poniedziałek, 9 luty 2009

Nadszedl czas podsumowania:)


Jakie to dziwne uczucie wracac do domu..Niemal jedenaście miesięcy temu wyjezdzalam z Polski z mysla spedzenia 4 niezapomnianych miesiecy w Azji. Los jednak sprawil, ze zostalam tam znacznie dłużej. Chciałam przeżyć przygode zycia, chciałam odnaleźć siebie, chciałam być szczesliwa. Czy tak się stalo?!
TAK!!! To był najpiękniejszy rok w moim zyciu, który zmienil mnie, który otworzyl nowe drzwi w moim zyciu, który wskazal kierunek na przyszłość.
Pojechalam wraz z Borowką w poszukiwaniu przygody, pojechałam spełnić swe marzenia, a obok niesamowitych i niezapomnianych doświadczeń, genialnych ludzi na mojej drodze, przepieknych zabytkow, krajobrazow... odnalazłam siebie, swoje powolanie, odnalazłam swoja milosc, czego tym bardziej się nie spodziewalam.
Wrocilam. Wiele osob pyta mnie jak było? To jedno z nielicznych pytan, na które nie potrafie odpowiedziec. Jak było? Co to znaczy? - jak było gdzie? Kiedy? Z kim? Ostatni rok to niekończące się pasmo wydarzen.. nie da się w jednym bądź kilku zdaniach streścić przygody zycia, momentow, kiedy na mojej twarzy pojawialy się lzy szczescia, czy tez lzy frustracji, gdy na ustach pojawial się uśmiech z powodu piekna jakie rozpościerało się wokół mnie, uśmiech z powodu ludzi, których poznalam, którzy stali się moja rodzina na azjatyckiej drodze. Nie da się opisac co dzialo się w moim sercu, gdy stalam na Chinskim Murze, oglądałam Armie Terakotowa, czy Taj Mahal, gdy pływałam rzeka Jangze, badz kajakiem na Halong Bay, czy w Wang Vieng, Gdy świętowałam Laoski i Chinski Nowy Rok, gdy spedzilam niesamowite chwile w domach moich przyjaciol – Sabou, Natalie, Yuan, , gdy podrozowalam z moim chinskim przyjacielem Panda, gdy wspinalam się w gorach Chin, czy Himalajach, gdzie spotkalam swoja milosc – Manu.
To chwile i wspomnienia, których nikt mi nie odbierze i które zawsze będą w moim sercu.
To chwile, które zmienily moje zycie, moje myslenie i wizje na przyszłość.
Pojechalam w poszukiwaniu przygód, a w moich ukochanych Himalajach znalazłam milosc, ktorej się nie spodziewalam. Spotkalam Manu, który otworzyl moje serce, który nauczyl mnie wiary, ze zawsze można być lepszym człowiekiem, który pokazal mi jak wazna jest rodzina i najbliżsi. Stal się moja polowką, stal się czescią mnie. Nie powiem, ze jesteśmy idealni, ze dogadujemy się w każdej kwestii. Nie, nigdy. Ale pracujemy nad tym, bo laczy nas coś więcej, coś co pierwszego dnia nie pozwolilo nam przestać rozmawiać, coś co sprawilo, ze po pieciu dniach od naszego spotkania skrzyzowalo nasze drogi w Kaza, coś co rozswietla nasze oczy, gdy na siebie patrzymy, cos co rozgrzewa nasze serca, gdy jesteśmy razem….Dziekuje za to COŚ!! Dziekuje za Manu, który pojawil się w moim zyciu!
Innym pytaniem które często pada po moim powrocie i co teraz? Teraz będę zyla dalej.. z sercem przepelnionym miłością do – osoby która pokochalam – Manu, jak i podrozy, które daly poczatek nowej Drahance.
Spytacie, czy było warto? Czy warto było rzucic prace, zostawic rodzine, przyjaciol i wybrac się w wędrówke po swiecie? Czy warto było podjac ryzyko? Czy warto było znoscic męki niewygodnych autobusow przepelnionych po brzegi Hindusami? Czy tez męki brudnych hotelikow, gdzie spalo się z takimi przyjaciółmi jak karaluchy czy jaszczurki? Czy warto było klócic się z rykszarzami? Czy tez znosic męki porozumiewania się z chińczykami, gdzie podstawowym jezykiem jest mowa werbalna?
Jaka jest moja odpowiedz?
TAK, warto było. I gdybym miala podjac jeszcze raz taka decyzje nie zawahałabym się nawet przez chwile.Teraz wiem kim jestem, czego chce, co jest we mnie i co daje mi sile do zycia. To wiedza, ktorej nie znalazłabym siedząc w miejscu, siedząc przed komputerem, zarabiając pieniadze i tłamsząc swoje prawdziwe Ja.
Teraz wiem kim jest Drahanka – to kochająca dusza podroznicza. Zawsze to wiedziałam, ale teraz pozwolilam tej duszy się ujawnic i spełnić.
Za ten rok podrozy mogę tylko dziekować i modlic się, aby był to tylko poczatek mojej historii.... I aby członkiem dalszej opowieści o Drahance był Manu.

To tyle. Wrocilam. Teraz czas na przystosowanie się do nowych realiów. Czas skupienia się na skarbonce, bo niestety zaswiecila pustka.

Jednak to nie koniec, ta podroz to tylko poczatek.
Drahanka wroci na szlak!! Miejmy nadzieje, już niebawem!
Więc do zobaczenia!

A oto moja sciezka z 2008 roku:)

Wietnam:
- Hanoi
- Halong Bay
- Sapa i droga powrotna prze Lao Cai, Lai Chau, Dien Bien Phu, Son La
- Hoi An
- Dalat
- Muine
- Sajgon

Kambodza:
- Phnom Penh
- Siem Reap i Angkor
- Kratie
- Sihanoukville
- Ratanakiri i Banlung

Laos:
- 4 Thousand Islands
- Champasak
- Bolaven Plateau
- Vientiane
- Vang Vieng
- Phonsavan
- Luang Prabang
- Luang Nam Tha

Chiny:
- Hongkong
- Guilin (Guangxi )
- Yangshou
- Kunming (Yunan)
- Lijiang (Yunan)
- Dali (Yunan)
- Shangri La (Yunan)
- Deqin (Yunan)
- Emei Shan (Sichuan)
- Leshan (Sichuan)
- Chengdu (Sichuan)
- Chongqing
- Dazu
- Yangtze River
- Huang Shan (Anhui)
- Hangzhou (Zhejiang)
- Wuzhen (Jiangsu)
- Suzhou (Jiangsu)
- Tongli (Jiangsu)
- Shanghai
- Qufu (Shandong)
- Taishan (Shandong)
- Xian (Shaanxi)
- Hua Shan (Shaanxi)
- Luoyang (Henan)
- Pingyao (Shanxi)
- Taiyuan (Shanxi)
- Datong (Shanxi)
- Bejijng
- Chengde (Hebei)
- Hohhot (Inner Mongolia)
- Lanzhou (Gansu)
- Jiayuguan (Gansu)
- Dunhuang (Gansu)
- Xining (Qinghai)
- Qinghai (Qinghai)
- Shanghai

