niedziela, 7 grudnia 2008

Pushkar - swiete Ghaty i wielkie shoping:)

Puskhar i piekne jezioro!!












Zachód słońca nad Pushkar Lake!

W Indiach każdy środek transportu jest możliwy:)


Ajmer i slawetna Dargah!
Dary kupowane przed wejsciem i składane na ołtarzu w Dargah!









Ulice Ajmer!







Takie mundurki nosi zarowno młodziez, jak i dzieci do szkoly w Indiach.
Różnia sie tylko kolorem w zaleznosci od regionu kraju:)
Stroje typowe dla Rajasthanu!

Czas na słodkosci - hinduski przysmak zwany "jalebi"

A tak przygotowuje sie mleko do picia:)
Kolejna typowa dla Ajmer slodycz - "son papadi"


I teraz kilka przykładow sklepikow z miesem:)









Ruiny Adhai-Din-Ka-Jhonpra - Ajmer










"Son papadi" jest znakiem rozpoznawczym miasta:)
Wszystkie smaki i ksztalty dostepne:)




No i podstawa indyjskiej kuchni - "chapati", nazywane takze "roti"
Ten rodzaj nazywany akurat "tandori roti", gdyz wypiekany w specjalnym piecu, zwanym tandor:)


Ciasteczka...mniam mniam:)
Ajmer słynie rowniez z wyrobu stołow i krzeseł:)


Ajmer i jezioro Ana Sagar:)

Ana Sagar, a w oddali przelecz przez ktora prowadzi droga do Pushkar:)
Krowie kupki slużą w Indiach jako opal...Wczesniej jednak musza zostac poddane suszeniu:):)


No i slawetne swiete krowy..widzoczne wszedzie:)





Powrot do Pushkar i swiety Ghat!


























Weselny pochod z darami...panie zmierzaja do domu pani młodej:)!!



18-21.11.2008
Do Ajmer dojechalam po 5-ciu godzinach jazdy pociagiem z Jodhpur (sleeper, 89 rupi). Niestety nie byla to komfortowa jazda, bo kolejni hinduscy adoratorzy nie dawali spokoju:( Na szczescie na ratunek przyszla mi przesympatyczna rodzinka z Mumbaju, z ktora spedzialam ostatnie dwie godziny w pociagu. Ajmer przywital mnie goraca pogoda, halasem, tlumem, rykszami, dzwiekiem klaksonu.. a wiec typowych Indii ciag dalszy. Zakladalam zwiedzanie Ajmer tego samego dnia, jednak szybko zmienilam zdanie:) Postanowilam odpoczac i pojechac do Puskhar bezposrednio. Polgodzinna przechadzka do dworca autobusowego i juz siedzialam w lokalnym, przepelnionym autobusie do Puskhar (9 rupi). Po pol godzienie lawirowania pomiedzy wzgorzami i wspinania sie autobusu dotarlismy na miejsce. Puskhar jest znany z trzech powodow - swietych Ghat'ow, festiwalu wielbladow i wielkich zakupow. Kazdy turysta przyjezdza tu na wielkie "shoping". I musze przyznac ze teraz rozumiem dlaczego. Masa sklepow z ciekawymy rzeczami i co najwazniejsze.. ciekawe ceny:):) No ale zacznijmy od poczatku.
Po przyjezdzie z pomoca napotkanego turysty udalo mi sie bardzo szybko znalezc nocleg w Shriya Guesthouse (150 rupi/czysciutki, duzy pokoj bez lazienki). Tego dnia czekal mnie juz tylko spacerek po miasteczku. Puskhar zlokalizowany jest pomiedzy zielonymi wzgorzami, co sprawia, ze miejsce to emanuje spokojem. W centrum znajduja sie liczne Ghaty- gdzie hinduscy turysci oddaja sie modlom i swietej kapieli:) Miejsce to zauroczylo mnie przede wszystkim atmosfera, jak i wygladem. Wszystkie budynki okalaja jezioro, biel ich scian promienieje w sloncu, sprawiajac wrazenie swietosci:), ludzie spaceruja wokolo, przygladajac sie modlom... indyjska sielanka:)
Obok spokoju jaki napelnil moj umysl tego dnia, doznalam jeszcze jednego ciekawego doswiadczenia. Na mojej drodze pojawila sie niesamowita duszyczka- Sonja z Dani, ktora spotkalam spacerujac po pobliskim moscie. Sonja jest niemal stalym bywalcem w Indiach. Przyjezdza tu od 20 lat, jednak jej historia w Indiach to nie tylko turystyczna sielanka, ale tez ciezka praca, wielkie poswiecenie, jak i zagrozenie zycia. Sonja przez wiele lat udzielala sie w wielu organizacjach walczacych w Indiach o prawa ludzi z tzw. "no cast". Wszystkie historie jakie mi opowiedziala, byly tak przygnebiajace i niemal niemozliwe do uwierzenia:( Jednak to prawda.. ludzie ci zyja wszedzie, spotykamy ich na kazdym kroku, jednak mijamy obojetnie, ignorujac, co sie z nimi dzieje. Takiego braku wrazliwosci nabiera sie tylko w Indiach.. niestety. Wszyscy Hindusi wiedza, ze ci ludzie istnieja, ze nie maja zadnych praw, zyja na granicy czlowieczenstwa, nie moga pic z tych samych miejsc co inni, nie moga jesc tego co inni, nie moga jesc w tych samych miejscach co inni, sa bici, upodlani... i tylko dlatego, ze narodzili sie w rodzinach bez przynaleznosci do kasty:( Sa traktowani jak "nie-ludzie", jak istoty, ktore musza przezyc swoje zycie, bo nie maja wyboru. Pocieszajace jest, ze wiele organizacji walczy o ich prawa.. niestety czasem z zagrozeniem zycia ich czlonkow (jak w przypadku Sonji, ktora musiala opuscic Indie dla wlasnego bezpieczenstwa). Spedzilam z Sonja cale popoludnie i wieczor. Rozmowa byla niesamowita i ciesze sie ze podrozujac moge spotykac takich ludzi, bo takie spotkanie odradzaja wiare w ludzi, motywuja....
Kolejnego dnia pojechalam do Ajmer ogladac slawna muzulmanska swiatynie - Dargah. Niestety kolejne swiatynne rozczarowanie... Przed wejsciem do swiatyni nakazano mi zostawic moja kamere i telefony w przechowalni. Jednak znaleznienie tego miejsca nie nalezalo do najlatwiejszych i zajelo mi okolo 10 minut, a jak je znalazlam stwierdzilam, ze boje sie nawet zostawic tam moje buty, a co dopiero najbardziej wartosciowe rzeczy, jakie posiadam. Nie mialam jednak wyboru. Za oplata 5 rupi zostawilam torbe z moim aparatem.. w moim umysle jednak caly czas paletala sie mysl.. czy jak wroce moj aparat nadal tam bedzie?!?!
rzed wejsciem do swiatyni tloczylo sie tysiace ludzi. Niektorzy z nich spokojni- w zamysleniu, inni zachowujacy sie niemal jak na markecie:) Wchodzac do swiatyni nalezy scisgnac buty i nakryc glowe...pochwalam to, bo jest to swiadectwem szacunku.. niestety sa to jedyne oznaki szacunku, jakie tu maja miejsce.. Wchodzac do centralnej czesci swiatyni czlowiek przechodzi zalamanie. Po pierwsze- tlum, po drugie -obraz swiatyni jako swoistej "fabryki" - w centrum ustawieni sa mezczyzni, ktorzy przyjmuja dary od pielgrzymow. Pieknie byloby gdyby przyjeli je, z szacunkiem ulozyli przy oltarzu, ale nie.. nie tak to wyglada. Biora i przez ramie wyrzucaja do tylu.. ten obraz przypomina mi rzucanie kieliszka weselnego za siebie... ale czy tak to powinno wygladac w swiatyni? Potem wciagaja cie kolo siebie, klada jakis material na twoja glowe, niby w zamysleniu odmawiaja jakos modlitwe, a po 20-tu sekundach mowia "give me money". Niestety dla mnie wygladalo to jak przedstawienie cyrkowe, za ktore nie mialam zamiaru placic:) Oczywiscie wokol swiatyni zgromadzonych jest wielu Muzulmanow, ktorzy w skupieniu odmawiaja swe modly i to wyglada naprawde wiarygodnie, jednak same sedno miejsca przypomina mi jakas fabryke zarabiania pieniedzy na biednych swietobliwych muzulmanach:(. Poniewaz miejsce nie powalilo mnie na kolana, zwiedzilam i szybkim krokiem udalam sie do przechowalni, gdzie zostawialm swoje skarby.. uffff... nadal tam byly:)
Potem przyszedl czas na przechadzke i zwiedzanie marketu. I to juz bylo prawdziwe indyjskie doswiadczenie - kramy ze slodyczami (Ajmer slynie z chalwy sprzedawanej w roznorakich ksztaltach.. Drahanka uwielbia slodkosci, wiec to cos dla niej:), male restauracyjki, gdzie podaje sie indyjskie jedzenie (znakiem ropoznawczym sa przepyszne chapati), sklepiki z rajasthan'skimi strojami, stoiska z branzoletkami dla kobiet (mysle, ze najwiekszym przemyslem Indii jest produkcja i sprzedaz slawetnych "bangles")..... A wokolo tlumy Hindusow, gwar, halas, kurz..., czyli cale Indie:)
Spacerujac po uliczkach dotralam do kolejnej atrakcji jaka jest Adhai-Din-Ka-Jhonpra. To ruiny muzulmanskiej swiatyni, polozone nieopodal centrum. Zachwycaja swoim ksztaltem i wielkoscia -godne polecenia:). Na koniec wyprawy po Ajmerze, zazylam swiezego powietrza i odpoczynku nad jeziorem Ana Sagar, przygladajac sie miejscowym podczas ich kapieli i prania ciuchow (w Indiach to calkowicie normalna praktyka, pierzemy, myjemy sie w wodzie, ktora jest dostepna, niewazne, czy czysta czy brudna, wazne ze mokra:):):)
Kolejne dwa dni to leniuchowanie i wielkie zakupy. Przeobrazilam sie w typowego turyste, ktory biega od kramu do kramu w poszukiwaniu pamiatek i ciuchow:) Prosze nie pytajcie jak wielkie zakupy zrobilam.. obok pytania - "ile zdjec Drahanka zrobila podczas swojej wyprawy?", pytanie "ile zakupow zrobila?" staje sie rowniez zakazane:)
No wiec dwa dni wpadlam w wir zakupow. Jedynie wieczory odmienialy jeden od drugiego. Pierwszego dnia spotkalysmy sie wraz z Sonja w jej hotelu. Tu wiele historii byly na temat jej wizyty w lokalnym szpitalu poprzedniej nocy (az przechodza mnie ciarki na mysl, co tam sie dzieje.. zyciowa dewiza - w Indiach lepiej nie chorowac:). Kolejnego dnia wspolna kolacja w restauracji "Raju" i pozegnanie. Moj czas w Puskhar dobiegl konca... ale kiedys tu wroce:)

