zalowalam, ze z samego rana nie udalam sie do Kedar Tal (15 km w jedna strone), gdyz wedlug opowisci Martina (Czecha z Rishikesh) trasa ta nie tylko powalala swoja trudnoscia, ale i widokami. No coz, moze nastepnym razem.
Do Gangotri wrocilam juz po zmroku, wypilam chai, a potem poszlam zalatwiac pozowlenie na wejscie do parku. Tu spotkalam innych turystow, ktorzy zakladali podobny plan – wyjscie w wysokie gory Gangotri. Co ciekawe urzednik wpuscil nas do swojego mieszkania i przy swietle swieczki, na swoim lozku wypisywal pozwolenia. Obok pozwolenia kazdy obcojezyczny obywatel mial obowiazek podpisac zaswiadczenie, ze ponosi odpowiedzialnosc za wejscie do parku, jak i przedluzenie swojej trasy poza Gaumulkh, za ktorym wedrowka jest oficjalnie zabroniona. Oczywiscie oswiadczenie podpisalam, ale nie powstrzymalam sie od pojscia dalej… w koncu wlasnie za Gaumulkh zaczynaja sie najwyzsze gory… moje zycie!. Tego dnia spedzilam wieczor na pakowaniu i relaksie.. jutro czeka mnie wysilek, na ktory od dawna czekam.. uwielbiam to:).
Kolejnego dnia (22.10.2008) rozpoczelam swoja wedrowke do zrodla Gangesu. Wyszlam z hotelu okolo godziny 8-mej. Wczesniejszego wieczora przepakowalam plecak, a wszystkie zbedne manele zostawilam w pokoju. W koncu za kilka dni tu wroce:). Najpierw dotarlam do “check post”, gdzie sprawdzono moje pozwolenie i pobrano oplate w wysokosci 150 rupii za wejscie do parku (oplata ta obejmuje jeden nocleg i dwa dni pobytu w parku; w przypadku przekroczenia tych terminow za kazdy dzien placi sie kolejne 150 rupii). Tu tez musialam sklamac, gdyz zgodnie z obowiazujacymi przepisami nalezy oplacic kamere.. udalam jednak, ze nie mam. Nie mam zamiaru sponsorowac parku za taka rzecz. Zaden Hindus nie placi, wiec i ja nie mam zamiaru. Tak wiec wyszlam w trase…! Z Gangotri do mojego pierwszego przystanku w Chirbasa (3606 m npm) musialam przedreptac 7 km. Widoki niezapomniane, wysokie na 6 tysiecy metrow, osniezone szczyty otaczaly moja skromna osobke. Czulam sie mala, czulam, ze jestem w raju, a przeciez byl to dopiero poczatek. Z Chirbasa powedrowalam dalej, az dotarlam do ostatniego cywilizowanego miejsca w dolinie – Bhojbasa (3792 m npm). Znajduje sie tu kilka malych domkow, a wsrod nich Ashram, w ktorym zatrzymalam sie na kolejna noc. Nocleg bardzo prosty, ale w takich gorach kazde miejsce jest dobre byle nie na zewnatrz:). Tu poznalam pewna Francuzke, niestety ta dostala choroby wysokosciowej i nie mogla ruszyc dalej. Za nocleg placi sie 200 rupii przy czym obejmuje on rowniez obiad, kolacje, a nawet sniadanie:)). Po zaaklimatyzowaniu sie w swoim pokoiku (dzielilam go wlasnie ze wspomniana Francuska), zjadlam obiad (ryz z dhal) i postanowilam udac sie na przechadzke do Gaumukh (3892 m npm). Gaumukh jest slynny z jednego powodu. Tu konczy sie lodowiec Gangotri, a z jego podnozy wyplywa swieta rzeka Ganges. To tutaj ma ona swoj poczatek. Tysiace Hindusow przybywa tu w pielgrzymkach w celu oddania swietnosci Gangesowi u jego zrodla. Dojscie do Gaumukh z Bhojbasa zajmuje okolo 40 minut. Niestety tego popoludnia pogoda pogorszyla sie znacznie. Wszytkie okoliczne szczyty pokryly sie chmurami i zapanowala smutaskowa szarosc:(. No coz. Mimo wszystko samo dojscie do Gaumukh bylo ciekawe, chocby z powodu licznych spotkan z kozicami gorskimi. Jest ich tutaj niezliczona ilosc, a co najwazniejsze one nie uciekaja przez ludzmi, sa przyjazne i piekne. Mozna je podziwiac nawet z odleglosci kilku metrow, a stada licza czasem nawet 50 osobnikow. Nie wspomne juz o porozach meskich osobnikow.. ahhh… takich jeszcze nie widzialam. Samo Gaumulkh to miejsce gdzie wielka sciana lodowca konczy sie, a z jej podnoza wyplywa wielki Ganges. Miejsce niezapomniane, szczegolnie w takim momencie gdy nie ma nikogo wokol ciebie. Spedzilam tu ponad dwie godziny.