Indie:
- Mumbay
- Pune (Maharashtra)
- Aurangabad (Maharashtra)
- Ajanta (Maharashtra)
- Allora (Maharashtra)
- Delhi
- Amritsar (Punjab)
- McLeod Ganj (Himachal Pradesh)
- Dharamsala (Himachal Pradesh)
- Manali (Himachal Pradesh)
- Kullu (Himachal Pradesh)
- Shimla (Himachal Pradesh)
- Lahaul Valley - Battal, Chandratal Lake, Kuszum Pass (Himachal Pradesh)
- Spiti Valley - Kaza, Kibber, Komic, Lalung, Langja, Damul, Dhankar, Sichiling, Tabo, Khanamo Peak (Himachal Pradesh)
- Kinnaur Valley - Nako, Rekong Peo, Kalpa (Himachal Pradesh)
- Sangla Valley - Sangla, Chitkul (Himachal Pradesh)
- Sarahan (Himachal Pradesh)
- Shimla (Himachal Pradesh)
- Haridwar (Uttaranchal)
- Rishikesh (Uttaranchal)
- Uttarkashi (Uttaranchal)
- Gangotri (Uttaranchal)
- Tapowan (Uttaranchal)
- Jaipur (Rajasthan)
- Udaipur (Rajasthan)
- Ranakpur (Rajasthan)
- Kumbargarh (Rajasthan)
- Mt Abu (Rajasthan)
- Jaisaimer (Rajasthan)
- Jodhpur (Rajasthan)
- Ajmer (Rajasthan)
- Puskhar (Rajasthan)
- Agra (Uttar Pradesh)
- Fatepur Sikri (Uttar Pradesh)
- Orchha (Madhya Pradesh)

Powrot do domu!!! 11 miesieczna przygoda za mna!!
























































































































19.12.2008 - 5.01.2009

Tak jak pisalam, dzien przed wyjazdem był pelen zabiegania i załatwiania spraw na ostatnia chwile. Jak to zawsze zwyklo mi się robic :) Oczywiście zaspaliśmy na zamowiona taksówke. Cale szczescie taksówkarz był bardziej zaangażowany i zamiast zignorowac kurs wydzwanial do nas. Szybkie wrzucanie ostatnich rzeczy do plecakow, szybkie ubieranie sie i po 10 minutach od telefonu siedzieliśmy juz w taksowce. Wymeczeni spoglądaliśmy na ulice Delhi zmierzając na lotnisko. Co czulam wtedy? Z jednej strony radosc, ze po tylu miesiącach wracam do polski, ale z drugiej strony smutek, ze opuszczam swój dom. Indie, podobnie jak inne kraje które odwiedzilam staly się moim domem. Czulam, ze opuszczam dom… ale patrzac na rykszarzy za oknem, pieknie wystrojone kobiety, żebraków na ulicach.. obiecywałam sobie, ze jeszcze tu wroce. Ta podróż się konczy, ale inna zaczyna. I wroce tu.:)
Lot przebiegl bardzo spokojnie, choc nieco się dłużył. Najpierw 7 godzin do Helsinek, skad 1,5 godz do Warszawy. Szukujaca roznica temperatur. Wylatywalismy z Delhi, gdzie na ta chwile panuje zima z temperaturą 23 stopnie w ciagu dnia, a wyladowalismy w Warszawie, gdzie padal snieg. Brrr…Po 11-tu miesiącach w upalach, było mi zimno:). Co miał jednak powiedziec Manu, który przez 6 miesicey lata w Delhi musi funkcjonowac w temperaturze 43 stopni:)
Sytuacja się odwróciła. Moja przygoda w Indiach się skończyła na ta chwile, a zaczela się nowa przygoda Manu w Polsce. Kolejne dwa tygodnie to czas spedzony z NIM, z rodzina, z przyjaciółmi, czas Świąt Bożego Narodzenia, który dla Manu, był pierwszym w jego zyciu. To przywitanie Nowego Roku, z nową wiara i nadzieją!
Manu odnalazł się w Polsce, pokochał ją, tak jak ja pokochalam Indie, pokochal moją rodzinę i przyjacioł, tak jak ja jego, pokochal mój dom, który stal się jego domem, a co najważniejsze pokochal mnie, tak jak ja pokochalam jego!!!
I za to wlasnie mogę podziękować Bogu!!
Wrocilam!!

sobota, 10 styczeń 2009

wielkie "shopping", a wiec ostatnie dni w Indiach (Delhi i Puskhar)


































8.12 - 18.12.2008
To już moje ostatnie chwile na obczyźnie. W rzeczywistości te ostatnie półtora tygodnia to już czas odpoczynku, przyzwyczajania się do myśli powrotu i wielkie „shopping”:) Spacery po Delhi, pyszne obiadki, odwiedziny u znajomych, wizyty w kinach i na marketach.. ahhh.. spokojny i przyjemny czas:). Choc z drugiej strony patrzac na obecna sytuacje w Indiach, a mam na mysli ostatnie zamachy w Mumbaju i nieudaczną akcję ratunkową miejscowej policji i służb specjalnych, czy ten czas można nazwac spokojnym?? Spytacie czy cos się zmienilo w Delhi? Otóz wiele.
Oczywiście najbardziej widocznym objawem ochrony przezd zamachami sa przeszukiwania przy wejściu do każdego centrum handlowego, na każdy market, w każdym publicznym miejscu, zakazy robienia zdjęć, wnoszenia roznych niepozadanych rzeczy.
Z tymi zakazami zwiazana jest jedna z moich przygod. Wraz z współlokatorem mieszkania Manu, a i moim bliskim przyjacielem Fareed’em udalam się do kina na niesamowity chinski film „The still life”. Jednak obok filmu wrazenie i emocje wywołało również samo wejscie do kina. Udalismy się do wielkiego centrum handlowego Select Citywalk Saket. Najpierw przeszukano nas przy wejściu do centrum. Każdy przechodzi przez bramki wykrywające metale, potem rewizja osobista. W przypadku kobiet wchodzi się za specjalnie przyszykowany parawan, a dwie sympatyczne pracowniczki ochrony dokonuja przeszukania torebki, jak i metodą dotykową wszystkich części twojego ciała:) No ale to tylko początek. Przy wejściu do kina okazalo się, ze po zamachach w Mumbaju wprowadzono dodatkowe srodki bezpieczeństwa w postaci zakazu wnoszenia jakichkolwiek toreb, torebek, kamer, laptopow. Jednym slowem do kina mozna wejsc bezjakichkolwiek rzeczy materialnych:) Na moje nieszczęście nie bylam tego swiadoma i jak to typowy turysta zawsze przemieszczam się z moim ukochanym aparatem przy boku. Wczesniej nikt mi tego nie zabronil, ale teraz …. Ups.. kto wiedział.. No coz.. Drahanka nie poddaje się jednak za latwo.
Rozpoczelam wiec od rozmowy z pracownikiem w kasie… zabawne.. przebieglo to mniej wiecej tak:
Ja: Czy mogę wejsc z aparatem, skoro jestem turystka i zawsze poruszam się z kamera na ramieniu?
Pracownik kina: Nie, mamy nowy zakaz, zabraniający wnoszenia aparatow na sale kinowa.
Ja: Rozumiem, wiec gdzie mam go zostawic?
Pracownik: W samochodzie
Ja: A co jeżeli przyjechałam ryksza?
Pracownik: Hmmm?!?! To powinna Pani zostawic go w mieszkaniu.
Ja: No niestety nie mogę, bo jak Panu wspomniałam jestem turystka i nie mam mieszkania w Delhi (tutaj troszke naciągnęłam, ale jakichś argumentów musiałam uzyc:)). Podrozuje i wlasnie mam ochote obejrzec seans, a Panstwo mi to uniemożliwiają.
Pracownik:Hmmm… To proszę zostawic w hotelu
Ja: Nie ma sprawy, ale jeżeli wezmie Pan odpowiedzialność za aparat, który zostawie w hotelu. Jako turystka mam zasade, nie zostawiaj nic w pokoju hotelowym, bo możesz się z ta rzeczą pożegnać, ale skoro Pan da mi gwarancje, to nie ma sprawy:)
Pracownik: Hmmm…To ja nie wiem… hmmm… ale jest zakaz i nie może Pani.
Ja: Przepraszam bardzo, jak wspomnialam jestem turystka, podrozuje sama po Indiach i mam ochote obejrzec seans,a skoro Panstwo wprowadzaja zakaz, niemożliwy do zrealizowania przeze mnie, bo nie mam gdzie zostawic aparatu, proszę znaleźć mi rozwiązanie…
Pracownik: Hmmm…. Nie wiem.. to ja zawolam menedżera…
Ja: Bardzo proszę, chetnie z nim porozmawiam, a nawet oddam mu aparat na jego biurko na przechowanie:)

