niedziela, 7 grudnia 2008

Jaipur i poczatek wyprawy po Rajasthanie

31.10.-3.11.2008
Dzis zaczelam swoja ponad miesieczna podroz po Rajasthanie. Ostatnie dwa tygodnie spedzilam na leniuchowaniu w Delhi. Przyszedl wiec czas na nowe przygody, nowe miejsca, nowe spotkania z ludzmi.
Witaj Rajasthanie!!!
Swoja podroz rozpoczęłam od Jaipur -„Rozowego miasta”. Wybraliśmy się tam z Manu w piątek 31.10.2008. To był zwariowany dzien. Spontaniczna decyzja, szybkie pakowanie i w ciagu poltorej godziny siedzieliśmy już w autobusie do Jaipur (wyjazd spod Bikhaner House w Delhi, koszt 300 rupi). Spodziewalismy sie, ze przejazd zajmie nam okolo 4 godzin. Byl to jednak plan zbyt optymistyczny, gdyz do Jaipur dojechalismy po 6-godzinnej jezdzie. Bylo juz bardzo ciemno, wiec miasto przywitalo nas ciemnoscia,a nie spokojem, jak mozna bylo oczekiwac o takiej porze:). Mimo godziny 23-ciej na zagarkach, na ulicach nadal panowal harmider i wielki ruch. Na szczescie dzieki znajomosciom Manu nie musielismy sie martwic o nocleg. Przyjaciel przyjaciela siostry kuzyna…czy jakos tak to szlo.. odebral nas z dworca i ryksza zawiozl do pobliskiego hotelu “Sureli Haveli” (koszt 200 rupi/pokoj). Co ciekawe w tym hotelu po raz pierwszy i musze przyznac zarazem ostatni poproszono mnie o napisanie oficjalnego oswiadczenia, ze swiadomie wyrazam zgode na przebywanie i nocowanie w tym samym pokoju co Hindus. Oczywiscie nie obylo sie bez pytan, czy jestesmy para, skad sie znamy, czy jestemsy malzenstwem, itp:) Czyzby mieli w tej okolicy nieprzyjemne, badz niebezpieczne doswiadczenia z cudzoziemkami i lokalnymi?!? Kto wie… Ja napisalam i sprawa byla jasna, a w moim oswiadczeniu bylismy niemal malzenstwem:) Tego wieczoru wybralismy sie juz tylko na kolacje do Thali World (koszt thali – 70 ruppi).
Kolejne dni to czas zwiedzania. Sobota minela nam na ogladaniu Amber Ford (wstep 150 rupii). To fort oddalony o 11 kilometrow od Jaipur. Zlokalizowany jest pomiedzy pieknymi wzgorzami i sasiaduje z innym fortem Jaigarh, ktory odwiedzialam dwa dni pozniej. Fort Amber przykuwa uwage swoja wielkoscia,czy pieknymi budowlami w jego wnetrzu, takimi jak: Diwan-I-Am (Hall of Public Audience), Jai Mandir (Hall of Victory), Sukh Niwas (Hall of Pleasure), czy miejscem “zenana”. W forcie spedzilismy okolo 4 godzin, spacerowalismy pomiedzy poszczegolnymi hallami, podziwialismy widoki na okolice z pieknych kruzgankow i przenosilismy sie do czasow maharadzy Man Singh, ktory w 1592 rozpoczal budowe tego fortu. Zachod slonca jednak wygonil nas z fortu. Musielismy wracac do miasta. Wynajeta ryksza udalismy sie w znane w tej okolicy miejsce rozrywki kazdego Hindusa, tzw. Chokhi Dhani (wstep 300 rupi od osoby). To wioska oddalona od Jaipur o 15 kilometrow skonstruowana na potrzeby rozrywki. Wioska, gdzie odbywaja sie pokazy tanca, spiewu, magi i innych atrakcji. Niestety nie bylo to moje miejsce…taki typ zabawy i spedzania wolnego czasu nie jest moim ulubionym. Co bylo jednak dla mnie interesujace, to fakt, iz to miejsce przyciagalo tysiace Hindusow... oni to uwielbiaja. Kilka osob na scenie, tance, spiewy, kilka restauracji z jedzeniem, jazdy na wielbladach, zjezdzalnie dla dzieci, ustawieni magicy, czy wrozbici przepowiadajacy przyszlosc… i do tego tysiace rozradowanych Hindusow. To dla mnie bardzo prosty, a nawet powiedzialabym banalny sposob spedzania wolnego czasu…ale czy mam prawo to osadzac? W koncu przeciez kazdy znajduje swoja sciezke relaksu, odpoczynku… hmmm… jedno jest pewne – milo bylo popatrzec na szczesliwych Hindusow, pochlonietych zabawa i niemal zagubionych w prostych rozrywkach. Wiem jednak jedno – ja potrzebuje czegos bardziej wyrafinowanego:)
Ciesze sie jednak, ze tu dotarlam…poznalam hinduskie zachowania, hinduska mentalnosc, a chyba wlasnie o tym chodzi w podrozowaniu. Chokhi Dhani nie jest znane dla obcokrajowcow, nie spotkalam nikogo, co w przypadku Rajasthanu, najbardziej turystycznego stanu, jest ewenementem:) To byly typowe Indie i z tego najbardziej sie ciesze. Dotknelam zrodla:)
Kolejnego dnia (2.11.2008) najpierw wizyta na dworcu kolejowym. Tym razem szczescie usmiechnelo sie do Manu. Bez problemu dostal bilet na poranny pociag do Delhi, ja niestety zostalam wrzucona na liste oczekujacych, mimo ze bilet do Udaipur kupowalam na nastepny wieczor. No coz, nie zawsze musi byc kolorowo:) Nie potwierdzono mojego biletu przez kolejne 30 godzin. Na stacji musialam sie zjawic jeszcze trzy razy, az uslyszalam ta szczesliwa wiadomosc. Troche mnie to kosztowalo, ale dobrze, ze zakonczylo sie “happy end’em”:) W poniedzialek wieczorem jade do Udaipur:)
Ale wrocmy jeszcze do Jaipur, bo przeciez jeszcze tu bylismy:). Tego dnia zwiedzilsimy glowny zabytek rozowego miasta – “City Palace” (wstep 250 rupi). Ladnie, ale nie powalilo nas to miejsce na kolana:( Potem wybralismy sie na przejazdzke ryksza po miescie. W koncu trzeba poczuc klimat rozowych budynkow, wielkich marketow i wielkiego ruchu, halasu i zamieszania. Jezdzilismy tak godzine, nasz rykszarz wymeczyl sie nieco pedalujac z potem na czole. Ale chyba warto bylo, bo zarobil ponad 100 rupi:).
A jak ja odebralam miasto? Otoz jest piekne. Rozowe budynki robia wrazenie. Jadnak co doskwiera to wielki ruch, halas, tlum ludzi przewalajacych sie przez ulice, czy przez chodniki. Tu nie ma miejsca na oddech, na chwile samotnosci. Jaipur uchodzi za takie miasto… a ja to tylko potwierdzam:(
Jednak moje serce zawsze bedzie blisko Jaipur z jednego glownego powodu:) Tylko tu mozna kupic najlepsza na swiecie “lassi”. To mleczny napoj, przypominajacy w smaku polaczenie jogurtu i kefiru. Podawany jest w glinianych dzbanuszkach, ktore co ciekawe sa jednorazowe i po wypiciu wyrzuca sie je gdzie popadnie:) U nas takie garuszki kupuje sie za wielkie pieniadze, a tu uzywa sie raz, a potem rozbija (koszt lassi – 20 rupi= 1,3 pln). Mozna poszalec, niemal jak na slubie… wypic lassi jak alkohol z kieliszka, a potem rzucac na siebie:) tak na szczescie. Trzeba tylko uwazac, bo tu zawsze ktos jest za toba… a w tym przypadku to juz robi sie niebezpieczny sport:). Niemniej lassi z Jaipur to moje niezapomniane doswiadczenie:)Mniam mniam:) ahhhha… i jest w dwoch wersjach – slodkiej i slonej. A wiec do wyboru i do koloru:).
Niedzielny wieczor spedzilsimy na odwiedzinach cioci Manu, ktora mieszka w Jaipur. W koncu obok zwiedzania jest rowniez czas na rodzinne przyjemnosci:).
Kolejnego dnia zostalam juz sama. Manu wyjechal do Delhi pociagiem o 5-tej rano. Prosze nie pytajcie co sie dzieje tak rano na indyjsskich dworcach… hhmmm…. Niezapomniany widok i co pewne krzataja sie tam calkiem ciekawe “osobowosci” (jezli tak moge ich nazwac:)). Do tego wszedzie paletajace sie szczury, psy…No coz, kazde doswiadczenie jest wazne:)
Po poworcie do hotelu godzinna drzemka, a potem czas na zwiedzanie. Manu zamowil mi ryksze na caly dzien, wiec komunikacje mialam ulatwiona. Najpierw udalam sie do sasiadujacego z fortem Amber – fortu Jaigarh (wstep darmowy w ramach biletu do City Palace, trzeba bylo tylko oplacic aparat – 50 rupi). Podobalo mi sie tu, bo bylo pusto, klimatycznie. Nie napotykalo sie wielu zwiedzajacych, co jest calkiem niespotykane, jak na rajasthanski zabytek. W drodze powrotnej przystanek przy pobliskim jeziorze i krotka sesja fotograficzna na tle pieknego “Water Palace”. Potem kolejne zabytki Jaipur – Hawa Mahal (ktora slynie z niskich temperatur przez caly rok i przecudownej fasady), Jantar Mantar i City Museum (niestety nie udalo mi sie dostac do srodka, ale sam budynek przykuwa uwage). Po tak wykanczajacym zwiedzaniu bylam padnieta… ale nie bylo wyboru, trzeba bylo sie wykapac, spakowac, zjesc kolacje i piechotka udac na dworzec kolejowy. O 22-giej odjezdzal moj pociag do Udaipur (sleeper 217 rupi).
Do zobaczenia w “Bialym miescie”!!!