ps. Zarezerwowalismy bilety do Polski. Wracam.. Po 10-ciu miesiacach moja wyprawa dobiega konca:(.. no ale nie wracam sama.. Manu leci ze mna:)
Do zobaczenia niebawem w Polsce:)

Niemal jak w niebie - niebieskie miasto Jodhpur

16 - 17.11.2008
Jodhpur - kolejne kolorowe miasto na mojej drodze. Po zlotym Jaisaimer, rozowym -Jaipur i bialym - Udaipur przyszedl czas na kolor niebieski:) Spodziewalam sie, ze wiekszosc budynkow bedzie niebieska... przyznaje.. szczegolnie jedna strona Jodhpur wyroznia sie swoim kolorem, nie jest to jednak tak powalajace jak w przypadku innych kolorowych miast:):) Ale zacznijmy od poczatku.
Wraz z Dorien dojechalysmy do Jodhpur okolo 5tej nad razem. Noc w pociagu z Jaisaimer minela spokojnie, spalysmy i chrapalysmy, czyli chyba bylo wygodnie i sielanokowo:) :) (sleeper, 147 rupi). Nasz plan zakladal poranna przechadzke do zarekomendowanego View Hill Guesthouse, jednak nadarzyla nam sie okazja i jej nie przepuscilysmy. Jeden rykszarz zaproponowal podwiezienie.. niby cena niska, bo pierwsi klienci.. my nie wdawalysmy sie w szczegoly.. chcial jechac za 20 rupii, wiec dlaczego nie:). Tym sposobem po 15 minutach dotarlysmy do GH. Jak sie okazalo zlokalizowany jest w idealnym miejscu, tuz przy forcie z widokiem na caly Jodhpur. Co ciekawe Guesthouse ten slynie jednak z innego powodu. Otoz prowadzony jest przez kobiete. Norma w Indiach jest, ze wlascicielami i pracownikami hoteli, restauracji sa mezczyzni. A tu niespodzianka. Kobieta zarzadza hotelem - wyjatek godny polecenia w Indiach.. Oby takich bylo wiecej. Jako kobieta calkowicie POPIERAM!!!:) W koncu raz mozna bylo ponegocjowac cene z kobieta, a nie jak to juz przywyklam robic z mezczyznami:) I ta obecna wersja bardziej mi sie podoba:)
Dostalysmy wiec przesliczny pokoj, a po negocjacjach cena wyniosla 150 rupi (genialnie!!).
Przyszedl czas na odpoczynek.. dwie godziny spalysmy, potem kolejne dwie plotkowalysmy:). Dorien jest swietna dziewczyna, a co najwazniejsze nadajemy na tych samych falach:):) Ciesze sie, ze spotkalam ja na mojej drodze.. niestety nasze sciezki dzisiaj sie rozchodza.. Dorien jedzie dalej- do Udaipur, gdzie ja spedzilam caly tydzien.. no coz.. nasze losy sa zagadka.. moze kolejnym razem spotkamy sie w dzungli, badz na morzu.. a nie tak jak teraz na pustyni:) Kto wie:):)
Okolo 12-tej leniwe, ale ciekawe swiata opuscilysmy hotel z zmaiarem zwiedzania pobliskiego fortu - Meherangarh (wstep 250 rupi, audioprzewodnik wliczony z cene biletu). Fort prowadzony jest nadal przez maharaje Jodhpur'u, ktory obecnie ma swoja siedzibe w Umaid Bhawan Palace, ktory swoim wygladem przypomina Taj Mahal (czesc tego palacu wykorzystywana jest jako hotel dla najbogatszych turystow:). Sam fort najbardziej imponuje przepieknymi fasadami poszczegolnych palacow - Moti Mahal (Pearl Palace), Sukh Mahal (Pleasure Palace), Phool Mahal (Flower Palace), jak i kruzgankami, z ktorych mozna podziwiac widoki na okoliczny Jodhpur i niebieska zabudowe:). Wraz z Dorien spedzilsymy w forcie okolo 3 godzin:) W moich wspomnianiach z tego miejsca pozostanie jeszcze jedna rzecz - to tu calkowicie stracilam glos, przeziebienie i wirus jaki zalapalam w Jaisaimer osiagnal tu optimum. Moj glos zanikl.. pozostalo mi tylko pisanie:):)
Po wizycie w forcie udalysmy sie spacerkiem do pobliskigo memorialu - Jaswant Thada (wstep 30 rupi, aparat- 25 rupi). Co ciekawe budynek tez zapiera dech w piersiach, ale tylko z zewnatrz. Ciekawy ksztalt, kolor, zielen wokolo... przyjemne miejsce.. niestety w srodku pustka, nicosc, brak zycia...Ale "opakowanie" piekne:):)
Okolo 16-tej nasze zoladki zaczely wzywac ratunku. Nie pozostalo nam nic innego jak tylko udac sie do miasta i znalezc cosik do jedzenia:) Jodhpur to kolejne ruchliwe i bardzo halasliwe miasto. Niestety i tu traktuje sie turystow jak atrakcje. Dzieci biegaja za toba krzyczac "one pen" albo "ten ruppi".. przygnebiajace.. z kolei mezczyzni nie spuszczja z ciebie wzroku... taki obraz jest charakterystyczny dla Rajasthanu... niestety... dlatego tak bardzo pokochalam polnoc Indii, tam jest nieco normalniej:)
Po godzinnej przeprawie przez czesc miasta i market dotarlysmy do zarekomendowanej restauracji Priya Restaurant, gdzie podobno nasze zoladki powinny doznac kulinarnej ekstazy. Niestety nic takiego sie nie wydarzylo.. Thali za 50 rupii bylo calkowicie normalne, powiedzialabym nawet zjadliwe.. a wiec bez wielkich "ahh, ehhh":) No coz.. nastepnego dnia poszukam cos lepszego.. w koncu nie moge zaniedbywac mojego kochanego zoladka:):)
Wieczor spedzilsymy z Dorien na markecie, przygladajac sie miejscowycm przyprawom, warzywom, no i interesujacym ludzion dookola:) Martket z Jodhpur slynie z ciekawej lokalizacji (tuz przy tzw. "Clock tower"), jak i dobr na nim sprzedawanych. Tak minal mi pierwszy dzien w niebieskim miescie (szkoda, ze nie niebianskim:). Wieczorem Dorien wyjechala, a ja bez mozliwosci mowienia pozostalam w niebie:)
Kolejnego dnia leniuchowanie do poludnia. Stracilam glos, ale przeciez nadal moglam chodzic:) Wiec nie ma co spac, trzeba zwiedzac, jak to sobie zawsze zartuje:) Najpierw moje nozki zawedrowaly na dworzec, gdzie wykupilam bilet na kolejny dzien do Ajmer, a potem kolejnymi brudnymi uliczkami do marketu. Nazwalam ten dzien "Dniem kobiet" bo dzis uzmyslowilam sobie, ze tak dlugo jestem w Indiach, do wielu rzeczy, widokow przywyklam i nawet nie robie zdjec ludzi, sytuacji, ktore sa juz dla mnie tak powszechne, tak normalne w tej chwili.. ale przeciez interesujace dla Europy i tak odmienne od widokow do jakich my jestemy przyzwyczajeni:). Przykladem sa kobiety w saree - nigdy nie robilam im zdjec.. bo przeciez to takie normalne, ze kobiety ubieraja saree i sa wszedzie... a wiec podjelam decyzje, ze to wlasnie dzis jest dzien kobiet i tylko one stana sie obiektem mojego fotografowania:) Spedzilam wiec na markecie okolo 3 godzin, probujac wylapac najpiekniejsze stroje, najpiekniejsze postacie:) I wiecie co... to chyba najbardziej kolorowe zdjecia z calej mojej wyprawy po Indiach:) Ale co sie dziwic, skoro kazde saree ma przepiekny kolor, wzor... rozpromieniaja te zanieczyszczone i brudne Indie:) i moze wlasnie przez te piekne saree czlowiek nie skupia sie na tym co nieladne, niemile:)
W kazdym razie dla mnie saree to przecudowny stroj. Kazda dziewczyna, ktora ubierze saree czuje sie prawdziwa kobieta!! Wiem, bo tego doznalam i moglabym nosic je codziennie:) Saree, kolczyk w nosie, branzoletki na nogach, na dloniach, pierscionki na palcach u nog, znaczek na czole... to wszystko sprawia, ze kazda kobieta wyglada jak ksiezniczka:) A przeciez kazda kobieta chce sie choc raz w zyciu tak czuc...jak widac wszystkie Hinduski maja taka okazje codziennie:) I tego im pozazdroscic:)
Tego wieczora sesja fotograficzna wykonczyla mnie na tyle, ze pozostalo mi tylko leniuchowanie na tarasie naszego hotelu z podziwianiem rozswietlonego Jodhpur. Kolejnego poranka wyjezdzam..... Kolejne wyzwanie przede mna -Ajmer.