I co stalo się dalej? Po tak inteligentnej rozmowie zjawil się przełożony, kolejne tłumaczenia, wyjaśnienia i tylko jedna prosba z mojej strony: „Proszę znaleźć rozwiązanie na taka sytuacje...Podrozuje sama, nie mam samochodu, mieszkania, nie mogę zostawic aparatu w hotelu... wiec gdzie mam go zostawic, gdy chce pojsc do kina?? Jakie jest rozwiązanie??” Przelozony zgłupiał,a po pieciu minutach zastanowienia i rozmowy z ochroną zezwolił mi wejsc z aparatem, ale mialam obowiązek oddania ochronie baterii.
Jak widac udalo się. Fareed nie wierzyl.. a ja usmiechnieta z aparatem wmaszerowałam na sale kinowa:). Jak widac czasem warto się nieco powysilac i posprzeczac.. w koncu nie przyjechałam tu na marne:)
Ale obok naszej historii byliśmy świadkami innego incydentu. Na ten sam seans próbował się dostać inny Anglik, przyszedł ze zwykla torba, przewieszona przez ramie. Co ciekawe nie miał w niej nic ciekawego, tylko gazety, książki, jakies papiery. Oczywiście ochrona go wstrzymala i zabronila wejścia. Tylko co biedny miał zrobic - już kupil bilet (210 rupii), a w okolicy brak miejsca na zostawienie dobytku. Również wezwal przełożonego. Ten jednak ani nie chciał zezwolic na wejscie, jak i zwrocic pieniędzy za zakupiony bilet. Po 10 minutach bezskutecznej klotni poddal się, w nerwach rzucil torbe przy kasie i wszedł na salę. Nie uwierzycie.. po dwoch godzinach ta torba nadal tam lezala, tuz przy kasie, na podłodze.. tam gdzie przechodzi tysiące Hindusów, skupionych na zakupach. Ahhh.. Niby zwykle wejscie do kina, a tyle problemow:)
Ale warto było. Film „The still life” to historia chinskiej pary pochodzącej z malej wioski nad rzeka Jangze. Dla mnie fil ten byl niesamowitym doświadczeniem powrtu do Chin, nad Jangze, gdzie bylam kilka miesiecy wczesniej. Jeszcze tak niedawno widziałam te opuszczone domy, opuszczone wioski, które niebawem znikna pod powierzchnią wody (zalewanie przełomów Jangze), a teraz mialam okazje przyjrzec się w jaki sposób przesiedlano ludzi, niszczono budynki. Dla mnie obok historii w filmie była to sentymentalna podróz w miejsce, które stalo mi się tak bliskie. Piekny film, nigdy go nie zapomne.
Ciesze się, ze Fareed obejrzał go ze mna, bo Manu chyba nie dal by się namowic na chinska kinematografię:). Manu dołączył do nas wieczorem. Co ciekawe nie zgadaliśmy się i czekal pod innym kinem PVR Saket. Tu Saket, tam Saket.. ale calkiem rozne miejsca:). Wynagrodzilismy mu to jednak pyszna kolacja, a on pieknymi kwiatami i muzykowaniem w rykszy (to takie Male tajemnice:)).
Z tego okresu, niby takiego zwyczajnego przyszla mi do glowy jeszcze jedna ciekawa historia. Jednego poranka (po kolejnej klotni z rykszarzami, bo za przejazd na Srujinagar Market żądali 80 rupii, gdzie maksimum to 30:() wybrałam się na mój ulubiony i chyba najtańszy w Delhi market – Srujinagar. Niemal jak nasz Plac Swiebodzki w niedziele tylko z tańszymi i ciekawszymi towarami:).. chodzilam, oglądałam, kupowalam kolczyki… Nagle nastąpiło ruszenie, ludzie zaczeli uciekac, biegac, pelen poploch. Ludzie biegali we wszystkich kierunkach, krzyczeli, niektórzy zbierali towary i wrzucali do wnetrz stoisk. Powstal harmider i panika. Stalam jak wmurowana, w mojej glowie, powstala myśl „Uciekac? Czy to jakis atak? Bomba?” Nie wiedziałam co się dzieje, zwróciłam się wiec do Pani stojacej obok mnie z pytaniem „Czy powinnam uciekac? Co się dzieje?” Ona odpowiedziala „Nie, nie.. to tylko policja wkroczyla na plac, to normalne”.. no tak, całkowicie normalne:) Nie uwierzycie...po dwudziestu minutach placu nie było, wszyscy rozbierali stoiska, demontowali wszystkie wystające czesci. Okazalo się, ze wiele stoisk jest poszerzanych,a wielu ludzi sprzedaje bez pozwolen. Ja bym nawet pokusila się na stwierdzenie, ze wszyscy, gdyz po pol godzinie placu nie było. Wszystkie rzeczy były wrzucone na kupe do pomieszczen, niektorzy wrzucali na dachy, inni za ploty, oby tylko uchowac się przed okiem policjantow, którzy dumnie kroczyli za samochodem ciezarowym, na który wrzucali wszystkie zarekwirowane rzeczy. Co ciekawe tam wyladowal stojak z pieknymi kolczykami, które zakupilam jeszcze pol godziny wczesniej. To było niezapomniane wrazenie…:) Tak bardzo zalowalam, ze tego dnia nie wzielam aparatu. Market, który jest najbardziej popularny i oblegany przez Hindusow zniknął w ciagu 30 minut, a wszystkie towary ukryly się niemal w dziurkach dla myszy:).
Takich historii mialam jeszcze kilka, w koncu ostatnie półtora tygodnia spedzilam na kupowaniu prezentow, pamiątek i zasluzonym odpoczynku. Co ciekawe zakupy zaciągnęły mnie i Manu na weekend do Puskhar – miasta slawnego z kramow z indyjskim bogactwem. Pojechalismy tam w ostatni weekend i popadliśmy w szal zakupow (zakupy te mialy jakis wiekszy cel, ale to na ta chwile mala tajemnica:)). Przy mojej pierwszej wizycie w Pushkar mieszkalam w hoteliku blisko jeziora. Tym razem z Manu zostaliśmy nieco dalej w Milkman GH. Genialne miejsce, tanie, klimatyczne, z pieknymi pokojami i miluchna obsluga. Polecam:) Te dwa dni w Puskhar spędziliśmy na zakupach, ale był to zarazem czas delektowania się pogaduchami ze sprzedawcami i przyjemnymi herbatkami:). Co ciekawe wypracowaliśmy z Manu technike zakupowa, która sprawdzala się w stu procentach. On nawiązywał kontakt ze sprzedawca, bratal się, zagadywal, a ja wybieralam ciuszki:). Potem gdy przychodzilo do negocjacji i ustalania ceny on przejmowal pałeczkę, a ponieważ wszyscy go kochali zyskiwaliśmy znaczne upusty:) Zgrany duet. Lepiej tylko nie pytajcie ile ciuchow zakupiliśmy… ahh… przyjezdzajc plecaki były puste, potem ciezko byloby je unieść:)... Ale ja przeciez nienawidze zakupow:):) Kto by pomyślał:) W drodze powrotnej mielismy smieszna historyjke z grupa lokalnych mlodziaszkow, którzy zagadali nas w autobusie do Ajmer. Byli zszokowani, ze Manu mowi po hindusku, bo jak to możliwe, skoro jest z „biala”. Padlo „My myśleliśmy, ze Pan z USA… WOW z Ameryki”. Potem pozegnali się z wielka czcia jak z krolem. Ahhh.. Ciagle mnie dziwi to zapatrzenie Hindusow na Ameryke. Wszystko co amerykańskie to genialne, piekne i niestety niedoścignione dla nich:( Nie wiem dlaczego, ale ja nie czuje tego.. Ameryka jest mi daleka i nie czuje przyciągania.. Chyba ze tylko grawitacyjne:).
Ostatnie dwa dni spedzialam u moich przyjaciol w innej czesci Delhi -Dwarce. Niestety Ram musial wyjechac nagle, wiec nie udalo mi się z nim pożegnać. Na szczescie Kavita zostala ze mna. Przedostatniego dnia poszłyśmy na market by kupic tysiące „bangles” (przepiekne hinduskie bransoletki).. bangles na prezenty, dla siebie…a ostatniego dnia moje ukochane „mahandi”. Tym razem pokusilam się na malowanki na rekach, jak i na nogach. Samo wybranie wzoru zajęło mi sporo czasu, ale w koncu to ostatni raz w tym roku:). Wraz z Kavita wybrałysmy, wynegocjowałyśmy cene (tym razem calkiem kosztowne malowidełka:)) i zaczęło się. Samo malowanie zajęło około 2,5 godziny. Trzymanie rak na wprost, sztywno, bez oparcia.. podobnie nogi… możecie sobie wyobrazic.. nie jest to najłatwiejsze:) Ale to nie koniec. Potem kolejne trzy godziny bez dotyku, a jakos trzeba było się dostac do domu, a potem na Gautam Nagar. Kavita mnie uratowala. Na boso dopełzłam do rowerowej rykszy, która zawiozła nas do Kavity domu (wertepy, ty spadasz, ale nie możesz się złapać niczego, bo przeciez mehandi się zepsuje), potem kolejna autoriksza i godzinna podroz na poludniowego Delhi. Udalo się.. nie dotknęłam niczego. Ale wieczor i tak nie był najłatwiejszy. Pakowanie, bo przeciez rano samolot, a tu nie można niczego dotknąć:) No coz.. jak zwykle pakowanie nad ranem w ostatniej chwili:)
Ostatniej nocy mielismy jeszcze jedna przygode. Tydzien wczesniej w jednym z porządnych sklepow zamówiliśmy „Suit” (typowy indyjski stroj”) dla mnie i dla mamy. W sklepie gwarantowali, ze zamowione kreacje beda idealne przy odbiorze, dlatego zgodzilismy się na dlugi termin wykonania. Jak się jednak okazalo stroje były makabryczne… Rano samolot, a my do 4-tej w nocy walczylismy z krawcem. Trzy poprawki w każdym z trzech strojow, jazdy z GN do krawca i z powrotem. Walka trwala do 4tej rano, ale udalo się… stroje wróciły i w calkiem dobrym stanie. Szkoda tylko, ze tyle nerwow i wysilku nas to kosztoiwalo. Nauczka na przyszłość:(.
No coz.. nie było czasu wiec na spanie, leżeliśmy i przysypialiśmy nad ranem. Cale szczescie zaprzyjaźniony, zamowiony na 7-ma rano taksówkarz nas obudzil:) Bez niego lot do Polski odbyl by się bez nas:) Czy byloby to kolejne przeznaczenie, abym zostala w Indiach dłużej? Kto wie:)