Delhi i swietowanie Divali Festival

26-30.10.2008
Divali Festival to największe święto w Indiach. To Festiwal Swiatla, kiedy to promienieje kazda czastka miasta, każdy zakatek wioski, każdy kat domu. To czas, który ludzie poświęcają modlitwie, zabawie i świętowaniu. O festiwalu dowiedzialam sie kilka lat wczesniej, gdy pracowalam jeszcze w szlachetnej firmie miedzynarodowej, gdzie poznalam mojego pozniejszego przyjaciela Ramchandre. Ramchandra co roku wysylal mi piekne zdjecia z tego wydarzenia, a ja marzylam, aby ktoregos dnia wziac w nim udzial. I spelnilo sie moje marzenie. Divali sie rozpoczelo, a ja stalam sie jego czastka.
Ostatnie poltora tygodnia spedzilam w gorach, bylo pieknie i az zal bylo opuszczac himalajskie klimaty. Divali jednak wzywalo. Opuscilam gory i wrocilam na Divali Festival do Delhi. Tam czekal na mnie kochany Manu, jak i Ram wraz z Kavita. Wrocilam dwa dni wczesniej. Divali rozpoczynal sie we wtorek a ja zawitalam do stolicy w niedzielny poranek. Pojawil sie jednak problem… gdzie i z kim spedzic to swieto. Z jednej strony trzy miesiace wczesniej, w dniu kiedy spotkalam Rama obiecalam swietowac ten dzien z nim i jego rodzina, z drugiej strony moje serce wyrywalo mnie do Manu… czulam sie rozdarta, ale jak zawsze trzeba znalezc zloty srodek:) I udalo sie, w koncu jestem specjalistka od kombinowania:) Podzielilam czas miedzy moje azjatyckie duszyczki:) i czulam sie szczesliwa, ze w tak waznym dla Hindusow dniu mialam ich kolo siebie. Oczywiscie pewne wyrzuty sumienia pojawialy sie z powodu niedotrzymania slowa w stosunku do Ramchandry, Ashisha, Garimy, czy Gaurava, ktorzy dali mi zaproszenie do wspolnego swietowania w tym czasie. To niesamowite jak wiele osob stalo mi sie bliskich w ciagu ostatnich tygodni w Indiach. Kto by pomyslal, ze tak szybko Indie stana sie czescia mnie:). Ciesze sie z tego powodu!
Ale zacznijmy od poczatku. Wrocilam do Delhi 26.10.2008 w niedziele. Autobus dotarl z Rishikesh o 6-tej rano.. brrr.. jaka bylam spiaca:(. Po 24 godzinach w autobusie (trasa z Gangotri, przez Rishikesh do Delhi) czulam sie jak wrak, nie obylo sie wiec bez porannego i poludniowego leniuchowania:). W koncu musialam odbic sobie niewygody dnia poprzedniego. Wieczorem jednak przyszedl czas na inny typ relaksu. Wraz z Manu i Fereed’em udalismy sie do ZOO, zlokalizowanego w centrum Dehli. Tak! To nowy sposob spedzania wolnego czasu – ksztacenie sie w lokalnych gatunkach zwierzat (mimo ze z zasady jestem przeciwniczka trzymania zwierzat w niewoli). Ku mojemu zdziwieniu bylam pozytywnie zaskoczona tym co zobaczylam w zoo. Biorac pod uwage biede, warunki zycia ludzi w Indiach, spodziewalam sie ujrzec szokujacy obraz zwierzat zamknietych w obskurnych, nedznych klatkach badz przetrzymywanych na malych, zaniedbanych wybiegach. W koncu tylu ludzi zebra na ulicach, umiera z glodu. Przeczuwalam wiec ze nie moge oczekiwac komfortu i rozpieszczania zwierzecych pupilow. I tu sie zdziwilam. Delhijskie zoo jest w pieknym stanie. Moglabym sie nawet pokusic o stwierdzenie, ze jest w lepszym stanie niz nasze wroclawskie. Zwierzeta zyja w wielkich klatkach, badz na rozleglych wybiegach, sa czysciutkie, dobrze odzywione. Nie wiem skad wziely sie moje wstepne przypuszczenia i oczekiwania, ale ciesze sie, ze tak pozytywnie sie zaskoczylam:) W zoo spedzilismy okolo trzech godzin. Byl to calkiem mily czas, choc tak jak pisalam wczesniej, preferuje ogladanie zwierzat na wolnosci:). Wieczorem juz tylko leniuchowalismy… podobnie jak misie w zoo, wyciagniete na sloncu i delektujece sie cieplymi promieniami:).
Kolejnego dnia pojechalam na Dwarke do Rama i Kavity. To byl dzien zakupow. Jedna z tradycji divali jest skladanie drobnych upominkow rodzinie, przyjaciolom. Ja rowniez postanowilam dopasowac sie do tradycji. Wsrod najbardziej popularnych prezentow sa slodycze. Na Divali ulice zamieniaja sie w kiermasze slodyczy. Wszedzie wystawiane sa specjalne stoiska na ktorych mozna kupic wszelkiego rodzaju ciasta, ciasteczka. Indie staja sie slodkie!!:) Co ciekawe nigdy jeszcze nie widzialam takiej ilosci slodyczy… I do tego takich pysznych:) Mniam mnaim…i jak tu nie zakochac sie w tym kraju. Drahanka uwielbia slodkosci wiec to raj dla mnie:) (dla informacji - jeden kilogram slodyczy kosztuje okolo 150 rupi). Ale oprocz slodkich zakupow przyszedl rowniez czas na inne upominki…Ram stal sie wlascicielem nowej bluzy, Manu koszuli, Kavita branzoletek, a ja usmiechu na twarzy:):). No dobrze.. przyznam sie … ja nabylam caly zestaw do saree. Specjalna spodnice, jaka ubiera sie pod saree, bindi (kropki przyklejane na czolo), branzoletki na noge, kolczyki na nos. W koncu moja obietnica mowila, ze w divali ubiore pelne saree i stane sie prawdziwa Hinduska:). I udalo sie!!!
Nastepnego dnia rozpoczelo sie Divali (28.10.2008). Poranek wydawal sie calkiem leniwy. Okolo poludnia przyszedl jednak czas przygotowan. Ram i Kavita wywodza sie z Rajasthanu, gdzie glowna tradycja podczas Divali jest tworzenie “rangoli”. To swoisty rysunek, malowidlo wykonywane na podlodze przed drzwiami do glownego pomieszczenia w domu, badz przy wejsciu do samego domu. Najpierw maluje sie ksztalt obrazka, a potem specjalnymi kolorowymi proszkami wypelnia sie kazda jego czastke. To niemal jak malowanie proszkiem:). Wykonanie naszego rangoli zajelo nam pol dnia, ale warto bylo, bo zrobilo furore w calym domu:). Tego dnia wlasciciele kamienicy w ktorej Ram i Kaita wynajmuja mieszkanie swiecili nowa swiatynie, wiec ten dzien rowniez pelen byl modlitw i spiewow z nizszych pieter:). Okolo godziny 17-tej przyszedl czas na strojenie sie i przygotowywanie do wieczornej modlitwy. Kavita ubrala swoja zolte, przecudowne saree, a ja moje pomaranczowe. Nie wiem dlaczego, ale za kazdym razem, gdy ubieram saree, czuje, ze staje sie inna osoba. Rodzi sie we mnie kobieta!. Nie wspomne juz o wszystkich dodatkach, ktore dodaja uroku i kolorytu. Czulam sie swietnie, czulam, ze jestem piekna:) (choc na codzien tak nie uwazam!:)). Wiec byla to ciekawa odmiana:)
O godzinie 19.11 nadszedl czas modlitwy – tzw. “pudzia”. Bylismy w trojke, choc musze przyznac, ze moja rola byla w tym niewielka. Stanelismy przed swiatynia w glownym pokoju (kazdy Hindus ma w domu wlasna mala swiatynie – obrazki wybranych bogow, kwiaty, podarki..), Ram zapalil “dup”, otworzyl swieta ksiege i rozpoczal modlitwe. Potem wraz z Kavita wyspiewali piesn na czesc Boga Lakshmi. Niestety wszystko bylo w jezyku hindi, wiec mnie pozostalo tylko przygladanie sie. Po modlitwie Ram zapalil swiety ogien, jeden w glownym naczyniu i kilka w mniejszych miseczkach. Potem w modlitwa na ustach przeszedl z nim po wszystkich pokojach mieszkania zostawiajac jedna miseczke w kazdym kacie. Glowna miseczka pozostala na oltarzyku swiatyni. Zgodnie z wierzeniem ten ogien musi palic sie do rana. Jezeli nie zgasnie to znak, ze w domu zapanuje szczescie, spokoj i milosc. Dlatego tez Ram przez cala noc wstawal, aby przypilnowac swiety plomien.
Tak ogolnikowo wyglada glowna czesc Divali. Po modlitwie przyszedl czas na uroczysty obiad. Wtedy tez zjawili sie przyjaciele Rama – dwoch Amil’ow, przyjaciolka Kavity i jej maz. To byl juz czas rozmow, smiechow i wspolnego posilku. Pieknie!! Na koniec wyszlismy na dach podziwiac fajerwerki.
Zapomnialam wspomniec, ze Divali to czas szalenstw z fajerwerkami. Juz dzien wczesniej, jak i dwa dni po samym swiecie, wszedzie slychac wystrzaly fajerwerkow, a na niebie pojawiaja sie pieknie rozpryskujace sie ognie. To niemal polski Nowy Rok, ale trwajacy trzy dni:). W tym czasie Delhi zamienilo sie w wielka chmure swiatla, ale i dymu, zanieczyszczen od miliardow wystrzelonych fajerwerkow. Takich zanieczyszczen jeszcze nie widzialam… niemal jak chinski Pekin:).
Tak jak wspominalam musialam jednak podzielic swoj czas pomiedzy dobre duszyczki w moim zyciu.Okolo 21-szej spakowalam swoje rzeczy, zebralam slodycze dla Manu i udalam sie zamowiona przez Manu taksowka w druga czesc Delhi. Na ulicach panowaly pustki, niemal jak nie Delhi… jak widac wszyscy swietowali:). Po godzinie jazdy dojechalam do Manu. Bylam taka szczesliwa, ze moge z nim spedzic ostatnie godziny tego wieczoru. Co ciekawe nie poznal mnie.. Iwona w wersji indyjskiej:). Ja tez nie moglam sie rozpoznac tego wieczoru:). Kolejne godziny spedzilismy z Manu i jego przyjaciolmi - Baba, Radia i ich kilkumiesiecznym synkiem. To byl piekny czas. Na koniec jako nagroda dnia - pelne fajerwerkowe szalenstwo. Byla niemal polnoc, wszyscy pochowali sie juz po domach, a my dopiero zaczelismy….w powietrze poszly setki ogni i wirujacych swiatelek. Genialne!! Czulam sie jak w Nowy Rok w domu, z bliskimi, kochajacymi mnie osobami. Czulam, ze jestem czastka tego miejsca, czastka tych ludzi, a oni moja!
Marzylam, aby spedzic Divali w Indiach i marzenie sie spelnilo. Warto wiec marzyc:):).
Kolejne dwa dni to ciag dalszy fajerwerkowych szalenstw w Delhi, jednak juz w mniejszym wydaniu. Tym razem jednak juz tylko obserwowalam:). W srode zaszalalam i zrobilam sobie nowe “mehandi’… no i wyszlo pieknie:) Co ciekawe namowilam rowniez Kavite na drobne szalenstwo. Ta jednak zrobila sobie malowidelka tylko na jednej rece, w koncu jest gospodynia i nie moze sobie pozwolic na leniuchowanie:). I to prawda, gdyz w przypadku mehandi najpierw trzeba je wymalowac, potem odczekac dwie- trzy godziny az do momentu wyschniecia henny, a potem obskrobac i nasmarowac specjalna tlusta mascia. Co najwazniejsze nie nalezy uzywac wody przez kolejne 12-16 godzin.. a nawet dluzej, jezeli mozna sobie na to pozwolic. Malowidelka nabieraja koloru po okolo 24 godzinach i im kolor jest intensywniejszy tym lepiej. Mehandi malowane jest na sluby, specjalne festivale. Co ciekawe w przypadku slubu pan mlody rowniez podlega tej traducji, na jego dloniach malowane sa specjalne symetryczne wzory. W przypadku pani mlodej malowaniu podlegaja rowniez stopy i lydki. Z tego co widzialam slubne mehandi to arcydzielo, a praca nad nim trwa czasem nawet 12 godzin. Ja spedzilam godzine i wiem jakie to meczace siedziec nieruchomo z wyciagnietymi na wprost rekami… wszystko dretwieje, boli, a ty nic nie mozesz zrobic, niczego dotknac. Istnieje jeszcze jeden przesad.. ze w zaleznosci od koloru slubnego mehandi tak ulozy sie zycie malzonkow. Dodatkowo Hinduski wierza, ze podczas robienia mehandi, jak i jego schniecia, panna mloda nie powinna nic jesc i pic, bo wplywa to na jego kolor. Czy rzeczywiscie tak jest nie wiem.. jedno jest pewne.. moze lepiej nie ryzykowac, skoro przyszle zycie nowozencow zalezy od jego barwy:) Moze warto poglodowac te 10-12 godzin:):):). Czy bedzie mi dane sie przekonac?!?! Ha ha.. kto wie:):)
Tak minalo mi Divali. Cudowny czas z cudownymi ludzmi…Mam tylko nadzieje, ze jeszcze kiedys bedzie mi dane przezyc je jeszcze raz:):)