Jaisaimer, pustynia, wielblady i ja:)

11-15.11.2008
Jaisaimer - zlote miasto na mojej drodze, w ktorym to rozpoczela sie moja wielka przygoda z wielbladami:)
Do Jaisaimer dotarlam po 12- godzinnej jezdzie lokalnym autobusem z Mt Abu (225 rupi). Droga byla bardzo ciekawa, bo caly czas prowadzila przez pustynie. Wokolo nicosc, pustka.. czasem tylko wyschniete, suche rosliny badz krzaki, czasem przechadzajace sie wielblady:) To widok zza zakurzonego okna mknacego autobusu. Czasem nasz starodawny srodek lokomocji stawal na rozdrozach, gdzie nie wiadomo skad pojawiali sie miejscowi ludzie. Pustka, wydaje sie, ze jestemy w centruym pustyni, a tu nagle ludzie. Ubrani w typowe rajasthanskie stroje - mezczyzni- dlugie curty, kobiety kolorowe saree i bardzo ciekawe odmienne, plastikowe branzoletki, ktore nazwalabym nawet obreczami, bo siegaja niemal do ramienia. Takie widzialam tylko w Rajasthanie...zastanawiam sie tylko czy sa wygodne?!?! hmmm?? Niestety nie bylo mi dane je przymierzyc:(:( Moze trzeba poszukac nowego meza z Rajasthanu?:):) hahhaha.
Po drodze mielismy jedna smutna sytuacje. Otoz bylismy swiadkami jak wielblad wpadl pod busa.. tak.. wielkie na dwa metry zwierze wyskoczylo na ulice i zostalo zmiecione przez nadjezdzajacy samochod. Oczywiscie nasz autobus zatrzymal sie natychmiastowo, wszyscy mezczyzni wyskoczyli i zaczeli podnosci busa tak aby oswobodzic uwiezione zwierze. Spod maski wystawly tylko dwie dlugie nogi, ktore trzesly sie w bolu. Widok przerazajacy. Po pieciu minutach walki z samochodem rzesza mezczyzn poddala sie, wielblad oddal swoje ostatnie tchnienie, a w moich oczach pojawily sie lzy..nigdy nie przypszczalam, ze taka sytuacja moze miec miejsce...wielblad, najwieksze zwierze jakie widzialam w Indiach pod kolami samochodu :(:( Ale oprocz smutku byly tez chwile radosci i zadowolenia. Towarzyszami w mojej podrozy byli dwaj konduktorzy, ktorzy przez cala droge wykazywali o mnie troske.. z nimi tez jadlam obiad, pilam chai i gaworzylam:)
Do Jaisaimer dojechalismy okolo 18-tej, bylam wykonczona i maksymalnie brudna. Jedyne o czym marzylam to zimna kapiel.. piach byl na calym moim ciele, w kazdym zakamarku.. ale chyba musze przywyknac, bo przeciez przez kolejne dni moim domem bedzie pustynia:)
Na dworcu zlapal mnie K.K. pracownik jednego z pobliskich hoteli - Sarovar Hotel. Zmecznie wzielo gore, dalam sie wciagnac.. ale moze i dobrze. Pokoj za 100 rupi, a warunki naprawde dobre. Dodatkowo naprawde dobra lokalizacja... z dachu hotelu rozposciera sie widok na fort, co czyni to miejsce jeszcze bardziej wyjatkowym. Pierwszego dnia nie udalo mi sie zrobic nic wiecej poza odpoczynkiem dla mojego zmeczonego ciala.
Kolejny dzien rozpoczelam od uzgodnien z wlascicielem hotelu na temat opcji oferowanych w ramach tzw. "camel safari":). Oczywiscie romowy nie byly latwe i cena wyjsciowa za safari na wielbladach wyniosla 850 rupi za dzien. Po dlugich negocjacach i wsparciu Manu (hinduski glos zawsze znaczy nieco wiecej dla lokalnych), dostalam przystepna cene 550 rupi za dzien. Wiec zgodzilam sie. Jade na dwudniowe safari... wielblady wszystkich swiatow laczcie sie.. Drahanka nadchodzi:)... ale to dopiero jutro:)
Tego dnia udalo mi sie jedynie zwiedzic Jaisaimer Fort. Rozpoczelam od Maharaja's Palace (wstep 250 rupi, audioprzewodnik wliczony w cene). Ciekawe miejsce, godne polecenia choc bez wiekszej euforii. Trzeba jednak przyznac, ze widoki z palacu na Jaisaimer zapieraja dech w piersiach:) Potem spacerowalam po waskich uliczkach fortu i podziwialam piekne fasady poszczegolnych budynkow. Co ciekawe kazdy budynek w Jaisaimer ma bardzo interesujaca architekture, liczne rzezbienia, piekne kolory. Jaisaimer znany jest jako "golden city" i trzeba przyznac, ze w sloncu swieci jak zloto:) Potem przespacerowalam sie na oddalony o pol godziny drogi dworzec kolejowy, gdzie ywkupilam bilet do Jodhpur na najblizsza sobote (sleeper, 157 rupi). Nie wspominalam o tym wczesniej, ale Indie maja ciekawy system zakupow biletow z licznymi udogodnieniami dla obcokrajowcow. Na przyklad na niemal kazdej stacji znajduje sie specjalne okienko, przeznaczone dla obcokrajowcow. Dodatkowo kobiety nigdy nie stoja w kolejkach..ten przywilej stania nalezy sie tylko mezczynom.. haha:) To mi sie podoba. W kolejce stoi ze setka mezczyzn, a ty podchodzisz do okienka i kazdy musi cie przepuscic. To jeden z wyrazow szacunku dla plci pieknej:) Oby tak w Polsce bylo, a nice przepychanki lokciami i nogami:) Po uroczej wizycie na dworcu nadszedl czas na cosik dla zoladka. Pyszny palak paneer w restauracji Chandan Shree Restaurant i odpoczynek. W koncu jutro czeka mnie niezapomniane spotkanie z przyjaciolmi wielbladami:) Niestey w nocy zlapalo mnie przeziebienie.. goraczka, katar.. ohhh.. chyba bedzie ciezko na pustyni z taka kondycja:(
I nadszedl ten dzien:) A wiec wyjechalismy o 8-mej jeepem spod hotelu. Po godzinie jazdy przez pustynie dojechalismy do miejsca, gdzie czekaly na nas wielblady. Grupa "safarowiczow" skladala sie z pieciu osob: ja, przesympatyczna Holenderka - Dorien, para z Wloch i Amerykanka. Naszymi opiekunami byli Hindusi z pustyni: Lalu, Abdul i Pepe:) Swietni ludzie:) Ubawilismy sie z nimi i bardzo szybko zintegrowalismy. Moj wielblad nazywal sie Haka i mial 10 lat.. hahaha.. jaki ubaw byl jak na niego wsiadlam.. po sekundzie myslalam, ze spadne z wysokosci 2.5 metra, a co najgorsze przede mna perespektywa dwoch dni na tym zwierzaku.. to byl ubaw:):) Przyzwyczailam sie jednak szybko do niekontrolowanych ruchow nojego kochanego wielkoluda, choc caly czas bralam pod uwage, ze istnieje szansa, ze w pewnym momencie spadne:):) Po 2.5 godz jazdy zrobilismy przerwe i leniuchowanie po krzakiem na pustyni. I bardzo dobrze, bo nie wyobarazacie sobie, jaki bol czuje sie w nogach i pachwinach. Siedzac na wielbladzie ma sie nogi niemal jak w szpagacie.. genialne cwiczenie. Ale biorac pod uwage, ze siedzisz jak w szpagacie, trzesie na maksa i podskakujesz.. po pol godzinie czujesz kazda czastke dolnej czesci twego ciala:) Jezeli spytacie mnie, czy moglam swobodnie chodzic.. hahaha... nie:):):) wszystko bolalo:):):) No wiec zatrzymalismy sie na lunch... niestety dostalam naprawde wysokiej goraczki i cale dwie godziny przespalam.. zle sie czulam. Potem znow wsiedlismy na wielblady.. przezd nami 2 goidziny do wydm, gdzie zaplanowany byl nocleg. Niestety po pol godzinie poczulam sie tak zle, ze zrobilo sie niebezpiecznie, ze strace przytomnosc, przestane sie trzymac wielblada i spadne, wiec zeszlam ze zwierzaka i spacerowalam za karawana.. ufff...chociaz stalam na ziemi. Stwiedzilsimy z grupa, ze w moim wykonaniu bylo to "walking safari":):) Musze jednak dodac, ze temperatura na pustyni powalala, bylo okolo 45 stopni, wiec spacerek niemal jak w saunie:):):) Ale dalam rade. Goraco, ale pieknie wokolo.. widzielismy nawet ogromnego weza.. wow.. jak w polskim zoo:):) No i dotarlismy do wydm, gdzie rozbilismy oboz. Ja padalam ze zmeczenia i czulam sie zle, ale wzielam szokujaca dawke lekow i nie uwierzycie.. po dwoch godzinach czulam sie jak nowonarodzona.. polskie leki zadzialaly:):)Aleluja!!! Nasz oboz miescil sie na jednej z wydm.. wokolo pustka i nocosc.. tylko piach...i niesamowita pelnia ksiezyca nad nami... To sie nazywa szczescie:):) Okolo 20tej zjedlismy przepyszna kolacyjke, przygotowana na ogniu na srodku pustyni, ogladalismy zachod slonca nad wydamami, a potem przy pelni ksiezyca siedzielismy przy