niedziela, 7 grudzień 2008

Powrot do "domu" - Delhi i Shimla witaja!


























































Shimla i zachod slonca:)
26.11-7.12.2008
Do Delhi dojechalam okolo 4-tej rano. Manu odebral mnie mnie z dworca Nizamudin, wracajac prosto z pracy.. jak widac Indie niewiele roznia sie od Europy.. i tu mozna pracowac do 3-ciej w nocy:(:(
Kolejne dni spedzilam na leniuchowaniu, sprzataniu, zakupach, odwiedzinach przyjaciol, a wiec normalne zycie.. za ktorym o dziwo tesknie. Nawet sprzatnie moze czasem dawac radosc:)
W piatek wraz z Manu udalismy sie na spotkanie do polskiej ambasady. Ubiegajac sie o wize do Polski ambasada wymaga przedstawienia specjalnego zaproszenia od wladz Wroclawia. Ja jednak jestem tutaj, wiec nie ma mozliwosci wystawienia takiego zaproszenia w Polsce. Dlatego tez poproszono mnie o osobiste zjawienie sie wraz z Manu w ambasadzie, w celu potwierdzenia danych z dokumentow aplikacyjnych. Szybkie spotkanie i udalo sie.. po trzech dniach dostalismy potwierdzenie - Manu dostal wize do Schengen...Niestety tylko na 18 dni. Jak sie dowiedzialam bardzo ciezko jest dostac dluzsza. Wladze Indii obawaja sie emigracji ludzi, stad te obostrzenia:( Zreszta kazdy Hindus ma problemy z dostaniem jakiejkolwiek wizy... niemal jak Polacy wyjezdzajacy do USA czy Kanady:)
W sobote rano udalismy sie autobusem do Chandigarh (deluxe - 150 rupi), gdzie spotkalismy sie z mama Manu.. niezapomniane doswiadczenie:) Potem nocnym, lokalnym autobusem przejechalismy do mojego ukochanego miasteczka - Shimli. To niemal moj dom..
Niestety Manu jak zwykle po weekendzie musial wrocic do Delhi.. ja zostalam- w koncu to moj dom:) Kolejne dni to wiec czas spedzony z Gautam'em, Dhanna, Shashank'iem..Jednym slowem przyjaciele, leniuchowanie, sluchanie muzyki, gotowanie, ogladanie filmow i spacery z podziwianiem Shimli. Shimla ma najpiekniejszy na swiecie zachod slonca. Codziennie zaurocza kazdego swoimi barwami.. niebo staje sie paleta barw, nabierajaca wyrazistosci z kazda sekunda, gdy slonce obniza sie na horyzoncie. I ta niesamowita atmosfera tego miejsca. Spokoj, cisza, powolne zycie... gorskie miasteczko w powalajacym wydaniu. Tu nikt cie nie zaczepia, nie prosi o zdjecia, nie sledzi, nie narzuca sie...jestes jednym z lokalnych.. i to jest takie urzekajace!!!
Uwielbiam to miejsce!!
Po czterech dniach spedzonych w raju postanowilam wrocic do Delhi. Przede mna praca - szukanie mieszkania dla Manu.. niegdy nie szukalam w Polsce, no ale coz.. moze uda mi sie znalezc w Delhi.. haha..W czwartek wieczorem zlapalam wiec autobus deluxe do Delhi (450 rupi). Smutne pozegnanie z Gautam'em i w droge. Nie obeszlo sie jednak bez atrakcji.. po godzinie jazdy silnik w autobusie stanal, a my utknielismy na bezdrozu. Wokolo, lasy, wzgorza, pustka i my... niemal jak rozbitkowie na bezludnej wyspie. Po godzinie oczekiwania przyjechal autobus, ktory rowniez zmierzal do Delhi, tym razem Volvo, a wiec najwyzszej klasy srodek lokomcji w Indiach. Jednak szczescie usmiechenlo sie tylko do 11-tu "rozbitkow":) Reszta pozostala w oczekiwaniu na kolejny zabwienny wehikul:). Ja jednak zostalam "odratowana" i w komfortowych warunkach (za nizsza cene "deluxe") po 7 godzinach jazdy dotarlam do Delhi.