Gangotri, Gaumukh, Tapovan - gorski raj dla Drahanki

20-25.10.2008
Kolejne dni to raj dla Drahanki, wysokie Himalaje, pustka i wszechogarniajaca moc natury i gor! Pojechalam do Uttaranchal za namowa moich czeskich kolegow, których spotkalam w Rishikesh i jestem im dozgonnie wdzieczna. W ciagu kolejnych dni przezylam bliskie spotkanie z cudownymi gorami, odnalazłam spokoj, odnalazłam radosc z obcowania z sama ze soba i przesympatycznym Sunjoginem:). ale zacznijmy od początku.
Do Gangotri dojechałam z Rishikesh. Sam wyjazd nie był jednak latwy. Z dworca Thiri w Rishikesh jedzie tylko jeden autobus o 5.30 rano, a ponieważ mój hotel znajdowal się ponad godzine drogi pieszo od tego dworca nie mialam zbyt wielu mozliwoesci dostania się tam. Nie pozostalo mi nic innego jak skorzystac z pomocy Manu, który zamówił dla mnie taksowke na wczesny poranek. Wedlug niego nie jest mozliwe wedrowanie o 5-tej rano z wielkim plecakiem, a tym bardziej dla samotnej dziewczyny – mowil, ze nigdy mi na to nie pozwoli. No i nie pozwolil:) Oczywiscie z samego rana zaspalam, gdyby nie telefon Manu, ktory niemal dojezdzal do Delhi, przespalabym moj jedyny srodek lokomocji:). Autobus do Gangotri odjechal punktualnie, a mily konduktor skasowal 250 rupii:). Co ciekawe tym razem nasz autobusik wydawal sie byc skonstruowany specjalnie dla Chinczykow. Takich malutkich odleglosci miedzy siedzeniami jeszcze nie widzialam. Nogi nie miescily sie nikomu, a co dopiero takim wielkoludom jak ja:). Sprytnie ugadalam sie jednak z konduktorem i mykiem zmienilam siedzenie…siedzialam przy drzwiach i wielokrotnie musialam sie bawic w oddzwiernego, ale chociaz mmoje nogi nie ulegaly zmiazdzeniu i nie wzywaly pomocy przez cala droge:).
Droga do Gangotri zajela sporo czasu. Najpierw dojazd do Uttarkashi, gdzie dotarliśmy około 13-tej. Tu autobus zatrzymal się na około pol godziny i można było nabyc jedzenie bądź inne smakołyki. Po smiesznej sytuacji ze sprzedawca nabylam pek bananow, który był moim zbawieniem kolejnego dnia. Do tej pory trasa prowadzila porośniętymi lasami pagórkami, wzgorzami. Widoki ciekawe, jednak nie powalające… Po Spiti moje emocje wymagaja nieco wiekszych doznan:). Przed nami jednak była dalsza czesc trasy – 6 godzin do Gangotri. I tu już droga nabrala innego kolorytu. Autobus pial się wysoko w gore, wzgorza zaczely przemieniac sie w wysokie gory, a slonce chowalo sie za horyzont. Bylo pieknie. O 18-tej zaszlo jednak slonce i autobus mknal w nieznana ciemnosc. Okolo godziny 19-tej dojechalismy do ostatniej wioski w dolinie – Gangotri (3042 m npm). To byla moja przystan na kolejne dni. Gangotri to malutkie miasteczko w wysokich gorach. Jego centralna czescia jest glowna droga z kramami i restauracjami po obu stronach, ktora prowadzi do Gangotri Temple. Znalezienie noclegu nie bylo trudne. Ju po 10 minutach udalo mi sie znalezc pokoj za 100 rupii. Wynajelam go, choc jego jakosc mnie nie powalala. Dlatego tez po zastanowieniu postanowilam zjesc kolacje w pobliskiej restauracji i znalezc pokoj na wyzszym standardzie. W koncu jutro ide w gory i musze sie wyspac:). Ku mojemu szczesciu cos mnie tknelo, aby w restauracji gdzie objadalam sie “aloo gobhi”, podpytac o przytulne pokoje w okolicy. Mialam szczescie. Jak sie okazalo wlasciciel restauracji konczy remont budynku i w najblizszym czasie postanowil oddac turystom do dyspozycji kilka pokojow na pietrze. Jeszcze nie byl gotowy na wynajmowanie, ale zaproponowal mi jeden z pokoi. Super miejsce, schludne, czyste, z wlasna lazienka… choc przerazliwie zimne. Jak na indyjskie klimaty temperatura w Gangotri doprowadza do gesiej skorki:).Tego dnia w nocy mielismy temperature minusowa:), a jak sie oddychalo para roznosila sie wokolo:). Oczywiscie skusilam sie na zmiane pokoju i byla to bardzo dobra decyzja, bo mimo iz tego nie planowalam zostalam tam trzy noce:).
Pamietam, ze pierwsza noc w Gangotri to jedna z najlepszych jakie mialam w ostatnim czasie. Pierwszy raz od bardzo dawna zapadlam w sen i smacznie chrapalam az do rana:). Plan zakladal wczesna pobudke, ale nie udalo sie:( Wstalam dopiero okolo 9-tej i jak sie okazalo potem musialam za to zaplacic. Aby dostac sie do Gangotri National Park nalezy uzyskac specjalne pozwolenie. Mozna je dostac w centrali parku, ktora miesci sie w Gangotri, badz Uttarkashi. Jak sie okazalo kazdego dnia do parku wstep ma tylko 100 osob. Przepis ten wprowadzono celem ochrony natury przed nadmiernym zanieczyszczeniem. Mysle, ze to dobry pomysl.. z drugiej jednak strony przepis ten spowodowal, ze moje wejscie w gory zostalo opoznione. Udalam sie do centrali parku zaraz po przebudzeniu. Gdy tam dotaralam okazalo sie, ze pozwolenia na dzisiejszy dzien skonczyly sie juz dnia wczesniejszego i nie bylo szans otrzymac je dzisiaj. Nie pozostalo mi nic innego, jak spedzic mily dzionek w okolicy Gangotri i ubiegac sie o pozwolenie na dzien nastepny w godzinach wieczornych. Przeszlam sie wiec w strone “check post” u wejscia do parku, a potem 7 km w gore doliny Kedar Tal. To ostatnie podejscie bylo naprawde meczace, strome i bardzo sliskie. Jednak widoki wokolo zapieraly dech w piersiach. Zalowalam, ze z samego rana nie udalam sie do Kedar Tal (15 km w jedna strone), gdyz wedlug opowisci Martina (Czecha z Rishikesh) trasa ta nie tylko powalala swoja trudnoscia, ale i widokami. No coz, moze nastepnym razem.
Do Gangotri wrocilam juz po zmroku, wypilam chai, a potem poszlam zalatwiac pozowlenie na wejscie do parku. Tu spotkalam innych turystow, ktorzy zakladali podobny plan – wyjscie w wysokie gory Gangotri. Co ciekawe urzednik wpuscil nas do swojego mieszkania i przy swietle swieczki, na swoim lozku wypisywal pozwolenia. Obok pozwolenia kazdy obcojezyczny obywatel mial obowiazek podpisac zaswiadczenie, ze ponosi odpowiedzialnosc za wejscie do parku, jak i przedluzenie swojej trasy poza Gaumulkh, za ktorym wedrowka jest oficjalnie zabroniona. Oczywiscie oswiadczenie podpisalam, ale nie powstrzymalam sie od pojscia dalej… w koncu wlasnie za Gaumulkh zaczynaja sie najwyzsze gory… moje zycie!. Tego dnia spedzilam wieczor na pakowaniu i relaksie.. jutro czeka mnie wysilek, na ktory od dawna czekam.. uwielbiam to:).