Poniewaz nastepnego dnia postanowilam isc dalej, probowalam wypatrzyc droge do Tapovan (4463 m npm), jednak jak sie okazalo nie bylo to najlatwiejsze. Ponad lodowcem jest pustynia kamieni i nie jest mozliwe wypatrzenie chocby najmniejszej sciezki. Co ciekawe w Gangotri co chwiala spotykalam ludzi, ktorzy mowili, ze aby dojsc do Tapovan nalezy przeciac lodowiec, a w tym wypadku ze wzgledow bezpieczenistwa nalezy wziac przewodnika. Jednak nie sadzilam, ze moze byc to tak skomplikowane, dlatego tez zignorowalam te donosy. Podobnie bylo gdy wrocilam do Ashramu, wiele osob mowilo mi, ze moze mi przewodniczyc w drodze do podnozy Shivling, ale ja chcialam sama:) Czulam, ze jest w tym wiele naciagania i propagandy. Przejscie przez taki lodowiec nie moze byc na tyle skomplikowane i niebezpieczne, jak to opisuja. Dlatego scisle trzymalam sie swoich postanowien. Planowalam jednodniowa wycieczke do Tapovan, wejscie i zejscie ta sama droga, tego samego dnia. Nie mialam namiotu, wiec nie bylo szans na inne rozwiazanie, w koncu nie spodziewalam sie, ze znajduje sie tam jakiekolwiek miejsce na przenocowanie. I tu mile zostalam zaskoczona przez jednego z mieszkancow ashramu. Potwierdzil, ze w Tapovan (4463 m npm) mieszka jeden jogin, ktory umozliwia nocleg. Az podskoczylam z radosci - w tym przypadku moglam zostac tam dluzej:).
Tego wieczora czekala mnie jeszcze ciekawa kolacja w ashramie. Zeszlo sie tam sporo turystow, a poniewaz ilosc noclegow w Bhojbasa ze wzgledu na konczacy sie sezon zostala zredukowana tylko do ashramu, to wlasnie tu wszyscy osadzili sie na zimna noc:). Jak sie okazalo mialam szczescie, gdyz za 5 dni konczy sie sezon i samo Gangotri zostanie zamkniete, wszyscy emigruja ze wzgledu na zime. W poniedzialek jest ostatni autobus i nie mia innej mozliwosci wydostania sie stad. Ktos nade mna czuwal, ze przyjechalam tu nieco wczesniej:). Dlatego tez wiekszosc namiotow z Bhojbasa zostala usunieta i czeka na kolejny sezon. Tak wiec okolo godziny 20-tej przewodniczacy ashramu zwolal wszystkich mieszkancow, ktorzy ulokowali sie w hallu w dwoch rzedach pod sciana. Kazdy dostal miseczke z lisci palmowych, a po dlugiej modlitwie (oczywiscie niezrozumialej dla mnie w ani jednym slowie – wszystko bylo w hindi) trzech panow chodzilo z wiaderkami i nakladalo jedzenie. Bylam naprawde glodna wiec moj brzuszek nie zastanawial sie nad smakiem tylko wcinal. Bylo pyszne!:) Po zaspokojeniu glodu udalam sie do swojej zimnej kanciapki – w Bhojbasa w nocy temperatura spadla do okolo minus 10 stopni, a poniewaz spi sie w nieogrzewanych kamiennych pomieszczeniach, kazde wychylenie spod grubych kocow przyprawia o drgawki. Lepiej wiec trzymac nos pod pierzyna:). Podobnie jezeli chodzi o swiatlo. Elektrycznosc wlaczana jest tylko przez godzine, po tym czasie nastaje pelna ciemnosc:). Noc byla ciezka, bo zimna, pospalam, ale tylko troszke:).
Kolejngeo dnia (23.10.2008) wstalam wczesnie rano. Przede mna dojscie do Tapovan (4463 m npm). Zalozylam, ze sprobuje, jak sie nie uda lub bedzie ciezko, czy tez niebezpiecznie, po prostu wroce. Najpierw dojscie do Gaumukh, skad droga piela sie po pustyni kamieni.
Zapomnialam wspomniec, ze jeszcze 30 lat temu lodowiec Gangotri konczyl sie w okolicach wioski Gangotri. Teraz w zwiazku z ociepleniem klimatu i topnieniem lodu cofnal sie ponad 18 kilometrow. To pokazuje jak niebezpieczne zmiany zachodza w naszym klimacie i jaki to ma wplyw na srodowisko:(.
Przeciecie lodowca nie bylo trudne. To prawda czasem czlowiek gubil orientacje w pustyni kamieni, jednak w takich momentach pomagali orientacyjne piramidki kamieni poustawiane przez innych podroznikow. Po okolo poltorej godziny doszlam na druga strone lodowca i zaczelam sie stromo wspinac na jedno ze zboczy. To byla stroma i dosc ciezka wspinaczka, ale widoki wokolo – szczyty na wysokosc 6000-7000 metrow dodawaly sily i napawaly moje serce szczesciem. Moja dusza fruwala z radosci, w koncu gory to moj dom.. a szczegolnie tak wysokie i piekne. Okolo godziny 13-tej dotarlam do Tapovan (4463 m npm).
Tapovan znajduje sie u podnoza przecudownego szczytu – Shivling (6543 m npm). Szczyt ten znany jest ze swego ksztaltu i nazywany jest azjatyckim Maternhorn’em. Jest niemal na wyciagniecie reki…a stojac pod nim czlowiek odczuwa jaka jest mala i bezbronna istotka. Tapovan to raj na ziemi…znajduje sie tu tylko jeden domek i jeden maly szalasik. Oba miejsca zamieszkale sa przez dwoch joginow, ktorzy spedzaja tu cale lata, medytujac, modlac sie, zyjac w samotnosci.