Orchha i indyjski kryzys


Jehangir Mahal





Interesujace znaki o toaletach:)




Tego typu plakaty są w calych Indiach...jak widac w kazdym miejscy znajdzie sie jakis "guru"


Puja odprawiana pierwszego dnia po zakupie nowego samochodu:) To tradycja w Indiach


Jehangir Mahal i muzeum






Widok z Jehangir Mahal na Orchha
























Raj Mahal i slawne malowidla






Tak pracuje sie w Indiach... niestety kobiety wykonuja czasem najciezsze fizyczne prace:(


Orchha

Chaturbhuj Temple





A to Drahanka w Raj Mahal





Market i ulice Orchhy





Slawetna swiatynia Ram Raja Temple


Chhatris

Betwa River.. i naturalne piekno Orchha






Rzeka to miejsce na kapiel jak i tak przyziemne czynnosci, jak pranie:)













24-25.11.2008
No i opuscilam slawetna Agre. Moje kroki skierowaly sie w strone kolejnego indyjskiego stanu Madhya Pradesh, ktory niestety uchodzi za jeden z najbardziej niebezpiecznych w Indiach. Dlaczego? Nie wiem, ale chyba nie chce sie tego dowiedziec, szczegolnie na wlasniej skorze:)
Planowalam dostac sie do Khajuraho, gdzie znajduje sie kompleks najpiekniejszych swiatyn w Indiach, ale jak sie okazalo nie bylo to tak latwe jak sie domyslalam. Wszystkie autobusy z Agry do Khajuraho zostaly wstrzymane przez kolejne kilka dni, ze wzgledu na wybory. Indyjskie wladze obawiaja sie walk pomiedzy poszczegolnymi stanami, wiec ze wzgledow bezpiecznestwa i aby zminimalizowac ryzyko zamachow, wstrzymuja autobusy na pewnych trasach. Nie pozostalo mi wiec nic innego jak zlapac najblizszy pociag do Jhansi, skad czekalo mnie kolejne 5 godzin w autobusie do Khajuraho.
Tym sposobem Manu zlapal pierwszy pociag do Delhi (niestety praca wzywa:(_), a ja pociag do Jhansi. Co ciekawe wykupilismy bilet na lokalny pociag, bez miejscowki.. i tu spotkalam sie z ciekawa sytuacja. Obsluga na dworcu nie zezwolila mi podrozowac w lokalnym przedziale.. Uzasadnili to kwestiami bezpieczenstwa.. WOW.. ktos jednak troszczy sie o obcokrajowcow:):). Musialam wiec dokupic bilet w klase sleeper i tym samym moja podroz minela w calkiem przyjemnych warunkach.. caly przedzial dla mnie... kilka lozek wolnych.. tylko wybierac i zmieniac:):):) (koszt 68+80 rupii doplaty).
Po 6-ciu godzinach w pociagu dotaralam do Jhansi. Stad ryksza (30 rupii) dostalam sie na dworzec autobusowy skad mialam nadzieje podazyc lolaknym autobusem do Khajuraho. Jak jednak wspomnialam wczesniej i tu wstrzymano wszystkie autobusy... moja droga do Khajuraho zostala zamknieta. Jedynym rozwiazaniem bylo wynajac taksowke.. ale czy mnie na to stac.. NIEEE:):):) Postanowilam wiec udac sie do oddalonej od Jhansi o 15km Orchhy. Wczesniej jednak czekala mnie ostra klotnia z obsluga na dworcu, no i moimi kochanymi rykszarzami (za przejazd, ktory standardowo kosztuje 15 rupi zazyczyli sobie 150.. haha, uwielbiam rykszarzy:). Z pomoca przemilego policjanta i Manu (w tym przypadku jezyk hindi okazal sie niezbedny.. tu nikt nie mowil po angielsku) udalo mi sie dostac do Orchhy za normalna oplata... nie pytajcie jednak o moj nastroj... ogarnal mnie kryzys i mialam ochote wszystkich zamordowac:) Poniewaz poziom mojej agresji osiagnal niebezpieczny stan, postanowilam zwiedzic Orchhe i udac sie jak najszybciej do Delhi, a potem w gorki, tak aby uniknac sytuacji w ktorej nie uda mi sie powstrzymac i zamorduje jakiegosc rykszarza, badz natarczywego Hindusa:):)
Po dojezdzie do Orchhy znalalazlm nocleg w pobliskim guesthousie (180 rupi). Chwila odpoczynku i przechadzka po miasteczku. Orchha jest malym, bardzo uroczym miasteczkiem, gdzie znajduje sie wiele swiatyn i dwa przepiekne palace. Dodatkowo wokolo zielen, rzeka.. przepiekna natura. I ta cisza, spokoj, tak rozna od moich ostatnich doswiadczen w Rajasthanie... Nie ma odglosu klaksonow, hamulcow, krzyczacych ludzi... ahhh.. raj na ziemi:):)
Tego dnia wieczorem wybralam sie do swiatyni Ram Raja Temple (wstep darmowy, zakaz wnoszenia kamer), gdzie o 19-tej rozpoczely sie codzienne modly. Swiatynia jest slawna wsrod pielgrzymow, gdyz to wlasnie w niej Ram bedac krolem odprawial modly. Punktualnie o 19-tej przed oltarzem ze statuetka Ram'a zebral sie tlum miejscowych. Rozpoczely sie spiewy, klaskanie, poklony.. ciekawy sposob okazywania szacunku i modlitwy. Ceremonia godna polecenia. Niestety pomimo zachet i zaproszen ze strony miejscowych nie udalo mi sie dolaczyc do grupy modlacych... i tu brak znajomosci hindi pokazal swoje skutki:):)...nie pozostaje mi nic innego jak poprawic sie w rozumieniu i komunikowaniu w hindi:)
Nastepnego dnia przyszedl czas na zwiedzanie pobliskiego Jehangir Mahal (wstep 250 rupi + 25 za aparat). Tu tez wdalam sie w niepotrzebna rozmowe z obsluga na temat oplat za wstepy.. Jakze niesprawiedliwe jest, ze my placimy 250 rupi, gdy Hindusi tylko 10:(:(
Palac jednak powala swoim urokiem. Musze przyznac, ze to chyba najpiekniejszy zabytek jaki widzialam w Indiach. To prawda, ze obecnie jest pusty i niemal martwy, jednak architektura i atmosfera tego miejsca nadal daja sie odczuc. Przepiekne fasady, kruzganki, rzezby.. cudo!! Miejsce godne polecenia.
Potem moje nozki powedrowaly do kolejnego palacu - Raj Mahal, ktorego wyroznikiem sa bardzo ciekawe malowidla. Co oniemiela najbardziej to przepiekne widoki na okolice, rozposcierajace sie z obu palacow - zielone pola, wzgorza.. blyszczaca w sloncu rzeka.. i ten spokoj, wypelniajacy kazda czastke twojego ciala. Czulam ze fruwam...potrzebowalam tej ciszy i spokoju!
Po przeciwleglej stronie palacu mozna zwiedzic Chaturbhuj Temple, z ktorej dachu mozna podziwiac widok na okolice. Mnie sie jednak nie udalo tam dostac... zabladzialam w zakamarkach swiatyni i nie znalazlam wejscia na dach... no coz...moze nie bylo mi to dane.. a moze po prostu powinnam byla zaplacic kilka ruppi miejscowycm chlopcom, ktorzy sledzili mnie na kazdym kroku, a wowczas droga na dach stanelaby przede mna otworem:):):)
Popoludnie spedzilam na spacerku po kilku uliczkach Orchhy i delektowaniu sie cisza i szumem wody w rzece, siedzac przy Chhatris. Orchha to miejsce ktore pozwala odnalezc siebie, odpoczac... ahh.. jakze potrzebowalam tego po halasliwym Rajasthanie:)
Okolo 16tej zlapalam ryksze do Jhansi. Tu oczywiscie znow nie obeszlo sie bez klotni z rykszarzem, ktory za trase za 15 ruppi zazyczyl sobie po przyjedzie do Jhansi 50.. na szczescie jestem juz geniusszem w klotniach, wiec nie mial szans:):) Po dojezdzie do dworca kolejowego, chcialam wykupic bilet na najblizszy pociag do Delhi.. jak sie okazalo, nie bylo wolnych miejsc.. pozostawala mi wiec slawetna "waiting list" z numerem 81. Kazdy kto podrozuje po Indiach wie, ze niemal niemozliwe jest potwierdzenie biletu z takim numerem oczekiwania, szczegolnie 3 godziny przed odjazdem pociagu. A jednak.. ktos tu jest szczesciarzem:):) Po poltorej godzinie oczekiwania okazalo sie, ze moj bilet zostal potwierdzony.. jakim cudem.. nie wiem.. to chyba zasluga piorytetyzowania obcokrajowcow i bycia kobieta.. haha.. podoba mi sie to:)
Przede mna wiec drogia do Delhi. Moj pociag odjezdzal o 20.30 (sleeper, 174 rupie), wiec ostatnie 3 godziny w Jhansi spedzilam na podziwianiu urokow dworca (tysiace zebrakow, szczurow biegajacych po torach i dachu... jeden ze szczurkow byl niesamowity... jakze sprytnie wychodzil i chowal sie w zakamarkach...mozna by pomyslec, ze zwariowalam.. ale uwierzcie, ogladnie szczurow przez kilka godzin moze byc naprawde pochlaniajacym zajeciem:):) W koncu nie czesto mozna je ogladac w Polsce:) Ogolnie ciekawe i niezapomniane doswiadczenie.. zreszta jak kazda wizyta na indyjskich dworcach:):)
O dziwo punktualnie o 20.30 wsiadlam do pociagu, znalazlam swoje lozko i oddalam sie ulubionemu zajeciu w tym miejscu - spaniu:)
Kolejne wiesci z Delhi:)