ognisku, spiewalismy piosenki i rozmawialismy. Bylo super!!!. Najwieksze szol robil Abdul, zawsze usmiechniety Hindus, ktory uatrakcyjnial nam czas spiewem indyjskich piosenek i pustynnymi opowiesciami:) Potem przyszedl czas na odpoczynek, choc my z Dorien nie bylysmy w nastroju tracic czas na sen, tu bylo tak pieknie i cicho... siedzialysmy przy ognisku i rozmawialismy bardzo dlugo, gdy w tym czasie wszyscy pograzyli sie w glebokim snie. Nasze poslanie to koce ulozone na piachu.. tak tak.. pieciogwiazdkowy hotel na pustyni:) Koce byly miekkie, a gdy wykopalo sie dziure pod kocem, cialo wpadalo w nia jak w wannie.. cud miod.. i bylo znacznie cieplej:) Nalezaloby wspomniec, ze wokolo wedrowalo sobie wiele pustynnych robaczkow, zuczkow, ktore prawdopodobnie w nocy po nas chodzily, ale nikt sie tym nie przejmowal. Niesamowite bylo to, zetej nocy byla pelnia ksiezyca i caly czas jak sie budzilam w nocy mialam wydmy dookola i widok ksiezyca przemieszczajacego sie po niebie. Genialne doswiadczenie:):):) Drugiego dnia wstalismy o 6.30. Na ognisku przygotowalismy wspolnie sniadanko, ugotowalismy chai, potem obejrzelismy wschod slonca, a potem wraz z Dorien udalysmy sie na sesje fotograficzna w piachu:) - niemal jak w piaskownicy:):) Potem pakowanie i dalej w droge powrotna na naszych kochanych wielbladach. Tego dnia czulam sie znacznie lepiej i naprawde delktowalam sie jazda na tych przecudnych zwierzach:) Szkoda tylko, ze trzeba bylo juz wracac:( Po poltorej godzinie jazdy dotarlismy do kolejnego miejscsa postoju. Kolejny lunch, zbieranie patykow, rozpalanie ogniska, przyrzadznie chapati.. super ...gotowanie w spartanskich warunkach, czyli cos co uwielbiam. Wraz z Abdul'e, Dorien mielismy przy tym wielki ubaw i wiele smiechu. Nawte jak teraz wspominam te chwile, na mojej twarzy pojawia sie usmich.. ahhh.. bylo tak sielankowo i pieknie.Okolo 13tej przyjechal jeep, ktory odebral nas z drogi, do ktorej dotarlismy i tak skonczylo sie safari. Zaluje, ze nie zostalam dzien dluzej, choc zarowno Abdul, jak i Dorien mnie o to prosili. Naprawde sie wszyscy zzylismy, stworzylismy super paczke i to w tak krotkim czasie:) Ze wzgledow finansowych jak i czasowych podjelam jednak decyzje powrotu. No coz.. nie mozna miec wszytkiego:( Ale ciesze sie, bo przezylam naprawde fajny czas i bylo super.. mimo ze pierwszego dnia umieralam z powodu mojej choroby. Dla mnie bylo to bardzi ciekawe doswiadczenie. Nigdy wczesniej nie jezdzilam na wielbladach, a teraz wiem, ze mi sie to podoba. Moze nie zostane ujezdzaczem wielbladow, ale czasem moge sie wybrac na mala przechadzke:):)
Po powrocie do Jaisaimer leniuchowalam. Wzielam kapiel, bo jak zwykle piach zdominowal moje cialo, a potem delektowalam sie widokiem na fort i odpoczywalam na dachu hotelu:).
Kolejnego dnia wczesna pobudka i od rana zwiedzanie slawetnych Jain Temple z 12-14 wieku (wstep 100 rupi). Swiatynie te otwarte sa tylko o poranku, a jedna z nich tylko przez godzine miedzy 11-12. Zaczelam od Chandraprabhu i Rikhabdev Temples. Pierwsza z nich o okraglym ksztalcie z licznymi rzezbieniami na dwoch poziomach. Musze przyznac, ze wszystkie Jain Temples jakie do tej pory widzialam w Indiach powalaly na kolana. Chyba to z powodu niesamowitej ilosci rzezb znajdujacych sie w ich wnetrzach. Druga byla znacznie bardziej skromna, ale rownie ciekawa:) Potem mialam godzinke przerwy w oczekiwaniu na otwarcie swiatyni ParaSnath Temple, ktora spedzilam na spacerku po uliczkach fortu, czy tez ogladaniu Jaisaimer z kilku miejsc widokowych, zlokalizowanych na jego murach. O 11-tej zjawilam sie w swiatyni Parasnath. Ta spodobala mi sie najbardziej. Rzezby tanczacych bozkow, prezpiekne fasady i wiele innych elementow przykuwalo uwage na kazdym kroku. Nie mozna opuscic Jaisaimer bez zwiedzenia tych swiatyn. Przepelnione sa niebagatelna iloscia rzezb, a mimo to nie czuje sie w nich przepychu. Jakas niesamowita harmonia i dopasowanie, odczuwalne sa w kazdej czesci swiatyni.
Potem mialam niesamowte spotkanie. Spotkalam 26cioletniego chlopaka z klanu wojownikow. Tak tak.. tu nadal istnieja takie klany. Oczywiscie wiekszosc z nich zamieszkuje nadal tereny pustynne, ale nadal widoczni sa w indyjskim swiecie. Chlopak ten pochodzi z klanu wyzszych wojownikow i kilka lat temu uciekl z rodzinnej wioski, gdyz nie akceptuje zasad tam panujacych. A mianowicie w rodzinaqch wyzszych wojownikow narodziny dziecka jako dziewczynki sa niedopuszczalne. JEzeli kobieta pocznie dziewczynke, malenstwo zabijane jest tego samego dnia (o sposobie usmiercania nie bede pisac, bo byloby to zbyt brutalne na moim blogu:(. Tak wiec w tych rodzinach dozwoleni sa tylko mezczyzni. Kobiety i dziewczynki maja racje bytu tylko w klanach nizszych wojownikow. Tym sposobem kontynuacja rodow jest zabezpieczona. Kobieta z kast nizszych wojownikow, mezczyzna z wyzszych kast. I nie ma tu zadnych odstepstw. Nie masz wyboru., musisz postepowac zgodnie z tradycja. Napotkany hindus wykroczyl poza przyjete ramy.. nie moze teraz swobodnie wrocic do wioski, bo wowczas jego zycie byloby w niebezpiecznstwie. w koncu przyniosl hanbe calej rodzinie, jak i celemu klanowi wojownikow. Zyje wiec w Jaisaimer, nie moze sie ozenic z powodu obawy poczecia dziewczynki. Wygodniej jest wiec zyc samemu, bez zadnych drastycznych konsekwencji. Ta historia powalila mnie na kolana, czytalam o tym w National Geographic.. nie spodziewalam sie, ze takie rytualy moga miec nadal miejsce.. a jednak!! Niby rzad zakazal tych praktyk po uzyskaniu niepodleglosci przez Indie, ale przeciez od tego czasu minelo tylko 60 lat, co powoduje, ze ciezko uwierzyc, ze wszytkie tego typu praktyki zostaly wstrzymane. Zapewne sa miejsca, wioski na pustyni, gdzie jest to nadal normalne i codzienne zycie - gdy zabija sie dziewczynke, tylko dlatego, ze jest innej plci.. Straszne to!!. Zyjemy w 21-szym wieku i az ciezko uwierzyc, ze na swiecie nadal takie sytuacje maja miejsce:( Niestety nic na to nie moge poradzic.. musze zyc dalej...
Po tym niesamowitym spotkaniu udalam sie na zwiedzanie kolejnej atrakcji jaka jest Patwa-Ki-Haveli. "Haveli" to dawne siedziby glownie muzulmanskich dostojnikow. Pierwsza Haveli jaka odwiedzialm nie powalala na kolana, ale miala przepiekny widok na Jaisaimer Fort (wstep 50 rupi). Druga z nich byla juz znacznie bardziej ciekawa - z pelnym wyposazeniem we wnetrzu.. tu juz dalo sie poczuc klimat tego miejsca:) (wstep 100 rupi). Ostatnim zabytkiem na mojej jaisaimerskiej liscie byla Salim Singh-Ki-Haveli (wstep 35 rupi). Ta haveli zaurocza glownie swoim ksztaltem - wezsza u podnoza, szersza na szczycie. Dodatkowo pokryta nieskonczona iloscia rzezb. Ta haveli rozpoznawalna i widoczna jest z kazdego zakatka Jaisaimer. Obecnie jest wlasnoscia prywatna, jednak wlasciciel udostepnia ja turystom, a i nawet oprowadza osobiscie:).
Potem przyszedl czas na spotkanie z moja ukochana kolezanka Dorien. Wrocila wlasnie z safari i jak uzgodnilysmy wczesniej... przyszedl czas na wspolny wieczor i wspolne jedzonko. Wczesniej jednak powedrowalysmy kupic bilet na pociag dla niej.. szczesciara.. udalo jej sie wykupic bilet do Jodhpur, na ten sam dzien, na ten sam pociag, w tym samym przedziale i nawet przeciwlegle lozko co ja.. haha,...opuszczamy Jaisaimer razem:)
Potem przepyszna kolacja w Chandan Shree Restaurant, odbior bagazy z hoteli, spacer na dworzec i o 23ciej wyjazd pociagiem z Jaisaimer. To byl naprawde piekny i niezapomniany czas.
Moze kiedys tu wroce:)