Po dwoch godzinach delektowania sie przecudownymi widokami postanowilam poznac mieszkancow Tapovan. Sun-jogin okazal sie niesamowita osoba. Jak sie okazalo mieszka tu od dwoch lat i zostal tu wyslany przez organizacje sun-jogi do prowadzniaa ashramu. Co ciekawe bardzo rzadko schodzi do wioski, mieszka w samotnosci, ale czasem gosci ciekawych turystow. Tego dnia zawitalam ja:). Skad nazwa sun-jogin? Otoz cwiczy joge, medytuje na sloncu i moze zaskoczy to wielu, ale zywi sie promieniami slonca. Kazdego dnia spedza kilka godzin w pozycjach medytacyjnych patrzac prosto w slonce. To prawda, ze jego oczy sa przekrwione, ale co ciekawe i zaskakujace moze on patrzec bezposrednio w slonce bez jakiegokolwiek mrurzania. Na takiej wysokosci slonce jest bardzo ostre, a on bez niczego po prostu na nie patrzy. Ja mimo moich dobrych okularow (przeznaczonych nawet na lodowiec) czulam sile promieni slonecznych. Dla niego to nie problem – patrzy na slonce z latwoscia:).
Drugi jogin zyje nieopodal w malym szalasie przybudowanym do wielkiego kamienia. Obaj mieszkaja na wysokosci 4500 metrow, a spotykaja sie tylko czasami… w koncu nie spotkania ich tu przyciagnely, ale medytacja i oczyszczenie. Mialam szczescie bo obaj mowia po angielsku co jest niespotykane, szczegolnie w wysokich gorach. To jednak umozliwilo mi komunikacje z nimi i swietnie spedzony czas. Razem nosilismy wode z malego strumyka nieopodal Shivling, razem podziwialismy kozice i delektowalismy sie sloncem.
Jak sie okazalo tego dnia tylko ja doszlam do Tapovan, choc taki plan zakaladalo wielu mieszkancow Bhojbasa… co sie stalo, ze nie doszli, nie wiem, ale to dla mnie i lepiej, gdyz mogalm sie delektowac tym miejscem w samotnosci:). Slonce swiecilo pieknie, bylo cieplo, choc wiatr mrozil wszystkie czesci ciala, a wokolo na wysokosc 7000 metrow wznosily sie osniezone szczyty.. czego wiecej pragnac:). Czulam sie tak szczesliwa…!!! Po pysznej chai z sun-joginem poszlam na spacer. Wspielam sie ponad godzine pod gore skad podziwialam lodowiec Gangotri, ciagnal sie przez kolejne kilkadziesiat kilometrow. To prawda w wielu miejscach nadal bardziej przypominal kamienna pustynie, ale dopiero teraz, z wysokosci, pokazywal swoja rozleglosc i wielkosc. To bylo niesamowite popoludnie. Ja i Himalaje!.
Okolo godziny 18-tej zaczelo robic sie zimno, a temperatura spadala w zawrotnym tempie. W drodze powrotnej spotkalam sun-jogina, ktory wybieral sie na cowieczorny spacerek. Mimo ze zakladalam wrocic bezposrednio do chatki przylaczylam sie:). Poszlismy na oddalone wzgorze, gdzie siedzac schowani za kamieniem podziwialismy zachodzace za siedmiotysiecznikami slonce. Cudownie. Po pol godzinie siedzenia zrobilo sie jadnak tak zimno, ze przyszedl czas wracac. Po powrocie zabralismy sie za przygotowanie obiadu.. ugotowane warzywa i miekkie chapatti to specjal dzisiejszego wieczoru. Chyba bylam juz glodna, bo nie pamietam kiedy ostatnio tak mi smakowalo:).
Ale co bylo wazniejsze tego wieczora spedzilismy kilka godzin na pogaduchach. Sun-jogin opowiadal mi historie swojego niesamowitego dziecinstwa, wyjasnial praktykowane metody medytacji i jogi. Kolejne ciekawe historie wiazaly sie z samym pobytem w Tapovan. Jak sie okazuje w okresie zimowym temperatura spada tu do niewyobrazalnej wysokosci – w dzien jest minus 20, a w nocy ponad minus 30. Spytacie jak to wytrzymac.. ja tez nie wiedzialam. Tapovan polozony jest w dogodnym miejscu, gdyz nawet w zimie slonce swieci tu ponad 9 godzin dziennie. Wtedy to mimo tak znacznego mrozu sun-jogin nagrzewa sie na sloncu. Raz na dwa dni gotuje cieply posilek (nie moze czesciej, gdyz zapasy zywnosci na 6 miesiecy nie sa za duze, a pamietajmy ze jest to wysokosc 4500 m npm).Zima trwa tu 6 miesiecy, a ilosc sniegu przy chacie siega 2 metrow. To rowniez ciezka praca zabezpieczyc chatke przed taka iloscia bialego puchu, jak i samo jego odsniezanie. Przez pol roku nie ma mozliwosci kontaktu ze swiatem. Nawet jakby sie cos stalo nie ma mozliwosci zejscia do pobliskich wiosek, gdyz trzeba przeciac lodowiec, a gdy pokryty jest taka iloscia sniegu jest to smiertelnie niebezpieczne. Tak wiec obaj jogini zdani sa tylko na siebie. Towarzysza im zwierzeta, ktore staja sie ich przyjaciolmi. I tego bylam swiadkiem – liczne ptaszki przylatuja w nadziei na pozywienie, jak i kozice, ktore paletaja sie przy samej chatce. Kilka razy pojawil sie rowniez slawetny “snow leppard”, ktory jest chluba Indii, niestety w tej chwili bardzo zagrozony.