Kolejnego dnia (22.10.2008) rozpoczelam swoja wedrowke do zrodla Gangesu. Wyszlam z hotelu okolo godziny 8-mej. Wczesniejszego wieczora przepakowalam plecak, a wszystkie zbedne manele zostawilam w pokoju. W koncu za kilka dni tu wroce:). Najpierw dotarlam do “check post”, gdzie sprawdzono moje pozwolenie i pobrano oplate w wysokosci 150 rupii za wejscie do parku (oplata ta obejmuje jeden nocleg i dwa dni pobytu w parku; w przypadku przekroczenia tych terminow za kazdy dzien placi sie kolejne 150 rupii). Tu tez musialam sklamac, gdyz zgodnie z obowiazujacymi przepisami nalezy oplacic kamere.. udalam jednak, ze nie mam. Nie mam zamiaru sponsorowac parku za taka rzecz. Zaden Hindus nie placi, wiec i ja nie mam zamiaru. Tak wiec wyszlam w trase…! Z Gangotri do mojego pierwszego przystanku w Chirbasa (3606 m npm) musialam przedreptac 7 km. Widoki niezapomniane, wysokie na 6 tysiecy metrow, osniezone szczyty otaczaly moja skromna osobke. Czulam sie mala, czulam, ze jestem w raju, a przeciez byl to dopiero poczatek. Z Chirbasa powedrowalam dalej, az dotarlam do ostatniego cywilizowanego miejsca w dolinie – Bhojbasa (3792 m npm). Znajduje sie tu kilka malych domkow, a wsrod nich Ashram, w ktorym zatrzymalam sie na kolejna noc. Nocleg bardzo prosty, ale w takich gorach kazde miejsce jest dobre byle nie na zewnatrz:). Tu poznalam pewna Francuzke, niestety ta dostala choroby wysokosciowej i nie mogla ruszyc dalej. Za nocleg placi sie 200 rupii przy czym obejmuje on rowniez obiad, kolacje, a nawet sniadanie:)). Po zaaklimatyzowaniu sie w swoim pokoiku (dzielilam go wlasnie ze wspomniana Francuska), zjadlam obiad (ryz z dhal) i postanowilam udac sie na przechadzke do Gaumukh (3892 m npm). Gaumukh jest slynny z jednego powodu. Tu konczy sie lodowiec Gangotri, a z jego podnozy wyplywa swieta rzeka Ganges. To tutaj ma ona swoj poczatek. Tysiace Hindusow przybywa tu w pielgrzymkach w celu oddania swietnosci Gangesowi u jego zrodla. Dojscie do Gaumukh z Bhojbasa zajmuje okolo 40 minut. Niestety tego popoludnia pogoda pogorszyla sie znacznie. Wszytkie okoliczne szczyty pokryly sie chmurami i zapanowala smutaskowa szarosc:(. No coz. Mimo wszystko samo dojscie do Gaumukh bylo ciekawe, chocby z powodu licznych spotkan z kozicami gorskimi. Jest ich tutaj niezliczona ilosc, a co najwazniejsze one nie uciekaja przez ludzmi, sa przyjazne i piekne. Mozna je podziwiac nawet z odleglosci kilku metrow, a stada licza czasem nawet 50 osobnikow. Nie wspomne juz o porozach meskich osobnikow.. ahhh… takich jeszcze nie widzialam. Samo Gaumulkh to miejsce gdzie wielka sciana lodowca konczy sie, a z jej podnoza wyplywa wielki Ganges. Miejsce niezapomniane, szczegolnie w takim momencie gdy nie ma nikogo wokol ciebie. Spedzilam tu ponad dwie godziny.
Poniewaz nastepnego dnia postanowilam isc dalej, probowalam wypatrzyc droge do Tapovan (4463 m npm), jednak jak sie okazalo nie bylo to najlatwiejsze. Ponad lodowcem jest pustynia kamieni i nie jest mozliwe wypatrzenie chocby najmniejszej sciezki. Co ciekawe w Gangotri co chwiala spotykalam ludzi, ktorzy mowili, ze aby dojsc do Tapovan nalezy przeciac lodowiec, a w tym wypadku ze wzgledow bezpieczenistwa nalezy wziac przewodnika. Jednak nie sadzilam, ze moze byc to tak skomplikowane, dlatego tez zignorowalam te donosy. Podobnie bylo gdy wrocilam do Ashramu, wiele osob mowilo mi, ze moze mi przewodniczyc w drodze do podnozy Shivling, ale ja chcialam sama:) Czulam, ze jest w tym wiele naciagania i propagandy. Przejscie przez taki lodowiec nie moze byc na tyle skomplikowane i niebezpieczne, jak to opisuja. Dlatego scisle trzymalam sie swoich postanowien. Planowalam jednodniowa wycieczke do Tapovan, wejscie i zejscie ta sama droga, tego samego dnia. Nie mialam namiotu, wiec nie bylo szans na inne rozwiazanie, w koncu nie spodziewalam sie, ze znajduje sie tam jakiekolwiek miejsce na przenocowanie. I tu mile zostalam zaskoczona przez jednego z mieszkancow ashramu. Potwierdzil, ze w Tapovan (4463 m npm) mieszka jeden jogin, ktory umozliwia nocleg. Az podskoczylam z radosci - w tym przypadku moglam zostac tam dluzej:).
Tego wieczora czekala mnie jeszcze ciekawa kolacja w ashramie. Zeszlo sie tam sporo turystow, a poniewaz ilosc noclegow w Bhojbasa ze wzgledu na konczacy sie sezon zostala zredukowana tylko do ashramu, to wlasnie tu wszyscy osadzili sie na zimna noc:). Jak sie okazalo mialam szczescie, gdyz za 5 dni konczy sie sezon i samo Gangotri zostanie zamkniete, wszyscy emigruja ze wzgledu na zime. W poniedzialek jest ostatni autobus i nie mia innej mozliwosci wydostania sie stad. Ktos nade mna czuwal, ze przyjechalam tu nieco wczesniej:). Dlatego tez wiekszosc namiotow z Bhojbasa zostala usunieta i czeka na kolejny sezon. Tak wiec okolo godziny 20-tej przewodniczacy ashramu zwolal wszystkich mieszkancow, ktorzy ulokowali sie w hallu w dwoch rzedach pod sciana. Kazdy dostal miseczke z lisci palmowych, a po dlugiej modlitwie (oczywiscie niezrozumialej dla mnie w ani jednym slowie – wszystko bylo w hindi) trzech panow chodzilo z wiaderkami i nakladalo jedzenie. Bylam naprawde glodna wiec moj brzuszek nie zastanawial sie nad smakiem tylko wcinal. Bylo pyszne!:) Po zaspokojeniu glodu udalam sie do swojej zimnej kanciapki – w Bhojbasa w nocy temperatura spadla do okolo minus 10 stopni, a poniewaz spi sie w nieogrzewanych kamiennych pomieszczeniach, kazde wychylenie spod grubych kocow przyprawia o drgawki. Lepiej wiec trzymac nos pod pierzyna:). Podobnie jezeli chodzi o swiatlo. Elektrycznosc wlaczana jest tylko przez godzine, po tym czasie nastaje pelna ciemnosc:). Noc byla ciezka, bo zimna, pospalam, ale tylko troszke:).
Kolejngeo dnia (23.10.2008) wstalam wczesnie rano. Przede mna dojscie do Tapovan (4463 m npm). Zalozylam, ze sprobuje, jak sie nie uda lub bedzie ciezko, czy tez niebezpiecznie, po prostu wroce. Najpierw dojscie do Gaumukh, skad droga piela sie po pustyni kamieni.
Zapomnialam wspomniec, ze jeszcze 30 lat temu lodowiec Gangotri konczyl sie w okolicach wioski Gangotri. Teraz w zwiazku z ociepleniem klimatu i topnieniem lodu cofnal sie ponad 18 kilometrow. To pokazuje jak niebezpieczne zmiany zachodza w naszym klimacie i jaki to ma wplyw na srodowisko:(.
Przeciecie lodowca nie bylo trudne. To prawda czasem czlowiek gubil orientacje w pustyni kamieni, jednak w takich momentach pomagali orientacyjne piramidki kamieni poustawiane przez innych podroznikow. Po okolo poltorej godziny doszlam na druga strone lodowca i zaczelam sie stromo wspinac na jedno ze zboczy. To byla stroma i dosc ciezka wspinaczka, ale widoki wokolo – szczyty na wysokosc 6000-7000 metrow dodawaly sily i napawaly moje serce szczesciem. Moja dusza fruwala z radosci, w koncu gory to moj dom.. a szczegolnie tak wysokie i piekne. Okolo godziny 13-tej dotarlam do Tapovan (4463 m npm).
Tapovan znajduje sie u podnoza przecudownego szczytu – Shivling (6543 m npm). Szczyt ten znany jest ze swego ksztaltu i nazywany jest azjatyckim Maternhorn’em. Jest niemal na wyciagniecie reki…a stojac pod nim czlowiek odczuwa jaka jest mala i bezbronna istotka. Tapovan to raj na ziemi…znajduje sie tu tylko jeden domek i jeden maly szalasik. Oba miejsca zamieszkale sa przez dwoch joginow, ktorzy spedzaja tu cale lata, medytujac, modlac sie, zyjac w samotnosci.