Mt Abu i siedziba studentow Brahma

Rajasthan'skie klimaty...palmy i piekne sloce...
W drodze do Mt. Abu:)
Niestety takie tablice niewiele mi mowia... wszystko w hindi:)
Mt. Abu i jezioro Nakki:)



Mt. Abu to spokojna miescina, gdzie mozna pospacerowac wokol jeziora, wypoczac..no i nauczyc sie cosik od wyznawców Brahmy:)
Toad Rock i przepiekny widok na MT. Abu!








No i Drahanka nad jeziorem:)
Tuz za tymi palmami znajduja sie przecudowne swiatynie Jain - Dilwara Temples .. niestety kamery zakazane, wiec zdjec brak:(:(



No i przecudowny zachod slonca nad MT. Abu:)



10.11.2008
Mt Abu to hinduska oaza w gorach, przynajmniej za taka uchodzi:). Dostalam sie tam z Udaipur... pierwszy poranny autobus o 5-tej rano (110 rupi), 4 -godziny jazdy po wertepach i witamy w raju:). Drogi niestety nie pamietam, bylam tak zmeczona, ze nawet bez wzgledu na niewygode spalam oparta o przednie siedzenie. Towarzyszem podrozy byl wydawalo sie sympatyczny Hindus - Ashish. Niestety poczatek naszej znajomosci nie byl mily, po przygodach w innych czesciach Rajasthanu nie mialam ochoty wdawac sie w zadne blizsze znajomosci i relacje. Dlatego od poczatku jazdy bylam zimna i niechetna do rozmowy. Chcialam spac.. taka to mala zolza sie ze mnie zrobila :)Potem jednak gdy dojechalismy do Abu Road nasza rozmowa "nabrala rumiencow". Nasz autobus mial awarie, wiec zafundowano nam polgodzinne oczekiwanie na dworcu na kolejny srodek lokomocji. Droga do Mt. Abu zajela kolejne 45 minut. Wiodla licznymi zakretami pod gore.. wokolo gory porosniete drzewami, cisza i pustka, tak rozna od miast i miejskiego halasu.Co ciekawe za wjazd do Mt Abu, nalezy wniesc oplate - 10 rupi - niemal jak wizyta w resorcie:)
Po przyjezdzie do miasta z pomoca Ashish'a szybko znalazlam nocleg w pobliskim hotelu - Shanti Hotel (200 rupi/pokoj). Zmeczenie nadal mnie nie opuszczalo, wiec postanowilam oddac się drzemce. Dwie godziny i już czulam się lepiej. Potem przyszedł czas na zaspokojenie ogromnego glodu. Palak Paneer w pobliskiej drabie spełnił oczekiwania mojego zoladka. Najpierw sen, potem pyszne jedzonko. Czego wiecej potrzeba:) Zaczelam wiec zwiedzanie. Mt Abu slynie z pieknego jeziora ukrytego wsrod porośniętych drzewami wzgorz – Nakki Lake – przy którym położone jest miasteczko. Na jeziorze pływają rowery wodne, kajaki, wokolo spaceruja Hindusi, delktujac się smakiem lodow i odpoczywajac. Mt Abu to kurort wypoczynkowy i wlasnie takie funkcje spelnia. Niestety ja potrzebuje nieco wiekszych emocji, zwyczajny odpoczynek już mi nie wystarcza. Udalam się wiec w poszukiwanie czegos ciekawszego. Najpierw wspielam się na zbocze, na którym znajduje się Toad Rock, skala przypominajaca swoim ksztaltem falę, ktora zaraz ma sie rozplaszczyc na powierzchni jeziora. Może nie sama skala przyciąga uwage, ale widok jaki rozpościera się na jezioro i okolice z jej podnóża. Tu spędziłam godzine, siedzac, delektujac sie widokiem i rozmyslajac. Potem przyszedl czas na nieco dluzszy spacerek, tym razem do swiatyni Dilwara. Swiatynie te uchodza za jedne z najpiekniejszych w Indiach pod wzgledem swojej architektury. Zgodnie z historia artysci, ktorzy rzezbili te swiatynie, byli oplacani zgodnie z iloscia pylu, jaki powstawal w akcie tworzenia. Na mnie powalajace wrazenie zrobily dwie pierwsze swiatynie – Vimal Vasahi (budowana przez 14 lat od 1031 roku, kosztowala 180, 5 miliona rupi) i Luna Vasahi (ta ksztaltowana byla przez 15 lat od 1230 roku, a pracowalo nad nia 2500 rzezbiarzy). Wygladu obu swiatyn nie da sie opisac. Powalaja bogactwem rzezb, perfekcja, kolorem i czystoscia marmuru! Niestety ze wzgledow bezpieczenstwa nie wolno robic zdjec, a swiatynie zwiedza sie z przewodnikiem (niestety mowiacym tylko w jezyku hindi:)).
Po tak budujacej wizycie w swiatyni wrocilam do Mt Abu. Zblizal sie zachod slonca wiec udalam sie w najbardziej odpowiednie na taka chwile miejsce tzw. Honeymoon Point ::) Zachod slonca byl przepiekny. Wraz z liczna grupa Brahminow siedzialam na szczycie wzgorza, podziwialam zachod slonca i oddawalam sie myslom o pieknie swiata. Czesc studentow Brahmy medytowala, spiewala mantry, badz cwiczyla joge. Mt Abu miesci uniwersytet Brahmy Kumaris, co sprawia ze cale miasteczko przepelnione jest ubranymi w biale stroje studentami. To najwiekszy na swiecie tego typu uniwersytet, ktory skupia ludzi z calego swiata. Dzieki temu wlasnie spotkalam Jurka, 60-letniego studenta ze Szczecina. To niesamowite jakich ludzi spotyka sie na swojej drodze. To z Jurkiem spedzilam kolejne 3 godziny i zglebilam wiedze na temat Brahmy, filozofii medytacji i pojmowania swiata. To byl naprawde tworczy czas. Niestety nastepnego dnia musialam opuscic Mt Abu wiec niedane bylo nam spotkac sie jeszcze raz. Jedno jest pewne. Jestem Jurkowi wdzieczna za rozjasnienie mi tajnikow dzialania organizacji. Po powrocie do hotelu, okolo godziny 22-giej spotkalam swoja dobra duszyczke z drogi - Ashisha. Zaczelo sie od kilku slow, a skonczylo na pogaduchach do poznej nocy:) Ashish to pracownik Nestle, ambitny, inteligentny, uprzejmy i wrazliwy. Spedzilam z nim tylko jeden wieczor, a mimo to stal mi sie bardzo bliski i utrzymywalismy kontakt do konca mojego pobytu w Indiach. Rano o 5-tej odprowadzil mnie na przystanek, wsadzil w autobus do Abu Road i zniknal, ale tylko fizycznie. A ja opuscilam Mt Abu. Udalam sie w droge do Jaisaimer, gdzie czekala na mnie nowa przygoda, tym razem na pustyni:) Do zobaczenia!

Ranakpur i Kumbalgarh - perelki Rajasthanu

6-7.11.2008
Zarówno Ranakpur jak i Kumbargarh to perelki na rajasthanskiej drodze. Znajduja się w odległości 100 km od Udaipur i sa celem jednodniowych wycieczek wszystkich turystow. Jednak istnieje jedna podstawowa roznica miedzy mna i normalnymi turystami. Wszyscy zwiedzaja je wynajmując taksowke i objezdzajac oba miejsca w jeden dzien. Ja postanowilam podjac wyzwanie i udac sie w oba miejsca lokalnym autobusem. Oczywiscie juz na samym poczatku uslyszalam, ze nie uda mi sie dotrzec do Kumbargarh lokalnym srodkiem transportu. To zmotywowalo mnie jeszcze bardziej. Przeciez nie ma rzeczy niemozliwych. Szczegolnie dla Drahanki:).