Okolo 21-szej, gdy za oknem mroz siegal minus 15 stopni postanowilismy udac sie na spoczynek. Nie wiem czy to z zimna, czy tez emocji nie moglam zasnac..przewracalam sie z boku na bok, az przyszedl poranek. Wstalismy o 6-tej, aby popodziwiac wschod slonca na Shivling. Szybka chai, a potem spacerek przy niemilosiernym mrozie. Mimo iz ubralam wszystko co mialam dostepne, zalozylam chuste na twarz w taki sposob, ze widac bylo jedynie moje oczy (wygladalam jak talib:):)) moje cialo bylo zmrozone. Jak tylko pojawilo sie sloneczko cialo zaczelo nabierac rumiencow:). Sam wschod slonca byl przecudowny…Pustka, cisza wokolo, ja, Shivling i wschodzace slonce. Fruwalam…!!!
Po 4 godzinach spaceru i podziwiania Himalajow o poranku, wrocilam do chatki. Tam czekal na mnie sun-jogin. Spedzilaam z nim kolejne dwie godziny. Niestety przyszedl czas powrotu:( I tak przedluzylam pobyt w parku o jeden dzien, a dzisiaj jeszcze chcialam dostac sie do Gangotri. W koncu obiecalam wrocic do Delhi na Divali Festival.
Okolo godziny 12-tej pozegnalam sie z oboma przyjaciolmi i wyruszylam w droge powrotna. Przede mna 24 km drogi, przejscie przez lodowiec i zejscie z wysokosci 4462 m npm na 3048 m npm. Udalo sie jednak. To byl cieaki i meczacy dzien.. pogoda jednak dopisala, swiecilo sloneczko, bylo cieplo i pogodnie, a ja czulam sie szczeliwa ze spotkania z Himalajami i niezapomnianym czasem spedzonym z joginem. W drodze do Gangotri zrobilam jeden przystanek w Bhojbasa, gdzie w ashramie zjadlam obiad.. I dalej w droge.
Do Gangotri dotarlam okolo 19-tej. Bylam zmeczona, ale szczesliwa. Podazylam do mojego poprzedniego gospodarza. Tu tez spedzilam jeszcze jedna noc. Zasnelam bardzo szybko, ale co najwazniejsze zasnelam z usmiechem na twarzy:):).
Kolejnego dnia (24.10.2008) porannym autobusem (o 6.00) opuscilam Gangotri i udalam sie do Rishikesh, skad z kolei wieczornym autobusem podazylam do Delhi.
Ostatnie kilka dni to jedno z najpiekniejszych doswiedczen na mojej indyjskiej drodze.. ciesze sie, ze bylo mi dane przezyc i zobaczyc to wszystko!!
Kolejne dni to raj dla Drahanki, wysokie Himalaje, pustka i wszechogarniajaca moc natury i gor! Pojechalam do Uttaranchal za namowa moich czeskich kolegow, których spotkalam w Rishikesh i jestem im dozgonnie wdzieczna. W ciagu kolejnych dni przezylam bliskie spotkanie z cudownymi gorami, odnalazłam spokoj, odnalazłam radosc z obcowania z sama ze soba i przesympatycznym Sunjoginem:). ale zacznijmy od początku.
Do Gangotri dojechałam z Rishikesh. Sam wyjazd nie był jednak latwy. Z dworca Thiri w Rishikesh jedzie tylko jeden autobus o 5.30 rano, a ponieważ mój hotel znajdowal się ponad godzine drogi pieszo od tego dworca nie mialam zbyt wielu mozliwoesci dostania się tam. Nie pozostalo mi nic innego jak skorzystac z pomocy Manu, który zamówił dla mnie taksowke na wczesny poranek. Wedlug niego nie jest mozliwe wedrowanie o 5-tej rano z wielkim plecakiem, a tym bardziej dla samotnej dziewczyny – mowil, ze nigdy mi na to nie pozwoli. No i nie pozwolil:) Oczywiscie z samego rana zaspalam, gdyby nie telefon Manu, ktory niemal dojezdzal do Delhi, przespalabym moj jedyny srodek lokomocji:). Autobus do Gangotri odjechal punktualnie, a mily konduktor skasowal 250 rupii:). Co ciekawe tym razem nasz autobusik wydawal sie byc skonstruowany specjalnie dla Chinczykow. Takich malutkich odleglosci miedzy siedzeniami jeszcze nie widzialam. Nogi nie miescily sie nikomu, a co dopiero takim wielkoludom jak ja:). Sprytnie ugadalam sie jednak z konduktorem i mykiem zmienilam siedzenie…siedzialam przy drzwiach i wielokrotnie musialam sie bawic w oddzwiernego, ale chociaz mmoje nogi nie ulegaly zmiazdzeniu i nie wzywaly pomocy przez cala droge:).