Po dwoch godzinach delektowania sie przecudownymi widokami postanowilam poznac mieszkancow Tapovan. Sun-jogin okazal sie niesamowita osoba. Jak sie okazalo mieszka tu od dwoch lat i zostal tu wyslany przez organizacje sun-jogi do prowadzniaa ashramu. Co ciekawe bardzo rzadko schodzi do wioski, mieszka w samotnosci, ale czasem gosci ciekawych turystow. Tego dnia zawitalam ja:). Skad nazwa sun-jogin? Otoz cwiczy joge, medytuje na sloncu i moze zaskoczy to wielu, ale zywi sie promieniami slonca. Kazdego dnia spedza kilka godzin w pozycjach medytacyjnych patrzac prosto w slonce. To prawda, ze jego oczy sa przekrwione, ale co ciekawe i zaskakujace moze on patrzec bezposrednio w slonce bez jakiegokolwiek mrurzania. Na takiej wysokosci slonce jest bardzo ostre, a on bez niczego po prostu na nie patrzy. Ja mimo moich dobrych okularow (przeznaczonych nawet na lodowiec) czulam sile promieni slonecznych. Dla niego to nie problem – patrzy na slonce z latwoscia:).
Drugi jogin zyje nieopodal w malym szalasie przybudowanym do wielkiego kamienia. Obaj mieszkaja na wysokosci 4500 metrow, a spotykaja sie tylko czasami… w koncu nie spotkania ich tu przyciagnely, ale medytacja i oczyszczenie. Mialam szczescie bo obaj mowia po angielsku co jest niespotykane, szczegolnie w wysokich gorach. To jednak umozliwilo mi komunikacje z nimi i swietnie spedzony czas. Razem nosilismy wode z malego strumyka nieopodal Shivling, razem podziwialismy kozice i delektowalismy sie sloncem.
Jak sie okazalo tego dnia tylko ja doszlam do Tapovan, choc taki plan zakaladalo wielu mieszkancow Bhojbasa… co sie stalo, ze nie doszli, nie wiem, ale to dla mnie i lepiej, gdyz mogalm sie delektowac tym miejscem w samotnosci:). Slonce swiecilo pieknie, bylo cieplo, choc wiatr mrozil wszystkie czesci ciala, a wokolo na wysokosc 7000 metrow wznosily sie osniezone szczyty.. czego wiecej pragnac:). Czulam sie tak szczesliwa…!!! Po pysznej chai z sun-joginem poszlam na spacer. Wspielam sie ponad godzine pod gore skad podziwialam lodowiec Gangotri, ciagnal sie przez kolejne kilkadziesiat kilometrow. To prawda w wielu miejscach nadal bardziej przypominal kamienna pustynie, ale dopiero teraz, z wysokosci, pokazywal swoja rozleglosc i wielkosc. To bylo niesamowite popoludnie. Ja i Himalaje!.
Okolo godziny 18-tej zaczelo robic sie zimno, a temperatura spadala w zawrotnym tempie. W drodze powrotnej spotkalam sun-jogina, ktory wybieral sie na cowieczorny spacerek. Mimo ze zakladalam wrocic bezposrednio do chatki przylaczylam sie:). Poszlismy na oddalone wzgorze, gdzie siedzac schowani za kamieniem podziwialismy zachodzace za siedmiotysiecznikami slonce. Cudownie. Po pol godzinie siedzenia zrobilo sie jadnak tak zimno, ze przyszedl czas wracac. Po powrocie zabralismy sie za przygotowanie obiadu.. ugotowane warzywa i miekkie chapatti to specjal dzisiejszego wieczoru. Chyba bylam juz glodna, bo nie pamietam kiedy ostatnio tak mi smakowalo:).
Ale co bylo wazniejsze tego wieczora spedzilismy kilka godzin na pogaduchach. Sun-jogin opowiadal mi historie swojego niesamowitego dziecinstwa, wyjasnial praktykowane metody medytacji i jogi. Kolejne ciekawe historie wiazaly sie z samym pobytem w Tapovan. Jak sie okazuje w okresie zimowym temperatura spada tu do niewyobrazalnej wysokosci – w dzien jest minus 20, a w nocy ponad minus 30. Spytacie jak to wytrzymac.. ja tez nie wiedzialam. Tapovan polozony jest w dogodnym miejscu, gdyz nawet w zimie slonce swieci tu ponad 9 godzin dziennie. Wtedy to mimo tak znacznego mrozu sun-jogin nagrzewa sie na sloncu. Raz na dwa dni gotuje cieply posilek (nie moze czesciej, gdyz zapasy zywnosci na 6 miesiecy nie sa za duze, a pamietajmy ze jest to wysokosc 4500 m npm).Zima trwa tu 6 miesiecy, a ilosc sniegu przy chacie siega 2 metrow. To rowniez ciezka praca zabezpieczyc chatke przed taka iloscia bialego puchu, jak i samo jego odsniezanie. Przez pol roku nie ma mozliwosci kontaktu ze swiatem. Nawet jakby sie cos stalo nie ma mozliwosci zejscia do pobliskich wiosek, gdyz trzeba przeciac lodowiec, a gdy pokryty jest taka iloscia sniegu jest to smiertelnie niebezpieczne. Tak wiec obaj jogini zdani sa tylko na siebie. Towarzysza im zwierzeta, ktore staja sie ich przyjaciolmi. I tego bylam swiadkiem – liczne ptaszki przylatuja w nadziei na pozywienie, jak i kozice, ktore paletaja sie przy samej chatce. Kilka razy pojawil sie rowniez slawetny “snow leppard”, ktory jest chluba Indii, niestety w tej chwili bardzo zagrozony.
Okolo 21-szej, gdy za oknem mroz siegal minus 15 stopni postanowilismy udac sie na spoczynek. Nie wiem czy to z zimna, czy tez emocji nie moglam zasnac..przewracalam sie z boku na bok, az przyszedl poranek. Wstalismy o 6-tej, aby popodziwiac wschod slonca na Shivling. Szybka chai, a potem spacerek przy niemilosiernym mrozie. Mimo iz ubralam wszystko co mialam dostepne, zalozylam chuste na twarz w taki sposob, ze widac bylo jedynie moje oczy (wygladalam jak talib:):)) moje cialo bylo zmrozone. Jak tylko pojawilo sie sloneczko cialo zaczelo nabierac rumiencow:). Sam wschod slonca byl przecudowny…Pustka, cisza wokolo, ja, Shivling i wschodzace slonce. Fruwalam…!!!
Po 4 godzinach spaceru i podziwiania Himalajow o poranku, wrocilam do chatki. Tam czekal na mnie sun-jogin. Spedzilaam z nim kolejne dwie godziny. Niestety przyszedl czas powrotu:( I tak przedluzylam pobyt w parku o jeden dzien, a dzisiaj jeszcze chcialam dostac sie do Gangotri. W koncu obiecalam wrocic do Delhi na Divali Festival.
Okolo godziny 12-tej pozegnalam sie z oboma przyjaciolmi i wyruszylam w droge powrotna. Przede mna 24 km drogi, przejscie przez lodowiec i zejscie z wysokosci 4462 m npm na 3048 m npm. Udalo sie jednak. To byl cieaki i meczacy dzien.. pogoda jednak dopisala, swiecilo sloneczko, bylo cieplo i pogodnie, a ja czulam sie szczeliwa ze spotkania z Himalajami i niezapomnianym czasem spedzonym z joginem. W drodze do Gangotri zrobilam jeden przystanek w Bhojbasa, gdzie w ashramie zjadlam obiad.. I dalej w droge.
Do Gangotri dotarlam okolo 19-tej. Bylam zmeczona, ale szczesliwa. Podazylam do mojego poprzedniego gospodarza. Tu tez spedzilam jeszcze jedna noc. Zasnelam bardzo szybko, ale co najwazniejsze zasnelam z usmiechem na twarzy:):).
Kolejnego dnia (24.10.2008) porannym autobusem (o 6.00) opuscilam Gangotri i udalam sie do Rishikesh, skad z kolei wieczornym autobusem podazylam do Delhi.
Ostatnie kilka dni to jedno z najpiekniejszych doswiedczen na mojej indyjskiej drodze.. ciesze sie, ze bylo mi dane przezyc i zobaczyc to wszystko!!