Slawetny Taj Mahal


Widok z naszego hotelu na Taj Mahal

Poranna herbatka, tuz przed zwiedzaniem:)


A tu wcinalismy sniadanko i podziwialismy Taj Mahal

Wejscie do Taj Mahal


I są!!! Najwazniejszy zabytek Indii...i dzieweczka z Żernik:)





















Tego dnia bylo naprawde tłoczno... przepychanka i obijanie sie lokciami... nie ma jak spektakularne wejscie do Taj Mahal:)



Widok z Taj Mahal na rzeke Jamuna

Tam po drugiej stronie rzeki planowano wybudowac drugi Taj Mahal...tym razem czarny...cale szczescie plan sie nie powiodł..Indie stanelyby bowiem na skraju bankructwa.











Lobuz w kolejce do wesjcia do środka mauzoleum!


Dla tych dwoch nagrobkow zbudowano najwiekszy zabytek Indii!

































Fatepur Sikri!









Dharga w Fatepur Sikri


















Weselny marsz pana młodego do domu pani młodej. Towarzyszy temu glosna muzyka i tancowanie na ulicach:)











22-23.11.2008
Do Agry dojechalam z Ajmer po 9-ciu godzinach meczacej jazdy autobusem (deluxe - 225 rupi). Manu byl pierwszy.. autobus z Delhi wykazal sie wiec wieksza efektywnoscia:) Byla 6-ta rano, wokolo budzaca sie do zycia Agra i my.. szukajacy noclegu. Oczywiscie kolejny rekszarz probowal nas oszukac wskazujac hotele znacznie oddalone od glownej czesci miasta (tak aby uzyskac prowizje), jednak moja podejrzliwosc nie zna granic, a dobra orientacja w terenie nie pozwolily mu wywiezc nas zbyt daleko. Po godzinie znalezlismy sie w cieplym pokoiku w Shahi Lodge (300 rupi/pokoj). Urokiem tego hotelu jest fakt, ze na dachu znajduje sie restauracja z genialnym widokiem na Taj Mahal. Siedzisz 500 metrow od Taj Mahal, jesz sniadanko i czujesz, ze to niezapomniane chwile w twoim zyciu:)
Pierwszego dnia poleniuchowalismy troche, a popoludniu udalismy sie do oddalonego o 40 km Fatepur Sikri (taxi z Agra - 550 rupi z czekaniem). Fatepur Sikri znany jest jako oszalamiajacy kompleks palacowy (Palace of Jodh Bai, Palace of the Christian Wife, Rumi Sultana, Diwan-i-Khas...). Mnie jednak totalnie rozczarowal. Wiele slyszalam o tym miejscu i tak bardzo chcialam tam pojechac.. ale nie jest warto. Szkoda czasu i pieniedzy. Wstep kosztuje 250 rupi, a masz ochote spedzic tam 15 minut. Kompleks sprawia wrazenie obumarlego miejsca..sa to ruiny, wiec mozna powiedziec czego sie wiecej spodziewac?... dla mnie wazna jest atmosfera miejsca.. a tutaj nie poczulam zadnej:(
Jedynym ciekawym miejscem jest oddalona o 5 minut drogi muzulmanska swiatynia - Jama Masjid, ktora zainteresuje kazdego swoja architektura, jak i panujaca tu atmosfera. Dargah Mosque zostala wybudowana w 1571 roku i zawiera elementy z perskiej, jak i indyjskiej sztuki. Najwieksza atrakacja jest 54-metrowa Buland Darwaza (Victory Gate), prawdopodobnie najwyzsza w Azji. Dodatkowo wewnatrz swiatyni znajduje sie mauzuleum "tomb of Shaikh Chishti", ktore przyciaga rzesze pielgrzymow.
Kolejnego dnia przyszedl czas na zwiedzanie slawetnego Taj Mahal. Niestety jak sie okazalo z samego rana Taj Mahal byl zamkniety.. wizyta tureckiego prezydenta.. no coz.. niektorzy maja przywileje. Interesujacym doswiadczeniem bylo ogladanie snajperow, rozlokowanych na dachach budynkow naprzeciw Taj Mahal. Niby ochrona.. ale jak sie potem dowiedzialam, wiecej w tym atrapy i prowizorki niz prawdziwej ochrony:) Czy tak dziala indyjska policja.. hm.. po zamachach w Mumbaju i powalajacej akcji ratumkowej smiem twierdzic, ze to chyba prawda:(
No wiec caly poranek spedzilismy na dachu naszego hotelu delektujac sie widokiem na Taj Mahal. Do najwiekszego zabytku Indii udalo nam sie dostac okolo 2-giej. Niewyobrazalne co sie dzialo przed kasami... jakis kosmos.. nawet nie tysiace ludzi.. ale miliony... niedziela, zamkniecie zabytku od rana.. to spowodowalo,ze czulam sie jak mrowka w mrowisku.. jeszcze nie widzialam tylu ludzi w jednym miejscu. Co do biletu to nie bylo problemu z jego zakupem. W koncu za cene 750 rupi (gdzie Hindusi placa 20!!!) jestesmy traktowani priorytetowo. Nie musimy stac w kolejce. WOW... moze powinni nas spytac czy chcemy placic 20 i postac.. dla mnie to tez dobre rozwiazanie:):)
Ja nie mialam problemu z dostaniem sie do srodka.. moja biala skora i kawalek papieru za 750 rupi ulatiwly mi dostep. Niestety Manu utknal w gaszczu miliona innych Hindusow:( Po pol godzinie znalezlismy sie jednak w srodku.