Pierwszego dnia udalam sie do Ranakpur. Zlapalam autobus z Udaipuru okolo 8.30 rano, a na miejsce dotarlam okolo godziny 11-tej. Niestety okazalo sie, ze slawna Jain Temple otwarta jest dla obcokrajowcow dopiero od 12-tej. Nie pozostalo mi wiec nic innego jak tylko zapoznac sie z okolica, gdzie miescily sie dwie pozostale swiatynie Jain – Neminath i Parasnath. Jednak to glowna swiatynia Chaumukha Mandir (Four- Faced Temple) robi najwieksze wrazenie. Wstep do swiatyni jest darmowy, nalezy jednak wykupic bilet za fotografowanie wnetrza (50 rupi). A wnetrze powala. Swiatynia sklada sie z 29 holi, wzniesionych na 1444 kolumnach, z ktorych kazda jest inna. Ta swiatynia jest jedna z najwazniejszych w Indiach. Swoja architektura i panujaca w niej atmosfera przyciaga rzesze pielgrzymow. Po prostu zaurocza! Miejsce godne polecenia dla kazdego.
Przyszedl jednak czas poworotu, oczywiscie lokalnym autobusem (3 godziny jazdy). Nie obeszlo sie jednak bez przygody. Oczekujac na autobus rozmawialam z Manu.. no coz, zbyt duze skupienie i autobus minal mnie pozostawiajac tylko chmury kurzu wokolo. Kolejna godzine za kare spedzilam wedrujac w ta i z powrotem po ulicy:) Kolejny autobus przyjechal na szczescie punktualnie, wiec udalo mi sie wydostac z tej okolicy. Okolo 19-tej wrocilam do Udaipur. Najpierw udalam sie na dworzec kolejowy, gdzie zamierzalam kupic bilet powrotny dla Manu, ktory przyjedzal do mnie na weekend. Co ciekawe wtedy to wlasnie przekonalam sie o priorytetowym traktowaniu obcokrajowcow. Na stacji oczywiscie ustawilam sie w okienku, gdzie obsluguje sie turystow. Spytalam o interesujacy mnie pociag do Delhi, mily pan w okienku odpowiedzial, ze bilet na wskazany pociag jest dostepny, musze tylko wypelnic formularz, jak to czyni sie standardowo przy rezerwacji biletow. Zrobilam tak jak mi kazal, z ta tylko roznica, ze wypelnilam dane Manu. Jak sie okazalo, gdy podalam uzupelniony formularz, pan skierowal mnie do lokalnego okienka skoro kupuje bilet dla Hindusa. I tu zaskoczenie. Okazalo sie, ze dla Hindusa bilety juz sa niedostepne. Jedyne co mi zaproponowano to 9-te miejsce na liscie oczekujacych. No tak, bialy turysta ma wieksze przywileje niz lokalny. To moze przez to placimy drozsze bilety wstepu? Choc tu czuje sie iskierke przywilejow:) Tym razem to niestety Manu byl stratny:)
Tego wieczorku moj zoladek zachwycil sie jeszcze pyszna “thali” z Dinning Hall, gdzie spotkalam pare przemilych Anglikow. Potem jeszcze umysl popracowal nad szukaniem powrotnych biletow lotniczych na internecie, a okolo 24 udal sie na spoczynek.
Nastepnego dnia moje nogi zaprowadzily mnie do Kumbargarh. Tu dostanie sie bylo mozliwe, jednak nieco bardziej skomplikowane niz wyprawa dnia poprzedniego. Najpierw udalam sie porannym autobusem (o 5-tej) do miejscowosci Kelvara (3 godziny jazdy), skad mialam zamiar zlapac kolejny srodek transportu do samego fortu. Jak sie jednak okazalo, tu czekala mnie niemila niespodzianka. Dojechalam, ale dojazdu dalej nie bylo, a do tego pewni miejscowi przewoznicy chcieli mnie oszukac. Nie dalam sie jednak, a z pomoca telefonicznego tlumaczenia Manu i uprzejmosci pobliskiego sklepikarza, znalazlam sposob na dotarcie do fortu. Spacer i przechadzka.. oto rozwiazanie! Upal byl ogromny, slonce swiecilo niemilosiernie, a przede mna 7 km drogi w jedna strone:). Dobrze, ze uwielbiam chodzic i mam dobra kondycje:) Droga wila sie najpierw przez dwie wioski, a potem wspinala sie pod gore miedzy pobliskie wzgorza. Wokolo pustka, cisza, piekna dziewicza natura. Oczywiscie kazdy samochod przejezdzjacy przez to pustkowie w moim kierunku zatrzymywal sie z propozycja podwiezienia. To mile, ale po co mam nozki…no i pasje chodzenia:) Po dwoch godzinach podziwiania przecudownych widokow i wedrowki dotarlam do fortu (wstep 100 rupi). Fort Kumbargarh polozony jest na wzgorzach Aravalli , zbudowany w 15-tym wieku. Co ciekawe sciany fortu ciagna sie na dlugosc 36 kilometrow i otaczaja 360 swiatyn, liczne palace, ogrody i bunkry. Fort robi naprawde niesamowite wrazenie, nie tylko swoim urokiem, ale i wielkoscia. Zauroczyl mnie swoim wygladem choc zarazem ugoscil jednym niemilym incydentem z lokalnym hindusem, co zmusilo mnie do napisania reklamacji, tak dla dobra kolejnych podroznikow na tej trasie:(. Po godzinie 13-tej zebralam sie w droge powortna. Kolejne 7 kilometrow przede mna i kolejne samochody zatrzymujace sie z propozycja podwiezienia (tym razem miedzy innymi dwie Polki z wlasnym taksowkarzem, jak i mila para, ktora fotografowalam w forcie). Nie dalam sie jednak namowic, w koncu ruch to zdrowie, a piekna natura wokolo to balsam dla umyslu:). Okolo 15-tej dotarlam do Kelvara, gdzie w podziekowaniu wypilam chai z sympatycznym pomocnikiem z lokalnej apteki. Potem zlapalam autobus do Udaipur (35 rupi). Niestety droga nie przebiegla mi w milej atmosferze. Szczegolnie na poczatku. Mialam przjemnosc, a moze raczej nieprzyjemnosc siedziec kolo indyjskiego policjanta. Ku mojemu zaskoczeniu mowil po angielsku, co jest naprawde niespotykane w Indiach. Pytanie tylko czy moze lepiej byloby jakby nie mowil, gdyz juz po chwili rozmowy mialam ochote wysadzic go z pedzacego busa. Poglady i wizja swiata straznika prawa powalaly mnie na kolana. Juz po kilku minutach postanowilam zaglebic sie w milczenie, aby nie prowokowac swojego jakze spokojnego usposobienia do wywolania awantury badz nakrzyczenia na stroza prawa. Na to jednak uslyszalam, ze podrozowanie samemu nie sluzy mi i moze powinnam podrozowac z kims, bo wtedy bylabym bardziej rozmowna. Postanowilam nie komentowac tego i nie wskazywac, ze to wlasnie ograniczona inteligencja i blyskotliwosc towarzysza podrozy nakazuja mi zachowac milczenie:) Udalo sie jednak, w milczeniu dotarlismy do Udaipur, gdzie wieczor spedzilam na odpoczynku i wyczekiwaniu Manu, ktory przyjezdzal z nastepnego poranka:)