Droga do Gangotri zajela sporo czasu. Najpierw dojazd do Uttarkashi, gdzie dotarliśmy około 13-tej. Tu autobus zatrzymal się na około pol godziny i można było nabyc jedzenie bądź inne smakołyki. Po smiesznej sytuacji ze sprzedawca nabylam pek bananow, który był moim zbawieniem kolejnego dnia. Do tej pory trasa prowadzila porośniętymi lasami pagórkami, wzgorzami. Widoki ciekawe, jednak nie powalające… Po Spiti moje emocje wymagaja nieco wiekszych doznan:). Przed nami jednak była dalsza czesc trasy – 6 godzin do Gangotri. I tu już droga nabrala innego kolorytu. Autobus pial się wysoko w gore, wzgorza zaczely przemieniac sie w wysokie gory, a slonce chowalo sie za horyzont. Bylo pieknie. O 18-tej zaszlo jednak slonce i autobus mknal w nieznana ciemnosc. Okolo godziny 19-tej dojechalismy do ostatniej wioski w dolinie – Gangotri (3042 m npm). To byla moja przystan na kolejne dni. Gangotri to malutkie miasteczko w wysokich gorach. Jego centralna czescia jest glowna droga z kramami i restauracjami po obu stronach, ktora prowadzi do Gangotri Temple. Znalezienie noclegu nie bylo trudne. Ju po 10 minutach udalo mi sie znalezc pokoj za 100 rupii. Wynajelam go, choc jego jakosc mnie nie powalala. Dlatego tez po zastanowieniu postanowilam zjesc kolacje w pobliskiej restauracji i znalezc pokoj na wyzszym standardzie. W koncu jutro ide w gory i musze sie wyspac:). Ku mojemu szczesciu cos mnie tknelo, aby w restauracji gdzie objadalam sie “aloo gobhi”, podpytac o przytulne pokoje w okolicy. Mialam szczescie. Jak sie okazalo wlasciciel restauracji konczy remont budynku i w najblizszym czasie postanowil oddac turystom do dyspozycji kilka pokojow na pietrze. Jeszcze nie byl gotowy na wynajmowanie, ale zaproponowal mi jeden z pokoi. Super miejsce, schludne, czyste, z wlasna lazienka… choc przerazliwie zimne. Jak na indyjskie klimaty temperatura w Gangotri doprowadza do gesiej skorki:).Tego dnia w nocy mielismy temperature minusowa:), a jak sie oddychalo para roznosila sie wokolo:). Oczywiscie skusilam sie na zmiane pokoju i byla to bardzo dobra decyzja, bo mimo iz tego nie planowalam zostalam tam trzy noce:).
Pamietam, ze pierwsza noc w Gangotri to jedna z najlepszych jakie mialam w ostatnim czasie. Pierwszy raz od bardzo dawna zapadlam w sen i smacznie chrapalam az do rana:). Plan zakladal wczesna pobudke, ale nie udalo sie:( Wstalam dopiero okolo 9-tej i jak sie okazalo potem musialam za to zaplacic. Aby dostac sie do Gangotri National Park nalezy uzyskac specjalne pozwolenie. Mozna je dostac w centrali parku, ktora miesci sie w Gangotri, badz Uttarkashi. Jak sie okazalo kazdego dnia do parku wstep ma tylko 100 osob. Przepis ten wprowadzono celem ochrony natury przed nadmiernym zanieczyszczeniem. Mysle, ze to dobry pomysl.. z drugiej jednak strony przepis ten spowodowal, ze moje wejscie w gory zostalo opoznione. Udalam sie do centrali parku zaraz po przebudzeniu. Gdy tam dotaralam okazalo sie, ze pozwolenia na dzisiejszy dzien skonczyly sie juz dnia wczesniejszego i nie bylo szans otrzymac je dzisiaj. Nie pozostalo mi nic innego, jak spedzic mily dzionek w okolicy Gangotri i ubiegac sie o pozwolenie na dzien nastepny w godzinach wieczornych. Przeszlam sie wiec w strone “check post” u wejscia do parku, a potem 7 km w gore doliny Kedar Tal. To ostatnie podejscie bylo naprawde meczace, strome i bardzo sliskie. Jednak widoki wokolo zapieraly dech w piersiach. Zalowalam, ze z samego rana nie udalam sie do Kedar Tal (15 km w jedna strone), gdyz wedlug opowisci Martina (Czecha z Rishikesh) trasa ta nie tylko powalala swoja trudnoscia, ale i widokami. No coz, moze nastepnym razem.
Do Gangotri wrocilam juz po zmroku, wypilam chai, a potem poszlam zalatwiac pozowlenie na wejscie do parku. Tu spotkalam innych turystow, ktorzy zakladali podobny plan – wyjscie w wysokie gory Gangotri. Co ciekawe urzednik wpuscil nas do swojego mieszkania i przy swietle swieczki, na swoim lozku wypisywal pozwolenia. Obok pozwolenia kazdy obcojezyczny obywatel mial obowiazek podpisac zaswiadczenie, ze ponosi odpowiedzialnosc za wejscie do parku, jak i przedluzenie swojej trasy poza Gaumulkh, za ktorym wedrowka jest oficjalnie zabroniona. Oczywiscie oswiadczenie podpisalam, ale nie powstrzymalam sie od pojscia dalej… w koncu wlasnie za Gaumulkh zaczynaja sie najwyzsze gory… moje zycie!. Tego dnia spedzilam wieczor na pakowaniu i relaksie.. jutro czeka mnie wysilek, na ktory od dawna czekam.. uwielbiam to:).