Co czulam?? Hmmm... zawsze chcialam zobaczyc Taj Mahal..to taka indyjska perelka. Moze wiele osob mysli, ze jest przereklamowany i co w nim wielkiego, moze lepiej pomyslec o sumie jaka wydano na jego zbudowanie, tylko dla spelnienia zachcianki krola Shah Jahan, zamiast poswiecic te pieniadze na bardziej szczytne cele...troche w tym prawdy, jednak jak patrzysz na Taj Mahal, nie jestes w stanie zaprzeczyc, ze jest piekny. Powala swoim urokiem. Jego wielkosc, ksztalt, bialy marur, rzezbienia na scianach, wokolo ogrody i fontanny..... to wszystko buduje niesamowity klimat. Szczegolnie wieczorem, gdy robi sie ciemno, miejsce robi sie opustoszale, w ciemnosci przebija sie tylko jego ksztalt, jego 40-to metrowe minarety wzbijaja sie w niebo, cisza, pustka i wielki Taj Mahal przede mna... ten moment zapamietam do konca zycia, bo wtedy wlasnie poczulam klimat tego miejsca.

I pomyslec, ze zostal zbudowany dla milosci...Prace nad zabytkiem rozpoczely sie po smierci zony krola Shah Jahan - Mumtaz Mahal, ktora zmarla podczas narodzin ich dziecka. Cesarz byl tak zalamny,ze postanowil wybudowac najpiekniejsze mauzoleum na swiecie. Niestety ku jego nieszczesciu, tuz po zakonczeniu budowy, krol zostal zdetronizowany przez syna Aurangzeb i uwieziony w Agra Ford, gdzie spedzil ostatnie dni swego zycia. Obecnie jest pochowany tuz obok malzonki w podziemiach Taj Mahal. Nad budowa Taj Mahal pracowalo ponad 20 000 ludzi, a koszt budowy doprowadzil niemal Indie do katastrowy finansowej. Istnieje historia, ze cesarz planowal wybudowac czarny Taj Mahal jako mauzoleum dla siebie samego, po przeciwleglej stronie rzeki Jamuna. Twierdzi sie, ze wlasnie to bylo jednym z powodow, dlaczego zostal uwieziony. Budowa drugiego Taj Mahal, doprowadzilaby Indie do ruiny.

Sam Taj Mahal powala przede wszystkim swoja wielkoscia i kolorem. Bialy marmur w promieniach slonca sprawia, ze miejsce to blyszczy, promienieje.. niemal jak w raju! Taka indyjska perelka!

To byl mily dzien...Taj Mahal napelnil mnie pozytywna energia i pozytywnymi emocjami!!!

Pushkar - swiete Ghaty i wielkie shoping:)

Puskhar i piekne jezioro!!












Zachód słońca nad Pushkar Lake!

W Indiach każdy środek transportu jest możliwy:)


Ajmer i slawetna Dargah!
Dary kupowane przed wejsciem i składane na ołtarzu w Dargah!









Ulice Ajmer!







Takie mundurki nosi zarowno młodziez, jak i dzieci do szkoly w Indiach.
Różnia sie tylko kolorem w zaleznosci od regionu kraju:)
Stroje typowe dla Rajasthanu!

Czas na słodkosci - hinduski przysmak zwany "jalebi"

A tak przygotowuje sie mleko do picia:)
Kolejna typowa dla Ajmer slodycz - "son papadi"


I teraz kilka przykładow sklepikow z miesem:)









Ruiny Adhai-Din-Ka-Jhonpra - Ajmer










"Son papadi" jest znakiem rozpoznawczym miasta:)
Wszystkie smaki i ksztalty dostepne:)




No i podstawa indyjskiej kuchni - "chapati", nazywane takze "roti"
Ten rodzaj nazywany akurat "tandori roti", gdyz wypiekany w specjalnym piecu, zwanym tandor:)


Ciasteczka...mniam mniam:)
Ajmer słynie rowniez z wyrobu stołow i krzeseł:)


Ajmer i jezioro Ana Sagar:)

Ana Sagar, a w oddali przelecz przez ktora prowadzi droga do Pushkar:)
Krowie kupki slużą w Indiach jako opal...Wczesniej jednak musza zostac poddane suszeniu:):)


No i slawetne swiete krowy..widzoczne wszedzie:)





Powrot do Pushkar i swiety Ghat!


























Weselny pochod z darami...panie zmierzaja do domu pani młodej:)!!