Najromantyczniejsze indyjskie miasto - Udaipur.



4 - 9.11.2008

Udaipur zauroczyl mnie od samego początku. Zauroczyl swoim wdziękiem, kolorem, romantycznym klimatem. Dojechalam do miasta z samego rana (4.11.2008). Na zegarku wybila godzina 8, a ja platalam sie po dworcu kolejowym. Oczywiscie zaraz po wyjsciu z budynku dworca znalezli sie nachalni rykszarze z propozycja podwiezienia do centrum miasta, za jak zwykle niebagatelna kwote 80 rupii (gdzie w rzeczywistosci przejazd kosztuje 15-20 rupi, tu kazdy wie jak zarobic:(). Oczywiscie postanowilam uruchomic swoje zastale kosci…jednak podobnie jak i ja nie ustepuje, tak nie ustepuja tez rykszarze:) Jeden z nich chyba za znak honoru przyjal sobie zawiezienie mnie do centrum, jechal za mna, namawial, negocjowal. Po pieciu minutach zgodzilam sie, gdyz zbil cene do 15 rupii, wiec czemu nie, w koncu zaczelismy od 80:) Warunek byl jednak jeden, mial mnie zawiesc do Lal Ghat, a nie do wybranego hotelu, ktorego jest naganiaczem. Oczywiscie sie zgodzil, ale aby nie bylo dla mnie latwo, pozniej nie dotrzymal obietnicy. Bylam w tym miescie pierwszy raz, ale przeczulam, ze ktos probuje mnie zwabic do pulapki lwa:). Czulam, ze jedziemy dalej. Z mapy wynikalo, ze czesc Udaipur do ktorego zmierzalam nie byla bardzo oddalona, a on jechal i jechal… cos mi tu nie pasowalo. I mialam racje. Zrobilam wiec mala awanturke i z ostra mina opuscilama pojazd, cale szczescie nie wywiozl mnie za daleko. Nie bylo w tym nic niebezpiecznego, rykszarz az nadto mial ochote pomoc mi znalezc nocleg na kolejne dni, a przy tym zarobic duza hotelowa prowizje… niestey nie udalo mu sie:)
Jak sie okazalo centrum Udaipur- “Bialego miasta”, to waskie uliczki, pelne kramow z pamiatkami. Co zaurocza w miescie to piekna biala zabudowa. Promienie slonca padajace na biale fasady budynkow wywoluja niebianskie wrazenie. Czlowiek czuje sie jak w chmurach…. Ahhh… szkoda tylko, ze ten halas i harmider naokolo:( No coz, zawsze musza byc jakies drobne minusy:).
Udalam sie wiec na poszukiwanie noclegu. Spacerkiem po miescie przez pol godziny i udalo sie. Schronienie znalazlam w Shiva GH (150 rupi, pokoj). I musze przyznac, ze byl to najlepszy nocleg w Rajasthanie. Piekny, schludny pokoik, a co najwazniejsze czysciutki, podobnie lazienka. Do tego caly taras widokowy dla mnie. Moj pokoj miescil sie na drugim pietrze. Ponad nim byl tylko dach, na ktorym spedzalam kazdy poranek i wieczor. Stad rozposcieral sie przecudowny widok na jezioro – Pichola Lake, stad delektowalam sie niezapomnianym widokiem zachodu slonca, podczas ktorego niebo przybieralo niesamowita bordowa barwe.. slonce schodzilo w dol, a kolor nieba stawal sie coraz bardziej intensywny, z czasem przemieniajac sie w gleboka czern nocy:). CUDOWNIE. Teraz wiem skad sie wzielo to romatyczne miasto...coz wiecej trzeba dla pary, ktora spedza piekne chwile ze soba. Taki widok, uscisk ukochanej osoby i lzy szcczescia w oczach… Ahhh.. Tylko gdzie jest Manu:( I dlaczego nie ma go tu ze mna?!?!:( Tesknie:( On musi do mnie dolaczyc… musi:))
Pierwszego dnia po krotkim odpoczynku udalam sie na zwiedzanie Udaipur City Palace (wstep 50 rupi, aparat 200, ale nie polecam placic tego, ja nie zaplacilam i jakos sie udalo). Tam szwedanie sie po salach palacowych, ogladanie Udaipuru z gory, podziwianie Pichola Lake zajelo mi okolo dwoch godzin. Calkiem interesujace miejsce. Potem przyszedl czas na poznanie zakamarkow miasta – najpierw uliczki Lal Ghat, potem Gangaur Ghat i Hanuman Ghat. Aby sie dostac do tego ostatniego, nalezy przedostac sie na druga strone jeziora. Prowadzi tam most i male uliczki. Na najdalej wysunietym cypelku znajduje sie budynek, gdzie o zachodzie slonca gromadzi sie spora gromadka ludzi. Kazdy chce podziwiac kolor bialych budynkow na brzegu jeziora. Slonce zachodzi, promienie opadaja na fasady budowli, a one swieca sie jak zloto, odbijajac swoj blask w tafli jeziora. To widok na jedna strone… Jak tylko czlowiek odwroci swoj wzrok o 180 stopni, jego oczom ukazuje sie przecudowny zachod slonca na pobliskich zalesionych wzgorzach. Do tego odbicie zachodu w wodzie… Popoludnie to niezapomniana gra kolorow i widokow, ktore pojawiaja sie na tafli wody. Niemal jak film przyrodniczy, film bedacy odbiciem rzeczywistosci. Piekne.
Tego dnia juz jedynie pracowalam. Przyszedl czas na znalezienie biletow lotniczych do Polski. Swieta sie zblizaja, nadszedl wiec czas powrotu. Moje serce jednak fruwalo, bo Manu leci ze mna. Wlasnie zlozyl dokumenty aplikacyjne o wize. Lecimy razem i razem spedzimy polskie swieta… dzieki temu moze moj szok popowrotowy bedzie mniejszy:) Tak wiec kolejne dni to ciezka praca nad wyszukiwaniem korzystnych lotow, sprawdzaniem wszystkich mozliwych polaczen. Udalo sie. Po dwoch wieczorach spedzonych na internecie, w moich rekach byl plik informacji jakie potrzebowalismy, aby dostac sie na polska ziemie:)
Kolejny dzien w Udaipur minal mi znacznie spokojniej. Nie bylo juz zwiedzania, bardziej zapoznawanie i bratanie sie z miastaem. Najpierw dlugi spacer i posiedzenie w parku. Potem podgladanie zycia na uliczkach. Udaipur mimo swojego romantycznego uroku, jest miastem bardzo ruchliwym, halasliwym.. stojac na glownej ulicy czuje sie wir i zamet otaczajacego swiata. Z drugiej strony jeden krok w parku, badz na brzegu jeziora daje odetchnienie i ucieczke od przytlaczajacego halasu. Zakochalam sie w tym miescie. Jedyne co przyprawialo mnie o zawal to lokalni sklepikarze i pracownicy restauracji. Na widok samotnej dziewczyny przechadzajacej sie po miescie dostawali szalu. Zaczepiali, zagadywali, sledzili…ahhh.. niemal jak w pozniejszym Jaisaimer. Poczatkowo nie zwraca sie na to uwagi, ale juz po godzinie zaczyna sie miec dosc i przy kazdej zaczepce czlowiek zaczyna reagowac agresja. W koncu ile mozna. Czasem nie dalo sie spokojnie przejsc kilku metrow, bo zaraz pojawial sie jakis adorator badz zainteresowany. Co mnie ciekawi, skad to zainteresowanie lokalnych bialymi dziewczynami. Przeciez biale twarze sa tu na porzadku dziennym, powiedzialabym, ze Udaipur to jedno z najbardziej turystycznych miast, a mimo to wydaje sie, ze biali turysci robia furore. A moze biale samotne kobiety?!?! Kto wie:)