sobota, 18 października 2008

Rishikesh - raj dla wodniakow i gorskich kozic:)

17-19.10.2008
Do Rishikesh dotarlam lokalnym autobusem z Haridwar (20 rupii). Wyjechalam dosc pozno, gdyz jak się okazalo jestem niezłym leniuchem jeżeli chodzi o wstawanie:). Po dojezdzie do dworca w Rishikesh mialam do wyboru, dlugi spacerek, bądź ryksza i szybkie dostanie się do głównej czesci miasta. Jak przystalo na Drahanke wybrałam to pierwsze. Przede mna wiec 6 km spacerku:) Plecak był stosunkwo ciezki, slonce prażyło, a wokolo panowal niezly halas. Mimo tego spcerek mi sie przydal, gdyz glowa az kipiala od myslenia o moim serduchu i prywatnym zyciu. Po okolo godzinie doszlam nad Ganges. Co mnie zaskoczylo tu byl czysciejszy. Nie moge powiedziec, ze czysty, ale po tym co widzialam w Haridwar, na pewno znacznie lepszej jakosci. Zrobilam sobie odpoczynek na brzegu. Przede mna liczne zielone wzgorza, rwaca rzeka i swiecace sloneczko(patrzac przez pryzmat polskich gor, czy mam jeszcze prawo nazwac je wzgorzami i pagorkami skoro wznosza sie na wysokosc ponad 2000metrow?!?! Chyba nie:)) choc na klimat indyjski to tylko wzgorza:))
Bylo pieknie! Tak lezac i leniuchujac spedzilam na brzegu ponad dwie godziny. W miedzy czasie poznalam mila ekipe jednego z pontonow jakie przybyly do brzegu po zakonczonym raftingu.. juz tego dnia napalialam sie na ta atrakcje.. w koncu ostatni raz splywalam pontonem w Tajlandii, prawie trzy lata temu:(. Ale na to musialam jeszcze poczekac. Wczesniej czekalo mnie szukanie noclegu. Leniwie, ale z motywacja ruszylam w strone Ram Jhula, gdzie znajduje sie czesc hoteli i infrastruktury turystycznej.Aby tam sie dostac nalezy przejsc przez pierwszy most. I tu spotkalo mnie mile doswidczenie. Poniewaz most jest miejscem zabaw malp, pokusilam sie o ich sesje zdjeciowa. Ale jak widac nie bylam sama. Dwoch sympatycznych chlopakow podazylo w moje slady.. no i tak sie poznalismy. Martin i Tomas byli z Czech… a wiec bratnie dusze:). Od jednego slowa rozmowa rozwinela sie w dwugodzinna pogawedke. Jak sie okazalo jezdza od kilku miesiecy po Indiach i podobnie jak ja zyja podrozami. A wiec jak wspomnialam.. bratnie, podroznicze, a do tego gorskie dusze:):). Poniewaz czas mnie gonil i musialam znalezc jakis nocleg umowilismy sie na wieczorne spotkanko i kolacje. W tym czasie z pomoca przyszedl mi Manu, ktory skontaktowal sie ze swoim kolega – przewodnikiem w Rishikesh i ten mimo swojej nieobecnosci w miescie pomogl mi znalezc pokoj. Aby jednak do niego dotrzec musialam dostac sie do Lakshman Jhula (drugi most w Rishikesh). Pokoj calkiem przyjemny z widokiem na Ganges (koszt – 200 rupii). Potem chwilka odpoczynku i wyjscie na spotkanie z chlopakami. Spedzilam z nimi kilka godzin i byl to niezapomnainy czas. Wspolne opowiesci, jedzonko, przyjemna atmosfera…a na dodatek jezyk polski… w koncu mialam szanse porozmawiac po polsku!! Tylko czasem w wyjatkowych momentach kiedy czeski i polski nie znajdowaly wspolnego jezyka wspomagalismy sie angielskim:). To byl naprawde fajny czas zarowno dla mnie jak i chlopakow i mama nadzieje, ze zostaniemy w kontakcie. A moze nawet spotkamy sie kiedys na czesko-polskiej ziemi:).
Zgodnie z ukladem ksiezyca dzisiaj w Indaich mial miejsce specyficzny festival – z modlitwa o dlugie zycie meza. Tego dnia kobiety maluja sobie mehandi na rekach, utrzymuja scisly post nic nie jedzac i przy swietle ksiezyca oczekuja na meza. Dopiero po spotkaniu przy ksiezycu zasiadaja oboje do posilku. Caly dzien jak i poszczegolne ceremonie sa modlitwa o dlugie zycie meza… moje pytanie tylko, kiedy maz modli sie o dlugie zycie zony:) Gdy spytalam kilku mezczyzn o to.. z lekkim usmiechem na twarzy odpowiedzieli “nie ma”:).. to sie nazywa sprawiedliwosc:). Co ciekawe ja mialam mehandi na rekach wiec juz teraz rozumiem, dlaczego przez caly dzien jak tylko cos jadlam wszyscy indyjscy mezczyzni z ciekawoscia mi sie przygladali:). Zapewne mysleli sobie.. biedny maz, nawet sie za niego nie modli i je co popadnie… no coz:) Czy on biedny to ja nie wiem:):):).
Kolejnego dnia o poranku przyjechal Manu. Spedzil cala noc w autobusie wiec nie moglam zmusic go do zwiedzania i aktywnego spedzania czasu na wejsciu. Poleniuchowal wiec do dwunastej, a potem zagonilam go na miasto. Najpierw zjedlismy obiad w pobliskiej dhabie. Musze wspomniec o tym miejscu, gdyz jadlam tam najlepsze na swiecie “mashroom paneer”… nawet w tej chwili cieknie mi slinka na sama mysl o nim:) Mniam mniam:).
Po pysznym sniadanku poszlismy zwiedzac pobliska swiatynie – Swang Niwas. Co ciekawe swiatynia jest 13 -poziomowa i swoim ksztaltem przypomina tort, co czyni ja naprawde wyjatkowa. Na kilku pietrach znajduja sie kapliczki i posagi, przy ktorych porozwieszane sa dzwony. Kazdy przechodzi i dzwoni. Nie wyobrazacie sobie jakie dzwieki i jaki halas rozbrzmiewa na okolice. Czasem jest to nie do wytrzymania, szczegolnie, gdy za dzwonienie zabieraja sie dzieci:) No ale coz i takie meczarnie trzeba znosic,.. moze to w koncu nauka pokory i cierpliwosci. W koncu jestesmy w swiatyni:). Jeszcze jedna zaleta Swang Niwas jest przecudowny widok rozposcierajacy sie ze wszytkich pieter.. widok na Ganges, Lakshman Juhla, Ram Juhla, czy tez pobliskie gory.
Po zwiedzeniu swiatyni podjelismy decyzje, aby udac sie taksowka do odleglej o godzine jazdy z Rishikesh swiatyni Shivy. Po dosc dlugich negocjacjach z taksowkarzami i pomocy ze strony przyjaciol Manu, za cene 600 rupii udalismy sie w jej kierunku. Dojazd byl naprawde piekny. Taksowka piela sie pod gore, przecinala waskie drozki, wspinala na wzgorza z ktorych rozposcieral sie przecudowny widok na okoliczne gory. Co jakis czas stawalismy na sesje zdjeciowa, bylo pieknie i … romantycznie:). Po godzinie jazdy dotarlismy do slawetnej swiatyni Shivy, gdzie 60 tysiecy lat temu Shiva zostawil swoja krtan, grdyke. Swiadectwem tego wydarzenia jest swiety niebieski kamien, ktory zgodnie z wierzeniem jest przemieniona czescia krtani wychwalanego Boga. Tu tez znajduje sie stare drzewo, ktore wyroslo w miejscu tego przemienienia. Tradycja nakazuje, ze przy wejsciu do swiatyni Shivy nalezy wniesc w podarku wode… kupilismy odpowiednie dary i udalismy sie do glownej czesci swiatyni, gdzie Kaplan wylal wode na swiety kamien, a pozostale dary poblogoslawil i nam oddal. Ciekawe doswiadczenie choc musze przyznac ze nie do konca przeze mnie zrozumiale. Widzialam juz wiele rytualow religijnych, ale nadal wiele z nich pozostae dla mnie zagadka:.)
Po wizycie w swiatyni poszlismy w gory. Spacerkiem pod gore, sloneczko swiecilo, wokolo gory i My… tak sielankowo i pieknie. Nie mialam ochoty zwiedzac kolejnej swiatyni wiec plan zakladal wylozenie swoich zmeczonych cial na trawie i delektowanie sie sloncem i widokami. Ale jak sie okazalo nie bylo to zbyt latwe. Po pierwsze najpierw zawitalismy do pobliskiego ashramu, gdzie Manu nawiazal bardzo dluga i powiedzialabym niezbyt interesujaca rozmowe z lokalnym guru. Po dwoch chai i zwiedzeniu swiatyni w ashramie, udalo nam sie wydostac na wolnosc. Jednak nadal nie mielismy okazji pobyc sami:( Na kazdym kroku pojawialy sie dzieci badz lokalna mlodziez, ktora przedkladala swoja ciekawosc ponad wszystkie obowiazki i nas sledzila. No coz, delektowalismy sie wiec natura w towarzystwie lokalnych. A miejsce bylo naprawde niesamowite, takie sielankowe, uspokajajace. Po prostu piekne.
Po czterech godzinach musielismy jednak wracac. W koncu czekala na nas taksowka. Zjedlismy jeszcze “samosa” i “pokora”, a potem z pelnymi brzuszkami udalismy sie w droge powrotna. Po godznie czasu dotarlismy do Rishikesh, gdzie od razu skierowalismy sie do Ram Jhula na posilek. Znalezlismy ciekawa dhabe, gdzie zjedlismy calkiem niezly dhal i wypilismy lassi. Czego wiecej pragnac:). Wieczor spokojny, sielankowy, roamntyczny:).
Kolejnego dnia czekala na nas atrakcja. Przyjaciel Manu jest przewodnikiem w Rishikseh, wiec zorganizowal dla nas rafting po swietej rzece Hindusow – Gangesie. Zaczelo sie od polgodzinnego przejazdu jeepem do miejsca gdzie rozpoczynal sie splyw. Jak sie okazalo w naszym pontonie mielismy szescioro innych towarzyszy – mlodych hindusow z okolic Delhi. Poczatkowo wydawalo sie, ze bedzie ciezko nawiazac z nimi kontakt, ale jak tylko dojechalismy na miejsce, jak tylko wsiedlismy do pontonu integracja nabrala barw:). To prawda, ze Ganges w okolicach Rishikesh nie nalezy do pedzacych rzek, ale trzeba przyznac, ze te kilka rapid’ow jakie pokonalismy przypawialo nam wielki usmiech na twarzy. Jedyne zastrzezenia jakie mialam to jezyk, wszyscy mowili w jezyku hindi, wiec wielokrotnie musialam improwizowac i wyczuwac co robimy:). Cale szczescie siedzialam na samym przodzie wiec efekty byly podwojne:) Niestety nie zaliczylismy zadnej wywrotki, a szkoda bo w koncu cos by sie dzialo:).
Caly splyw trwal jakies 4 godziny i byl wielka frajda:). W polowie drogi nasz kapitan pozwolil nam wskoczyc do wody i popluskac sie w wodach Gangesu. Teraz juz moge powiedziec, ze kapalam sie w swietych indyjskich wodach:). Kolejna atrakcja byl przystanek przy skalkach. Wszyscy wspinali sie na pobliskie skalki i z impetem skakali do wodu. Jakby nie bylo Drahanka musiala sprobowac. Cofalo mnie stamtad kilkakrotnie, bo wysokosc byla zawrotna, a Drahanka nie jest typowym wodniakiem. Ale w koncu sie przelamalam… przeciez zawsze musze wszystkiego sprobowac:). I frajda byla nieziemska:). Manu pozostal w pontonie i pstrykal zdjecia:) Bepsiecznie i sucho:). Typowy Manu… I za to wlasnie go kocham. Ja ryzykuje i szaleje, a on jak co bedzie mnie ratowal:). Dobrana para:)
Splyw byl genialny, moze moglby byc nieco bardziej niebezpieczny, ale i tak wybawilam sie na calego.
Po powrocie do miasta, przebraniu i krotkim odpoczynku udalismy sie na pobliski market. Tu zrobilam sobie zdjecia (bede je potrzebowac do pozwolenia w Gangotri), razem z Manu wypilismy przepyszne lassi i zjedlismy dobra kolacje. Niestety zblizal sie czas rozstania. Manu o 22.30 wracal do Delhi,a ja z samego rana wyjezdzalam do Gangotri. I znowu rozstanie, bylo mi smutno i zle.. chcialam, aby byl przy mnie i jechal ze mna dalej.. no coz, nierealne, praca wzywa, a ja musze do tego przywyknac:(. Ciesze sie jednak, ze mogl ze mna spedzic ten weekend i jestem mu wdzieczna, ze przyjechal taki szmat drogi. Dziekuje Manu!!! I juz czekam na kolejne spotkanie, kolejny weekend razem.