Kolejnego dnia (22.10.2008) rozpoczelam swoja wedrowke do zrodla Gangesu. Wyszlam z hotelu okolo godziny 8-mej. Wczesniejszego wieczora przepakowalam plecak, a wszystkie zbedne manele zostawilam w pokoju. W koncu za kilka dni tu wroce:). Najpierw dotarlam do “check post”, gdzie sprawdzono moje pozwolenie i pobrano oplate w wysokosci 150 rupii za wejscie do parku (oplata ta obejmuje jeden nocleg i dwa dni pobytu w parku; w przypadku przekroczenia tych terminow za kazdy dzien placi sie kolejne 150 rupii). Tu tez musialam sklamac, gdyz zgodnie z obowiazujacymi przepisami nalezy oplacic kamere.. udalam jednak, ze nie mam. Nie mam zamiaru sponsorowac parku za taka rzecz. Zaden Hindus nie placi, wiec i ja nie mam zamiaru. Tak wiec wyszlam w trase…! Z Gangotri do mojego pierwszego przystanku w Chirbasa (3606 m npm) musialam przedreptac 7 km. Widoki niezapomniane, wysokie na 6 tysiecy metrow, osniezone szczyty otaczaly moja skromna osobke. Czulam sie mala, czulam, ze jestem w raju, a przeciez byl to dopiero poczatek. Z Chirbasa powedrowalam dalej, az dotarlam do ostatniego cywilizowanego miejsca w dolinie – Bhojbasa (3792 m npm). Znajduje sie tu kilka malych domkow, a wsrod nich Ashram, w ktorym zatrzymalam sie na kolejna noc. Nocleg bardzo prosty, ale w takich gorach kazde miejsce jest dobre byle nie na zewnatrz:). Tu poznalam pewna Francuzke, niestety ta dostala choroby wysokosciowej i nie mogla ruszyc dalej. Za nocleg placi sie 200 rupii przy czym obejmuje on rowniez obiad, kolacje, a nawet sniadanie:)). Po zaaklimatyzowaniu sie w swoim pokoiku (dzielilam go wlasnie ze wspomniana Francuska), zjadlam obiad (ryz z dhal) i postanowilam udac sie na przechadzke do Gaumukh (3892 m npm). Gaumukh jest slynny z jednego powodu. Tu konczy sie lodowiec Gangotri, a z jego podnozy wyplywa swieta rzeka Ganges. To tutaj ma ona swoj poczatek. Tysiace Hindusow przybywa tu w pielgrzymkach w celu oddania swietnosci Gangesowi u jego zrodla. Dojscie do Gaumukh z Bhojbasa zajmuje okolo 40 minut. Niestety tego popoludnia pogoda pogorszyla sie znacznie. Wszytkie okoliczne szczyty pokryly sie chmurami i zapanowala smutaskowa szarosc:(. No coz. Mimo wszystko samo dojscie do Gaumukh bylo ciekawe, chocby z powodu licznych spotkan z kozicami gorskimi. Jest ich tutaj niezliczona ilosc, a co najwazniejsze one nie uciekaja przez ludzmi, sa przyjazne i piekne. Mozna je podziwiac nawet z odleglosci kilku metrow, a stada licza czasem nawet 50 osobnikow. Nie wspomne juz o porozach meskich osobnikow.. ahhh… takich jeszcze nie widzialam. Samo Gaumulkh to miejsce gdzie wielka sciana lodowca konczy sie, a z jej podnoza wyplywa wielki Ganges. Miejsce niezapomniane, szczegolnie w takim momencie gdy nie ma nikogo wokol ciebie. Spedzilam tu ponad dwie godziny.
Poniewaz nastepnego dnia postanowilam isc dalej, probowalam wypatrzyc droge do Tapovan (4463 m npm), jednak jak sie okazalo nie bylo to najlatwiejsze. Ponad lodowcem jest pustynia kamieni i nie jest mozliwe wypatrzenie chocby najmniejszej sciezki. Co ciekawe w Gangotri co chwiala spotykalam ludzi, ktorzy mowili, ze aby dojsc do Tapovan nalezy przeciac lodowiec, a w tym wypadku ze wzgledow bezpieczenistwa nalezy wziac przewodnika. Jednak nie sadzilam, ze moze byc to tak skomplikowane, dlatego tez zignorowalam te donosy. Podobnie bylo gdy wrocilam do Ashramu, wiele osob mowilo mi, ze moze mi przewodniczyc w drodze do podnozy Shivling, ale ja chcialam sama:) Czulam, ze jest w tym wiele naciagania i propagandy. Przejscie przez taki lodowiec nie moze byc na tyle skomplikowane i niebezpieczne, jak to opisuja. Dlatego scisle trzymalam sie swoich postanowien. Planowalam jednodniowa wycieczke do Tapovan, wejscie i zejscie ta sama droga, tego samego dnia. Nie mialam namiotu, wiec nie bylo szans na inne rozwiazanie, w koncu nie spodziewalam sie, ze znajduje sie tam jakiekolwiek miejsce na przenocowanie. I tu mile zostalam zaskoczona przez jednego z mieszkancow ashramu. Potwierdzil, ze w Tapovan (4463 m npm) mieszka jeden jogin, ktory umozliwia nocleg. Az podskoczylam z radosci - w tym przypadku moglam zostac tam dluzej:).
Tego wieczora czekala mnie jeszcze ciekawa kolacja w ashramie. Zeszlo sie tam sporo turystow, a poniewaz ilosc noclegow w Bhojbasa ze wzgledu na konczacy sie sezon zostala zredukowana tylko do ashramu, to wlasnie tu wszyscy osadzili sie na zimna noc:). Jak sie okazalo mialam szczescie, gdyz za 5 dni konczy sie sezon i samo Gangotri zostanie zamkniete, wszyscy emigruja ze wzgledu na zime. W poniedzialek jest ostatni autobus i nie mia innej mozliwosci wydostania sie stad. Ktos nade mna czuwal, ze przyjechalam tu nieco wczesniej:). Dlatego tez wiekszosc namiotow z Bhojbasa zostala usunieta i czeka na kolejny sezon. Tak wiec okolo godziny 20-tej przewodniczacy ashramu zwolal wszystkich mieszkancow, ktorzy ulokowali sie w hallu w dwoch rzedach pod sciana. Kazdy dostal miseczke z lisci palmowych, a po dlugiej modlitwie (oczywiscie niezrozumialej dla mnie w ani jednym slowie – wszystko bylo w hindi) trzech panow chodzilo z wiaderkami i nakladalo jedzenie. Bylam naprawde glodna wiec moj brzuszek nie zastanawial sie nad smakiem tylko wcinal. Bylo pyszne!:) Po zaspokojeniu glodu udalam sie do swojej zimnej kanciapki – w Bhojbasa w nocy temperatura spadla do okolo minus 10 stopni, a poniewaz spi sie w nieogrzewanych kamiennych pomieszczeniach, kazde wychylenie spod grubych kocow przyprawia o drgawki. Lepiej wiec trzymac nos pod pierzyna:). Podobnie jezeli chodzi o swiatlo. Elektrycznosc wlaczana jest tylko przez godzine, po tym czasie nastaje pelna ciemnosc:). Noc byla ciezka, bo zimna, pospalam, ale tylko troszke:).