Tego dnia na mojej sciezce po spokojnym poranku w parku pojawilo sie kilku Hindusow, ktorzy zapadli mi w pamiec z kilku powodow. Jeden z nich sledzil mnie przez pol miasta, informowal kolegow, bo byl mna bardzo zainteresowany, ze wzgledu na moje pochodzenie. Otoz jak sie okazalo jego narzeczona to Polka, niebawem zamierzaja sie pobrac. Nawet na moja prosbe pozostawienia mnie w spokoju zaoponowal.. w koncu niebawem bedzie Polakiem i mnie nie zostawi. No tak… teraz to juz takie sztuczki wymyslaja:) Kolejny Wiki byl jeszcze wiekszym aparatem. Wczesniejszego dnia zapraszal na kolacje, drinki, a dzisiaj pojawil sie w sklepie z bizuteria (w ktorym przez przypadek wyladowalam) z juz nowa dziewczyna – Izraelka. Co ciekawe wczesniejszego dnia zdradzil mi, ze ma dziewczyne w Hiszpani. No tak.. ale chyba wiele sie w ciagu nocy wydarzylo i zmienilo. Jedna zniknela, ale na jej miejsce pojawila sie kolejna:) Cale szczescie, ja nie bralam udzialu w tej wymainie:)
Ta sytuacja pokazala mi jednak jedno. Na poczatek winilam wszytkich Hindusow, za podejscie do bialych kobiet, za ich mniemanie, kim one sa, na co je stac.. ale teraz wiem, ze tak naprawde na taka opinie pracuja dwie strony. Z jednej Hindusi, ktorzy widzac biale kobiety tworza sobie wizje niemal jak z amerykanskich, czy europejskich filmow, a z drugiej wiele “bialych” kobiet, ktore takie historie urealniaja swoim zachowaniem. Co sie wiec dziwic, ze Hindusi probuja podrywania.. w koncu jedna badz dwie na dziesiec dziewczat sie zgodzi. To smutne, ale niestety prawdziwe. Teraz obwiniam dwie strony.
Koniec jednak filozoficznych wywodow.. czas powrocic do Udaipur:) Kolejene dwa dni 6-7.11.2008 to wyjazd do Ranakpur i Kumbargarh, ale te podroze opisalam w osobnym poscie:)
8.11.2008 - przyszedl moj oczekiwany poranek. Manu przyjechal do Udaipur. Oczywiscie autobus z Delhi mial opoznienie, no ale coz.. skoro czekalam tydzien na to spotkanie to i moglam poczekac godzinke dluzej:). Manu zaskoczyl mnie. Do tej pory moim ulubionym zajeciem bylo tarmoszenie jego czarnych jak kruk wlosow…wiec wykazal sie sprytem i je obcial.. nie ma juz czupryny, ktora mozna postawic do gory, badz ktora mozna potarmosic:(:( Wlosy krociutkie, a on o kilka lat mlodszy:( No coz, w koncu nie mam na to wplywu.. od teraz bede szarpac swoje krotkie loczki:)
Tego dnia wybralismy sie na niezapomniany rejs mala lodka po jeziorze Pichola. Opcji bylo kilka -prywatna lodka za 50 rupi plynaca tylko do polozonego na srodku jeziora hotelu, prywatna lodka tylko dla dwojga z rejsem po calym jeziorze (4000 rupi), badz najbardziej ekonomiczna i korzystna opcja lodki plywajacej co pol godziny z Udaipur City Palace na Jaghandir Island (300 rupi). Wybralismy te ostatnia.
To byl niesamowity czas. Wyruszylismy okolo godziny 15.30 kiedy to slonce powoli zaczelo sie znizac ku horyzontowi. Najpierw oplynelismy Lake Palace Hotel, ktore jasnieje swa biela na srodku jeziora. Potem podziwialismy widok na City Palace z jego pieknym odbiciem w wodzie. A na koniec doplynelismy do Jaghandir Island, gdzie spedzilsimy najcudowniejszy i najromantyczny wieczor. Po zachodzie slonca okolice zakryla ciemnosc. Znajdowalismy sie na srodku jeziora, w restauracji mieszczacej sie na malutkiej wysepce. Kazde miejsce restauracji bylo oswietlone, co w zderzeniu z czernia otoczenia budowalo romantyczny klimat, atmosfera wieczoru spedzanego przy swiecach, przy swietle ksiezyca. W oddali blyszczal lad i piekne biale budynki Udaipuru. A do tego my, wzruszeni, zakochani, szczesliwi…….ciag dalszy to slodka tajemnica:)
Kolejnego dnia (9.11.2008) kolejne chwile spedzone razem na spacerach, pysznym sniadaniu, obiedzie. Niestety czas Manu w Udaipur dobiegal konca:( Wieczorem wyjezdzal pociagiem do Delhi. Co ciekawe z tym wyjazdem wiaze sie kolejna historia. Poniewaz juz wczesniej wiedzialam, ze Manu musi wrocic do Delhi w niedziele probowalam mu kupic bilet awansem. Jak sie okazalo w okienku dla turystow bilety na ten pociag byly jeszcze dostepne,jednak gdy wypelnilam stosowny formularz najpierw zostalam odeslana do okienka dla lokalnych, bo przeciez kupowalam bilet dla Hindusa, a po drugie tu juz bilety nie byly dostepne, byla tylko lista oczekujacych. Manu zalapal sie na 9-te miejsce. Wydawalo sie ze bilet zostanie potwierdzony.. jednak jak sie okazalo w niedziele, nie bylo tak latwo. Potwierdzono tylko opcje “Reservation against cancellation” co oznacza, ze na jednym lozku, miejsce dostaja dwie osoby i wybor nalezy do ciebie, jedziesz badz nie (Uwaga – ta opcja mozliwa jest tylko dla mezczyzn, wiec dziewczyny nie obawiajcie sie, nie zostaniecie sparowane z obcym Hindusem; dodatkowo nie sadze, aby zastosowano ja w stosunku dla obcokrajowcow. W kwestii biletow kolejowych jestesmy traktowani priorytetowo:)). Tak wiec Manu nie mial wyboru, w koncu jutro do pracy:( Przed nim 13 godzin jazdy w pociagu, moze z jakims nieznajomym u boku:) Po smutnym rozstaniu ja zostalam na miejscu. Spedzilam spokojny wieczor na dachu rozmyslajac, jak piekny czas zostal mi podarowany w Udaipur. Piekne miejsce, piekne emocje, piekni ludzie, piekni “my”. :)
Wroce tu kiedys:)