Haridwar - swiete miasto Hindusow:)

15-16.10.2008
W dniu wyjazdu do Haridwar mialam wiele problemow ze wczesnym wstaniem w lozka. Zreszta jak ostatni caly tydzien, bo przeciez ten wyjazd planowalam juz od kilku dni i kazdego dnia mi to nie wychodzilo z powodu poznej pory:). Tego dnia jednak postawilam na swoim i za wszelka cene postanowilam udac sie w nieznane. Wraz z Manu taksowka wyruszylismy na dworzec okolo 12-tej, bardzo pozno, ale co moglam zrobic. Po dotarciu do ICBT rozejrzelismy sie za autobusami do Haridwar. Jak sie okazalo nie bylo z tym wiekszego problemu. W momencie gdy tam dotarlismy juz dwa czekaly na odjazd. Ja oczywiscie wybralam ten lokalny (120 rupii), choc Manu naciskal na Volvo. Postawilam jednak na swoim, a on odjechal zmierzajac do pracy. Bylo mi smutno i przykro, ze nie jedzie ze mna, ale co mialam zrobic, w koncu musi pracowac.
Sama droga do Haridwar przebiegla stosunkwo dobrze. Za oknem przewijaly sie kolejne miasteczka, brudne wioski, a kolo mnie siedzial natretny i bardzo mna zainteresowany mlody Hindus:).
Do Haridwar dojechalismy okolo 20-tej. Byl juz wieczor i wszystko spowite bylo ciemnoscia, jednak miasto nadal wydawalo sie rozkwitac. Na kazdej ulicy wielki ruch, mijajace ryksze, otwarte stoiska, restauracje. Niemal jak w poludnie. Rozpoczelam szukanie noclegu od glownej ulicy. Ceny w hotelach byly jednak na tyle zawrotne, ze nie pozwolilam sobie na wybor ktoregokolwiek z nich. Skrecilam w boczna ulice, gdzie w jednym z ekskluzywnych hoteli poznalam wlasciciela – Rajendz’a. Jak sie okazalo mial jeszcze jedne hotel, o nieco niezszym standardzie i ze znacznie nizszymi cenami. Skusilam sie:). Do tego hoteliku – Hotel Anand – zawiozl mnie swoim skuterem. Poniewaz bylo bardzo pozno, a pokoj wydawal sie naprawde schludny, nie czekalam i zabukowalam jeden pokoik. Potem jednak okazalo sie, ze mam “przyjaciol” w pokoju – male karaluchy:). Poprosilam obsluge o ich zabicie, ale i tak dwa kolejne umarly pod moim butem. To sie nazywa cwiczenie sie w zyciu w zgodzie z natura i zwierzatkami:). Po walce z “przyjaciolmi’ rzucilam wszystkie manatki i udalam sie na posilek. Wlasciciel hoteliku zaproponowal mi dhabe – Khalsa Dhaba, gdzie za banalna cene 45 rupii najadlam sie “palak paneer” i “roti”. A jedzonko bylo pyszne.
Po powrocie do hotelu okolo 22-giej powalczylam jeszcze raz z przyjaciolmi, wygonilam zainteresowanych chlopcow z serwisu, a potem zawislam na telefonie z Manu. Szkoda, ze go tu nie ma:(.
Dzisiaj dostalam bardzo smutna wiadomosc z Polski – z rana umarl mojego taty brat – wujek Leszek. Bylo mi z tym tak zle i smutno. Zdalam sobie sprawe, ze juz go nie zobacze, ze odszedl…z drugiej strony zdalam sobie sprawe, ze jestem tak daleko. Cokolwiek sie stanie w moim domu, nie jestem w stanie tam byc, nie jestem w stanie zareagowac… przerazilo mnie to:(. I naprawde bylo mi przykro z powodu wujka:(.
Kolejnego dnia (16.10.2008) przyszedl czas zwiedzania. To byl bardzo ciekawy czas, choc z drugiej strony smutny, w moim umysle ciagle byl wujek i to co teraz dzieje sie we Wroclawiu. Nie mialam jednak na to wplywu:(. Dodatkowo doszlam do wniosku, ze to pierwszy raz od ponad poltora miesiaca kiedy jestem sama… niemal od momentu gdy przylecialam do Indii zawsze byl ktos ze mna, czy to Ram, czy Manu i jego przyjaciele. Dzisiaj po raz pierwszy zostalam sama, sama ze soba i swoimi myslami. Nie bylo wiec latwo sie odnalezc. Z zasady nie mam problemu z podrozowaniem samej, ale po takim czasie, gdy czlowiek sie przyzwyczaja do obecnosci innych, ciezko przestawic sie na stare tory. Dlatego tego dnia moja glowa huczala od wszelakich mysli, a serduszko plakalo:(. Nie poddalam sie jednak… zwiedzalam…
Poniewaz Haridwar uchodzi za swiete miasto Hindusow, jego glowna atrakacja sa ghaty i swieta rzeka Ganges. Najpierw podazylam wiec w tym kierunku. To co zobaczylam nad rzeka przerazilo mnie. Tysiace ludzi kapiacych sie w brudnym Gangesie, pioracych ciuchy, myjacych dzieci. Swieta rzeka o tej porze roku jest naprawde brudna, ale jak widac nikomu to nie przeszkadza:). Co ciekawe dzisiaj przyszla mi do glowy ciekawa mysl. Swoja wyprawe po Indiach rozpoczelam od gor, po dwoch tygodniach szwedania sie w srodkowej czesci Indii, udalam sie w Himalaje.. tam pokochalam Indie i to co zobaczylam. Ale zdalam sobie sprawe, ze Indie ktore teraz obserwuje sa calkiem inne, powiedzialabym nawet nieco przerazajace. Przyszlo mi do glowy, jaka bylaby moja reakcja, gdybym pierwsze kroki skierowala w tym kierunku. Czy tak szybko pokochalabym ten kraj? Teraz wiem, ze Indie maja rozne oblicza i latwiej jest mi je zaakceptowac, ale czy byloby tak gdybym przybyla tu w pierwszej kolejnosci? Przyszla mi do glowy Kasia z Wroclawia, ktora spotkalam w Mumbaju. Ona znienawidzila Indie, byla nimi przerazona i wycienczona. Czy czulabym to samo? Nie wiem… ale to co sie tu oglada na pewno odbiega od normalnego obrazu i trzeba miec wiele tolerancji i zawyzony wskaznik wytrzymalosci. Na szczescie ja taki mam:). Spytacie wiec co jest fajnego w podrozowaniu po takich miejscach?! Ja powiedzialbym wiele. Te miasta sa po prostu calkowicie rozne od naszego europejskiego wyobrazenia o domach, ulicach, zachowaniu ludzi. Jezeli przyjezdza sie do Indii z oczekiwaniem czegos innego, z sila akceptacji tego co sie widzi, na pewno nie bedzie to zly czas, a powiedzialbym nawet, ze moze byc piekny. Choc ja naleze do osob, ktore bardzo szybko potrafia sie zaadoptowac do innych warunkow, wiele razy bylam przerazona tym co widze, jednak nie dalam sie poniesc zbyt daleko, nie pozwolilam sobie na ucieczke. Dlatego udalo mi sie pokochac Indie. Istnieje takie slawne sformulowanie “Indie mozna albo pokochac, albo znienawidziec. Tu nie ma srodka”. I to prawda. Ja jestem szczesliwa, bo znajduje sie w tej pierwszej grupie:).
Pol dnia spedzilam na obserwacjahc ludzi. Spacerowalam wzdluz Gangesu, ogladalam ich zajecia. To niesamowite jak wielu Hindusow spedza czas na niczym, siedza nad rzeka i nic nie robia. Jak moga sobie na to pozwolic? Nie wiem! Zaskakujacy byl dla mnie rowniez obraz wielu namiotow poustawianych nad rzeka, namiotow w ktorych zyja cale rodziny, powiedzialabym, w ktorych wegetuja tysiace ludzi:(. Dookola kolejne rzesze specyficznych modlacych sie osobnikow – ubrani w pomaranczowe szaty, z dredami na glowach, z modlitewnikami w rekach. Ci ludzie sa wszedzie i mimo ze nie rozumiem ich poslannictwa musze ich zaakceptowac. Wtapiaja sie idealnie w obraz Indii... w koncu sa ich czescia.
Spacerkiem dotarlam do glownego ghatu – Har-Ki-Pari-Ghat (the food step of God). Jest to miejce, gdzie zgodnie z legenda Vishnu upuscil swiety nektar na podloge i zostawil odcisk swej stopy. W tym miejscu Hindusi zazywaja kapieli wierzac w swiete dzialanie wod Gangesu. Spedzilam tu ponad dwie godziny przygladajac sie zachowaniom ludzi. Oczywiscie mialam tez problem z oszustami. Wejscie do ghat’u zgodnie ze swoja zasada jest bezplatne, ale jak tylko tam wkroczylam wypatrzyli mnie zainteresowani dotacjami Hindusi. Naciskali, abym wplacila stosowna kwote, jako wstep. Zaskoczylo mnie to, ale na szczescie moj zdrowy rozsadek naprowadzil mnie na sciezke. Dotacja z samej definicji jest dobrowolna, wiec dlaczego bylam do tego zmuszana!! Przedstawilam swoja wizje i po kilku minutach sprzeczania odeszlam w spokoju. Jak sie okazalo naciagaja wszystkich bialych turystow, ktorzy nieswiadomi darmowego wstepu naciagaja sie na stworzona przez nich bajke. Trzeba przyznac, ze w ghacie trzeba sie przyzwyczaic do rzeszy takich naciagaczy, ktorzy co chwila podchodza z prosba zlozenia dotacji. Pytanie tylko kto potem dostaje te pieniadze?!?!:(
Po odwiedzinach w ghacie udalam sie najpierw na market, a potem waska sciezka, na ktorej glownymi towarzyszami byly malpy, do swiatyni Mansa Devi. Swiatynia polozona jest wysoko na wzgorzu co sprawia, ze rozciera sie z niej niesamowity widok na Haridwar. Na jej szczyt mozna dojechac kolejka, ale ja oczywiscie wybralam wspinaczke. Droga nie byla trudna, ale ze wzgledu na niemilosierny upal bylam calutka mokra, niemal jak po kapieli:). Swiatynia nie powalila mnie na kolana, ale czas jaki spedzilam w jej okolicy na pewno zapamietam. To prawda, ze czasem trzeba bylo powalczyc z malkami, ale mimo tego widoki rekompensowaly wszystko. Siedzialam tu ponad godzine.Tu tez przydarzyła mi sie ciekawa historia. W tak turystycznych miejscach zawsze znajduja sie fachowi fotografowie, ktorzy za drobne pieniadze robia przybylym zdjecia i na miejscu je drukuja. Ja mialam swoj aparat wiec nie potrzebowalam ich serwisu, ale oni byli mna znacznie bardziej zainteresowani niz ja nimi. Najpierw zrobili mi kilka fotek, potem je wydrukowali i powiesili na swoich reklamowych folderach, a dwie kopie dali mi w prezencie. To bylo mile:) A moze pomoze mi rozwinac kariere slawenej Polki??!!:) To byloby interesujace. W koncu w Chinach bylam w telewizji, to dlaczego nie moge zostac slawna i tutaj?!?:):)
Okolo 15-tej wrocilam do miasta. Zjadlam obiad w okolicznej dhaba (thali – 45 rupii), a potem na godzine zasiadlam na internecie. Okolo 17-tej udalam sie na codzienna ceremonie modlow nad Gangesem – “Ganga Aarti”. Ceremonia zaczyna sie punktualnie o 18.15 przy ghacie, ktory zwiedzlama rano. Nad rzeka zbieraja sie tlumy Hindusow, ktorzy puszczaja na rzeke specjalnie przygotowane koszyczki z kwiatami i ogniem w srodku. To niesamowity widok, gdy na rzece unosi sie wielka liczba koszyczkow, ze swietym plomieniem w srodku. Wokolo jest juz ciemno, rzeka rozblyskuje kolorami, a wszystko to z modlitwa w tle. To najbardziej znana w Indiach ceremonia modlitw i podziekowan skaladanych swietej rzece. Podobalo mi sie i to nawet bardzo:) Siedzac i podziwiajac ten niezapomniany moment poznalam przemilego Hindusa – przewodnika gorskiego. Wlasnie przybyl do Haridwar z rodzina na odpoczynek i modlitwe. To bylo kolejne ciekawe spotkanie na mojej drodze.
Nastepnego dnia przyszedl czas opuscic Haridwar. Kolejny przystanek na mojej drodze to Rishikesh. Do zobaczenia na pontonach:).