Kolejngeo dnia (23.10.2008) wstalam wczesnie rano. Przede mna dojscie do Tapovan (4463 m npm). Zalozylam, ze sprobuje, jak sie nie uda lub bedzie ciezko, czy tez niebezpiecznie, po prostu wroce. Najpierw dojscie do Gaumukh, skad droga piela sie po pustyni kamieni.
Zapomnialam wspomniec, ze jeszcze 30 lat temu lodowiec Gangotri konczyl sie w okolicach wioski Gangotri. Teraz w zwiazku z ociepleniem klimatu i topnieniem lodu cofnal sie ponad 18 kilometrow. To pokazuje jak niebezpieczne zmiany zachodza w naszym klimacie i jaki to ma wplyw na srodowisko:(.
Przeciecie lodowca nie bylo trudne. To prawda czasem czlowiek gubil orientacje w pustyni kamieni, jednak w takich momentach pomagali orientacyjne piramidki kamieni poustawiane przez innych podroznikow. Po okolo poltorej godziny doszlam na druga strone lodowca i zaczelam sie stromo wspinac na jedno ze zboczy. To byla stroma i dosc ciezka wspinaczka, ale widoki wokolo – szczyty na wysokosc 6000-7000 metrow dodawaly sily i napawaly moje serce szczesciem. Moja dusza fruwala z radosci, w koncu gory to moj dom.. a szczegolnie tak wysokie i piekne. Okolo godziny 13-tej dotarlam do Tapovan (4463 m npm).
Tapovan znajduje sie u podnoza przecudownego szczytu – Shivling (6543 m npm). Szczyt ten znany jest ze swego ksztaltu i nazywany jest azjatyckim Maternhorn’em. Jest niemal na wyciagniecie reki…a stojac pod nim czlowiek odczuwa jaka jest mala i bezbronna istotka. Tapovan to raj na ziemi…znajduje sie tu tylko jeden domek i jeden maly szalasik. Oba miejsca zamieszkale sa przez dwoch joginow, ktorzy spedzaja tu cale lata, medytujac, modlac sie, zyjac w samotnosci.
Po dwoch godzinach delektowania sie przecudownymi widokami postanowilam poznac mieszkancow Tapovan. Sun-jogin okazal sie niesamowita osoba. Jak sie okazalo mieszka tu od dwoch lat i zostal tu wyslany przez organizacje sun-jogi do prowadzniaa ashramu. Co ciekawe bardzo rzadko schodzi do wioski, mieszka w samotnosci, ale czasem gosci ciekawych turystow. Tego dnia zawitalam ja:). Skad nazwa sun-jogin? Otoz cwiczy joge, medytuje na sloncu i moze zaskoczy to wielu, ale zywi sie promieniami slonca. Kazdego dnia spedza kilka godzin w pozycjach medytacyjnych patrzac prosto w slonce. To prawda, ze jego oczy sa przekrwione, ale co ciekawe i zaskakujace moze on patrzec bezposrednio w slonce bez jakiegokolwiek mrurzania. Na takiej wysokosci slonce jest bardzo ostre, a on bez niczego po prostu na nie patrzy. Ja mimo moich dobrych okularow (przeznaczonych nawet na lodowiec) czulam sile promieni slonecznych. Dla niego to nie problem – patrzy na slonce z latwoscia:).
Drugi jogin zyje nieopodal w malym szalasie przybudowanym do wielkiego kamienia. Obaj mieszkaja na wysokosci 4500 metrow, a spotykaja sie tylko czasami… w koncu nie spotkania ich tu przyciagnely, ale medytacja i oczyszczenie. Mialam szczescie bo obaj mowia po angielsku co jest niespotykane, szczegolnie w wysokich gorach. To jednak umozliwilo mi komunikacje z nimi i swietnie spedzony czas. Razem nosilismy wode z malego strumyka nieopodal Shivling, razem podziwialismy kozice i delektowalismy sie sloncem.
Jak sie okazalo tego dnia tylko ja doszlam do Tapovan, choc taki plan zakaladalo wielu mieszkancow Bhojbasa… co sie stalo, ze nie doszli, nie wiem, ale to dla mnie i lepiej, gdyz mogalm sie delektowac tym miejscem w samotnosci:). Slonce swiecilo pieknie, bylo cieplo, choc wiatr mrozil wszystkie czesci ciala, a wokolo na wysokosc 7000 metrow wznosily sie osniezone szczyty.. czego wiecej pragnac:). Czulam sie tak szczesliwa…!!! Po pysznej chai z sun-joginem poszlam na spacer. Wspielam sie ponad godzine pod gore skad podziwialam lodowiec Gangotri, ciagnal sie przez kolejne kilkadziesiat kilometrow. To prawda w wielu miejscach nadal bardziej przypominal kamienna pustynie, ale dopiero teraz, z wysokosci, pokazywal swoja rozleglosc i wielkosc. To bylo niesamowite popoludnie. Ja i Himalaje!.