18-21.11.2008
Do Ajmer dojechalam po 5-ciu godzinach jazdy pociagiem z Jodhpur (sleeper, 89 rupi). Niestety nie byla to komfortowa jazda, bo kolejni hinduscy adoratorzy nie dawali spokoju:( Na szczescie na ratunek przyszla mi przesympatyczna rodzinka z Mumbaju, z ktora spedzialam ostatnie dwie godziny w pociagu. Ajmer przywital mnie goraca pogoda, halasem, tlumem, rykszami, dzwiekiem klaksonu.. a wiec typowych Indii ciag dalszy. Zakladalam zwiedzanie Ajmer tego samego dnia, jednak szybko zmienilam zdanie:) Postanowilam odpoczac i pojechac do Puskhar bezposrednio. Polgodzinna przechadzka do dworca autobusowego i juz siedzialam w lokalnym, przepelnionym autobusie do Puskhar (9 rupi). Po pol godzienie lawirowania pomiedzy wzgorzami i wspinania sie autobusu dotarlismy na miejsce. Puskhar jest znany z trzech powodow - swietych Ghat'ow, festiwalu wielbladow i wielkich zakupow. Kazdy turysta przyjezdza tu na wielkie "shoping". I musze przyznac ze teraz rozumiem dlaczego. Masa sklepow z ciekawymy rzeczami i co najwazniejsze.. ciekawe ceny:):) No ale zacznijmy od poczatku.
Po przyjezdzie z pomoca napotkanego turysty udalo mi sie bardzo szybko znalezc nocleg w Shriya Guesthouse (150 rupi/czysciutki, duzy pokoj bez lazienki). Tego dnia czekal mnie juz tylko spacerek po miasteczku. Puskhar zlokalizowany jest pomiedzy zielonymi wzgorzami, co sprawia, ze miejsce to emanuje spokojem. W centrum znajduja sie liczne Ghaty- gdzie hinduscy turysci oddaja sie modlom i swietej kapieli:) Miejsce to zauroczylo mnie przede wszystkim atmosfera, jak i wygladem. Wszystkie budynki okalaja jezioro, biel ich scian promienieje w sloncu, sprawiajac wrazenie swietosci:), ludzie spaceruja wokolo, przygladajac sie modlom... indyjska sielanka:)
Obok spokoju jaki napelnil moj umysl tego dnia, doznalam jeszcze jednego ciekawego doswiadczenia. Na mojej drodze pojawila sie niesamowita duszyczka- Sonja z Dani, ktora spotkalam spacerujac po pobliskim moscie. Sonja jest niemal stalym bywalcem w Indiach. Przyjezdza tu od 20 lat, jednak jej historia w Indiach to nie tylko turystyczna sielanka, ale tez ciezka praca, wielkie poswiecenie, jak i zagrozenie zycia. Sonja przez wiele lat udzielala sie w wielu organizacjach walczacych w Indiach o prawa ludzi z tzw. "no cast". Wszystkie historie jakie mi opowiedziala, byly tak przygnebiajace i niemal niemozliwe do uwierzenia:( Jednak to prawda.. ludzie ci zyja wszedzie, spotykamy ich na kazdym kroku, jednak mijamy obojetnie, ignorujac, co sie z nimi dzieje. Takiego braku wrazliwosci nabiera sie tylko w Indiach.. niestety. Wszyscy Hindusi wiedza, ze ci ludzie istnieja, ze nie maja zadnych praw, zyja na granicy czlowieczenstwa, nie moga pic z tych samych miejsc co inni, nie moga jesc tego co inni, nie moga jesc w tych samych miejscach co inni, sa bici, upodlani... i tylko dlatego, ze narodzili sie w rodzinach bez przynaleznosci do kasty:( Sa traktowani jak "nie-ludzie", jak istoty, ktore musza przezyc swoje zycie, bo nie maja wyboru. Pocieszajace jest, ze wiele organizacji walczy o ich prawa.. niestety czasem z zagrozeniem zycia ich czlonkow (jak w przypadku Sonji, ktora musiala opuscic Indie dla wlasnego bezpieczenstwa). Spedzilam z Sonja cale popoludnie i wieczor. Rozmowa byla niesamowita i ciesze sie ze podrozujac moge spotykac takich ludzi, bo takie spotkanie odradzaja wiare w ludzi, motywuja....
Kolejnego dnia pojechalam do Ajmer ogladac slawna muzulmanska swiatynie - Dargah. Niestety kolejne swiatynne rozczarowanie... Przed wejsciem do swiatyni nakazano mi zostawic moja kamere i telefony w przechowalni. Jednak znaleznienie tego miejsca nie nalezalo do najlatwiejszych i zajelo mi okolo 10 minut, a jak je znalazlam stwierdzilam, ze boje sie nawet zostawic tam moje buty, a co dopiero najbardziej wartosciowe rzeczy, jakie posiadam. Nie mialam jednak wyboru. Za oplata 5 rupi zostawilam torbe z moim aparatem.. w moim umysle jednak caly czas paletala sie mysl.. czy jak wroce moj aparat nadal tam bedzie?!?!
rzed wejsciem do swiatyni tloczylo sie tysiace ludzi. Niektorzy z nich spokojni- w zamysleniu, inni zachowujacy sie niemal jak na markecie:) Wchodzac do swiatyni nalezy scisgnac buty i nakryc glowe...pochwalam to, bo jest to swiadectwem szacunku.. niestety sa to jedyne oznaki szacunku, jakie tu maja miejsce.. Wchodzac do centralnej czesci swiatyni czlowiek przechodzi zalamanie. Po pierwsze- tlum, po drugie -obraz swiatyni jako swoistej "fabryki" - w centrum ustawieni sa mezczyzni, ktorzy przyjmuja dary od pielgrzymow. Pieknie byloby gdyby przyjeli je, z szacunkiem ulozyli przy oltarzu, ale nie.. nie tak to wyglada. Biora i przez ramie wyrzucaja do tylu.. ten obraz przypomina mi rzucanie kieliszka weselnego za siebie... ale czy tak to powinno wygladac w swiatyni? Potem wciagaja cie kolo siebie, klada jakis material na twoja glowe, niby w zamysleniu odmawiaja jakos modlitwe, a po 20-tu sekundach mowia "give me money". Niestety dla mnie wygladalo to jak przedstawienie cyrkowe, za ktore nie mialam zamiaru placic:) Oczywiscie wokol swiatyni zgromadzonych jest wielu Muzulmanow, ktorzy w skupieniu odmawiaja swe modly i to wyglada naprawde wiarygodnie, jednak same sedno miejsca przypomina mi jakas fabryke zarabiania pieniedzy na biednych swietobliwych muzulmanach:(. Poniewaz miejsce nie powalilo mnie na kolana, zwiedzilam i szybkim krokiem udalam sie do przechowalni, gdzie zostawialm swoje skarby.. uffff... nadal tam byly:)
Potem przyszedl czas na przechadzke i zwiedzanie marketu. I to juz bylo prawdziwe indyjskie doswiadczenie - kramy ze slodyczami (Ajmer slynie z chalwy sprzedawanej w roznorakich ksztaltach.. Drahanka uwielbia slodkosci, wiec to cos dla niej:), male restauracyjki, gdzie podaje sie indyjskie jedzenie (znakiem ropoznawczym sa przepyszne chapati), sklepiki z rajasthan'skimi strojami, stoiska z branzoletkami dla kobiet (mysle, ze najwiekszym przemyslem Indii jest produkcja i sprzedaz slawetnych "bangles")..... A wokolo tlumy Hindusow, gwar, halas, kurz..., czyli cale Indie:)
Spacerujac po uliczkach dotralam do kolejnej atrakcji jaka jest Adhai-Din-Ka-Jhonpra. To ruiny muzulmanskiej swiatyni, polozone nieopodal centrum. Zachwycaja swoim ksztaltem i wielkoscia -godne polecenia:). Na koniec wyprawy po Ajmerze, zazylam swiezego powietrza i odpoczynku nad jeziorem Ana Sagar, przygladajac sie miejscowym podczas ich kapieli i prania ciuchow (w Indiach to calkowicie normalna praktyka, pierzemy, myjemy sie w wodzie, ktora jest dostepna, niewazne, czy czysta czy brudna, wazne ze mokra:):):)
Kolejne dwa dni to leniuchowanie i wielkie zakupy. Przeobrazilam sie w typowego turyste, ktory biega od kramu do kramu w poszukiwaniu pamiatek i ciuchow:) Prosze nie pytajcie jak wielkie zakupy zrobilam.. obok pytania - "ile zdjec Drahanka zrobila podczas swojej wyprawy?", pytanie "ile zakupow zrobila?" staje sie rowniez zakazane:)
No wiec dwa dni wpadlam w wir zakupow. Jedynie wieczory odmienialy jeden od drugiego. Pierwszego dnia spotkalysmy sie wraz z Sonja w jej hotelu. Tu wiele historii byly na temat jej wizyty w lokalnym szpitalu poprzedniej nocy (az przechodza mnie ciarki na mysl, co tam sie dzieje.. zyciowa dewiza - w Indiach lepiej nie chorowac:). Kolejnego dnia wspolna kolacja w restauracji "Raju" i pozegnanie. Moj czas w Puskhar dobiegl konca... ale kiedys tu wroce:)

ps. Zarezerwowalismy bilety do Polski. Wracam.. Po 10-ciu miesiacach moja wyprawa dobiega konca:(.. no ale nie wracam sama.. Manu leci ze mna:)
Do zobaczenia niebawem w Polsce:)