niedziela, 5 października 2008

Delhi i przyjaciele!

29.09-8.10.2008
To zarowno dla mnie jak i dla otoczenia pelne zaskoczenie, ze wyladowalam w Delhi:)
Plan zakladal odwiedziny w Leh, badz Uttaranchal...jednak szybka zamiana decyzji na dworcu w Manali i bilet wykupiony do stolicy Indii. Jednak aby nie bylo nudno wykupilam bilet na autobus lokalny. Spytacie czy obcokrajowcy takimi podrozuja?? ... no coz... chyba tylko, gdy sa tacy zwariowani jak ja:) Zazwyczaj dla wygody ciala i ducha przemierzaja dlugie dystanse w komfortowych autobusach Volvo z klimatyzacja...ale to nie Drahanka:) Bilet z Manali do Delhi za 405 rupii i usmiech na twarzy... kolejna przygoda przede mna:)
Najpierw zaczelo sie od pierwszej gumy... juz w okolicach Kullu godzinny postoj na poboczu, ale to nie koniec.. kolejna guma okolo 2-giej w nocy... poza tym maksymalna trzesawka, niewygoda i zatrzymywanie sie co 15 minut (w Indiach nie ma przystankow, autobus zatrzymuje sie na kazde zawolanie pasazera:); to sie nazywa dostosowanie do potrzeb ludu:):):) Nie powiem, ze przedluza to wyprawe, ale coz... takie sa uroki indyjskiego podrozowania:)
Moimi towarzyszami w tej 16-godzinnej podrozy byli dwaj sympatyczni Nepalczycy i konduktor, ktory na kazdym postoju serwowal mi posilek i chai:)
Do Delhi doejchalismy okolo 9-tej rano... brudna, zemczona i odurzona upalem jaki panuje o tej porze w stolicy (po gorskich klimatach odwyklam od takiej duchoty:) Udalam sie wraz z Manu do South Delhi, gdzie miesci sie jego mieszkanie. Tu tez spedzilam kilka dni, ktore pozwolily mi poznac co znaczy zycie w stolicy. Wizyty w parkach (Green Park, Gate of India), kinach (ogladalismy "Kidnap", "Drona" - aktualne kinowe hity), smakowanie lokalnych potraw w najbardziej znanych restauracjach Delhi (Delhi Haat), zakupy... Jednak to nie koniec.. moj czas spedzialam glownie z kochanym Manu, ale rowniez z ukochana dwojka przyjaciol - Ram'em i Kavita. To u nich ugotowalam moj pierwszy indyjski obiad (warzywa i chapati, chai), to u nich pierwszy raz w zyciu przymierzylam saree.. Bylo to dla mnie historyczne doswiadczenie!!! Mysle, ze kazda kobieta powinna to uczynic....biorac pod uwage, ze ostatnie miesiace spedzilam biegajac w wytartych spodniach i T-shirt'ach... po raz pierwszy od tak dawna poczulam sie kobieta... i uwielbiam to uczucie. Chyba nie ma piekniejszego stroju niz saree:):)
Jedno juz jest moja wlasnoscia.. wiec Polsko badz gotowa.. Drahanka w saree nadchodzi:)
Dodatkowo pierwszy raz zrobilam sobie na rekach "mehandi" – to malowane henna wzory. Spodobalo mi sie to od poczatku. Glowna okazja kiedy wszystkie kobiety upiekszaja sie mehandi sa sluby, ale i inne festivale (np. z modlitwa o dlugie zycie meza w listopadzie). W przypadku slubu mehandi robione jest na rekach i nogach panny mlodej, ale co ciekawsze rowniez na dloniach panna mlodego:). Henna utrzymuje sie ponad dwa tygodnie, wiec jak widac mlode pary nie sa w tanie zamaskowac swojego malzenskiego statusu:):).
Oprocz takich atrakcji staralam sie rowniez nieco zwiedzac. Tu moim towarzyszem byl Manu. Zwiedzilismy Czerwony Fort (Red Fort – Lal Qila), ktory jest na liscie Unesco. Poza tym Jama Masjid, muzulmanska swiatynie, gdzie przy wejsciu klocilam sie z obsluga z powodu oplaty za aparat (wszyscy robia zdjecia, ale tylko obcokrajowcy musza placic za to 200 rupii). Ktorejs niedzieli udalismy sie do Qutb Minar, z przepiekna Wieza Zwyciestwa. Tu spotkalismy pare Polakow, ktorzy zainteresowali sie moim mehandi. Z tym spotkaniem wiaze sie ciekawa historia. Otoz po powrocie do Polski w sportowym sklepie Decathlon we Wroclawiu spotkalismy wraz z Manu ta sama pare:). Swiat jak widac jest naprawde maly.
Z innych atrakcji bliska stala mi sie rowniez Gate of India. Bylam tam kilka razy, podziwiajac symbol niepodleglosci kraju. Podczas jednego ze spacerow w jej okolicach poznalam Gaurav’a, ktory do konca mojego pobytu w Indiach pozostawal ze mna w kontakcie:)
Czas w Delhi byl interesujacy, ale nadszedl moment, gdy moj zew natury wezwal mnie do drogi.!! Niestety Manu nie mogl jechac ze mna… wyruszylam wiec z trase sama.
Drahanka wraca na tory podrozy:)

Jestem w Delhi:)

Kullu - oaza spokoju i Manali - swiat dla zwariowanych!

26-27.09.2008
Droga do Kullu to 8 godzin spedzonych na przednim siedzeniu lokalnego autobusu (206 rupi). To prawda, ze krajobrazy za oknem uprzyjemnialy przejazdzke, jednak niewygodne siedzenie, tysiace ludzi w autobusie, olbrzymie wertepy, ktore nie pozwalaja ci zapomniec o najwrazliwszych czesciach twego ciala:)... tak.. to ciekawe wspomnienia:). Najbardziej podobala mi sie droga z Mandi do Kullu (gory wokolo i kanion zapieraly dech w piersiach). Niestety ta czesc przemierzylismy o zmroku, wiec nie bylo szans na zdjecia czy pelny zachwyt. Kullu to male miasteczko polozone w dolinie Kullu z przepieknymi gorkami w okolicach. Nocleg znalazlam w przydworcowym guesthous'ie - Bhawani GH (150 rupii/pokoj). Poniewaz byla juz pozna pora, a cale miasteczko zasnute bylo ciemnoscia... zdazylam jedynie zjesc pyszna kolacje w okolicznej dhaba'ie i pospacerowac po waskich uliczkach Kullu.
Kolejnego dnia nie pozwolilam sobie jednak na dlugie leniuchowanie..wczesna pobudka, najpierw odwiedziny w jednej swiatyni - Raghunat Temple, a potem 2-godzinna wspinaczka do odleglej o 3km wioski Bhekhli ze znana swiatynia Bhekhli Temple. Slonce grzalo, pot sciekal z czola, ale wysilek byl wart zachodu:) Widoki z wiercholka na doline Kullu i pieknie polozone miasteczko zapieraly dech w piersiach.. az nie chcialo sie stad wyjezdzac...
Niestety popoludniu musialam zlapac autobus do Manali, gdzie czekal na mnie upragniony bagaz z czystymi ciuszkami:):) Nie powiem, ze istniala mala obawa, ze bagazu nie bedzie.. przeciez zostawilam go ponad miesiac temu.. ale na szczescie los mi sprzyja. Po dotarciu do Old Manali i Manu GH dostalam swoj wyczekiwany plecak:):)
W Manali nie zostalam jednak dlugo, bo niemal dwa miesiace temu spedzilam tu piec dni, wiec byl to swoisty przerywnik, wymuszony przez bagaze:) Pytanie jednak gdzie jechac dalej.. do Leh (wczoraj otworzyli Kunzum Pass, wiec mozna sie tam dostac autobusem; od ponad dwoch tygodni droga byla zablokowana z powodu obfitych opadow sniegu, kilka osob nawet zginelo.. teraz jednak zostala otwarta; pojawia sie jadnak pytanie czy niebawem jej nie zamkna.. i co wtedy?? zostane na cala zime w Leh.. haha.. to bylaby przygoda:). Drugim wariantem jest Uttaranchal.. tu tez czekaja na mnie gorki.. hmmm. trudny wybor, wiec co zrobi Drahanka.. pojdzie na dworzec i pierwszy autobus jaki pojawi sie w ktoryms z tych kierunkow, bedzie jej docelowym srodkiem transportu. Tym sposobem drzwi na polnoc i na poludnie otwarte.. wszystko zalezy od zbieznosci losu:):) Autobusiku nadjezdzaj!!!