Okolo godziny 18-tej zaczelo robic sie zimno, a temperatura spadala w zawrotnym tempie. W drodze powrotnej spotkalam sun-jogina, ktory wybieral sie na cowieczorny spacerek. Mimo ze zakladalam wrocic bezposrednio do chatki przylaczylam sie:). Poszlismy na oddalone wzgorze, gdzie siedzac schowani za kamieniem podziwialismy zachodzace za siedmiotysiecznikami slonce. Cudownie. Po pol godzinie siedzenia zrobilo sie jadnak tak zimno, ze przyszedl czas wracac. Po powrocie zabralismy sie za przygotowanie obiadu.. ugotowane warzywa i miekkie chapatti to specjal dzisiejszego wieczoru. Chyba bylam juz glodna, bo nie pamietam kiedy ostatnio tak mi smakowalo:).
Ale co bylo wazniejsze tego wieczora spedzilismy kilka godzin na pogaduchach. Sun-jogin opowiadal mi historie swojego niesamowitego dziecinstwa, wyjasnial praktykowane metody medytacji i jogi. Kolejne ciekawe historie wiazaly sie z samym pobytem w Tapovan. Jak sie okazuje w okresie zimowym temperatura spada tu do niewyobrazalnej wysokosci – w dzien jest minus 20, a w nocy ponad minus 30. Spytacie jak to wytrzymac.. ja tez nie wiedzialam. Tapovan polozony jest w dogodnym miejscu, gdyz nawet w zimie slonce swieci tu ponad 9 godzin dziennie. Wtedy to mimo tak znacznego mrozu sun-jogin nagrzewa sie na sloncu. Raz na dwa dni gotuje cieply posilek (nie moze czesciej, gdyz zapasy zywnosci na 6 miesiecy nie sa za duze, a pamietajmy ze jest to wysokosc 4500 m npm).Zima trwa tu 6 miesiecy, a ilosc sniegu przy chacie siega 2 metrow. To rowniez ciezka praca zabezpieczyc chatke przed taka iloscia bialego puchu, jak i samo jego odsniezanie. Przez pol roku nie ma mozliwosci kontaktu ze swiatem. Nawet jakby sie cos stalo nie ma mozliwosci zejscia do pobliskich wiosek, gdyz trzeba przeciac lodowiec, a gdy pokryty jest taka iloscia sniegu jest to smiertelnie niebezpieczne. Tak wiec obaj jogini zdani sa tylko na siebie. Towarzysza im zwierzeta, ktore staja sie ich przyjaciolmi. I tego bylam swiadkiem – liczne ptaszki przylatuja w nadziei na pozywienie, jak i kozice, ktore paletaja sie przy samej chatce. Kilka razy pojawil sie rowniez slawetny “snow leppard”, ktory jest chluba Indii, niestety w tej chwili bardzo zagrozony.
Okolo 21-szej, gdy za oknem mroz siegal minus 15 stopni postanowilismy udac sie na spoczynek. Nie wiem czy to z zimna, czy tez emocji nie moglam zasnac..przewracalam sie z boku na bok, az przyszedl poranek. Wstalismy o 6-tej, aby popodziwiac wschod slonca na Shivling. Szybka chai, a potem spacerek przy niemilosiernym mrozie. Mimo iz ubralam wszystko co mialam dostepne, zalozylam chuste na twarz w taki sposob, ze widac bylo jedynie moje oczy (wygladalam jak talib:):)) moje cialo bylo zmrozone. Jak tylko pojawilo sie sloneczko cialo zaczelo nabierac rumiencow:). Sam wschod slonca byl przecudowny…Pustka, cisza wokolo, ja, Shivling i wschodzace slonce. Fruwalam…!!!
Po 4 godzinach spaceru i podziwiania Himalajow o poranku, wrocilam do chatki. Tam czekal na mnie sun-jogin. Spedzilaam z nim kolejne dwie godziny. Niestety przyszedl czas powrotu:( I tak przedluzylam pobyt w parku o jeden dzien, a dzisiaj jeszcze chcialam dostac sie do Gangotri. W koncu obiecalam wrocic do Delhi na Divali Festival.
Okolo godziny 12-tej pozegnalam sie z oboma przyjaciolmi i wyruszylam w droge powrotna. Przede mna 24 km drogi, przejscie przez lodowiec i zejscie z wysokosci 4462 m npm na 3048 m npm. Udalo sie jednak. To byl cieaki i meczacy dzien.. pogoda jednak dopisala, swiecilo sloneczko, bylo cieplo i pogodnie, a ja czulam sie szczeliwa ze spotkania z Himalajami i niezapomnianym czasem spedzonym z joginem. W drodze do Gangotri zrobilam jeden przystanek w Bhojbasa, gdzie w ashramie zjadlam obiad.. I dalej w droge.
Do Gangotri dotarlam okolo 19-tej. Bylam zmeczona, ale szczesliwa. Podazylam do mojego poprzedniego gospodarza. Tu tez spedzilam jeszcze jedna noc. Zasnelam bardzo szybko, ale co najwazniejsze zasnelam z usmiechem na twarzy:):).
Kolejnego dnia (24.10.2008) porannym autobusem (o 6.00) opuscilam Gangotri i udalam sie do Rishikesh, skad z kolei wieczornym autobusem podazylam do Delhi.
Ostatnie kilka dni to jedno z najpiekniejszych doswiedczen na mojej indyjskiej drodze.. ciesze sie, ze bylo mi dane przezyc i zobaczyc to wszystko!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




