wtorek, 4 marca 2008

17 godzin w wietnamskim pociagu na drewnianych lawkach!!

29.02.2008 - 01.03.2008
Nastepny etap naszej podrozy zakladal wydostanie sie z Hoa Binh i podazanie na poludnie Wietnamu. Zwleklysmy sie z lozka o 4:00, zeby zdazyc na poranny autobus do Thanh Hoa. Oczywscie na dworcu robilysmy za atrakcje. Nikt nie mowi po angielsku, ale kazdy chce rozmawiac. Co ciekawe Drahanka spotkala Wietnamczyka niemal jej wzrostu. WOW. To sie niemal nie zdarza:):) nie potrafil powiedziec ani slowa po angielsku, ale ze pasujemy do siebie to tak:) Wiec jak widac komunikacja jest mozliwa nawet w kazdych warunkach:)
O 5:30 wsiadlsymy do autobusu. O dziwo tym razem nasze bagaze wyladowaly razem z nami w srodku. Co za ulga, tym razem moze nie przybiora ksztaltow balwanka:) Droga do Thanh Hoa (50000d/os) minela nam w miare szybko. Tym razem nie bylo dziur na drogach, nie bylo arbuzow, ale w autobusie panowal mroz:) Atmosfere podgrzalo dwoch oszustow karcianych, ktorzy wsiedli do naszego wesolego busika, wykiwali kilku biednych dziadkow (ale nam szkoda bylo szczegolnie jednego - takiego staruszka ze slicznym babcinym beretem z antenka) i znikneli tak szybko, jak sie pojawili. Dla nas byl to szok, ze mozna uwierzyc w takie zagrywki, ale jak widac Wietnamczycy sa bardzo ufni. Dodatkowo w naszym autobusie co chwila pojawialy sie nowe towary, od kabli, po slome i tysiace innych rzeczy. Trzeba dodac, ze w Wietnamie lokalne autobusy sluza obok przewozenia ludzi rowniez jako transport towarowy. Wszystko podrozuje z nami:):)
W Thanh Hoa nikt nie mowil po angielsku, ale jakims sposobem udalo nam sie dojsc, ze zjazd na poludnieWietnamu mozliwy jest tylko pociagiem. Czemu nie, taka opcja nam sie podoba. Tym bardziej ze mialo to byc 17 godzin w hard seat'erze, czyli na drewnianych, twardych lawkach. Jak sie okazalo wietnamskie twarde siedzenie to calkowicie cosik innego niz chinskie, ktore juz mialysmy okazje wyprobowac:) Ale od poczatku.
Co bylo ciekawe kupilysmy bilety do Dannang z miejscowka za 160000d/os z widniejacym na bilecie napisem "foreigners", co oznacza, ze mamy specjalne ceny. Ale ciezko uwierzyc, ze sa one nizsze... pytanie ilokrotnie wyzsze?!?? Niestety dodatkowych luksusow brak. Co nas zaciekawilo, na bilecie byl wskazany numer wagonu, ktory korespondowal ze wskazanym miejscem zatrzymania pociagu na peronie. A ludzi na peronie bylo sporo.. powiedzialybysmy nawet, ze bardzo duzo.. Co ciekawe my mialysmy wagon numer 1... a cala reszta spytacie??... wagony od 3 wzwyz. Co oznacza, ze stalsymy same jak dwa pajacyki na wskazanym do tego miejscu, a kazdy patrzyl na nas jak na ufoludki:) A jeszcze zielone nie jestesmy i nie swiecimy w ciemnosciach:) Swoja droga ciekawe kiedy to nastapi:)
Tak stalysmy i stalysmy, pociag oczywisacie mial opoznienie. Ale nadjechal. Jakie bylo nasze zdziwienie, gdy zobaczylysmy jak wyglada. Przypominal pociagi wazace ludzi do Oswiecimia. Okratowany, caly stalowy, zardzewialy..a przeciez udajemy sie na egzotyczne poludnie z palmami:) Ciekawe czy w srodku serwuja drinki z parasolka?!:) Na 17 godzin jazdy to chyba przydalyby sie butelki z parasolkami, a nie male drinki.. ale niestety tego nie serwowali:)
Spytacie jak w wyglada hard seat'er w Wietnamie. Otoz to wagon z dwoma rzedami drewnianych, koszmarnie twardych lawek. Niestety sa one skrojone jak zwykle na krotkie wietnamskie nozki. Poczatkowo siedzialysmy same na dwoch przeciwleglych lawkach, wiec jakos dalo sie wytrzymac. Widok z okna?!?! Zero. Jest krata i brudna szyba. Nic nie widac:(
Ale co nas zaskoczylo to fakt, ze w pociagu serwowali obiad. Najpierw myslalysmy, ze to dla wyzszych klas, a nie dla najtanszych hard seat'erow. Ale jedzenie dostawali wszyscy. WOW. Nie pyatjcie jak smakowalo...chwasty, ryz i mieso sprzed tygodnia:) Ale milo ze serwuja. Dziekujemy za to wietnamskiej kolei:)
Pierwsze godziny spedzilysmy na jedzeniu slonecznika (w tym celu kupilysmy caly kilogram:). Potem przerabialysmy notatki i przewodniki o Chinach. Kochamy Chiny, ale ile mozna:) W pewnym momencie nadszedl czas na ukladanie sie do snu, albowiem nasza podroz zaczela sie o 14:00, a skonczyla sie o 5:00 nad ranem. Wiec troszke czasu dla siebie mialysmy. Spanie!?!?! Ach jak o tym marzylysmy. Gdy pojawily sie dodatkowe osoby, ktore zajely miejsca na przeciwko nas, nasza przestrzen zyciowa drastycznie sie zmniejszyla i juz tylko moglysmy pomarzyc o snie. Zwinelysmy sie w klebki (zarowno z zimna, jak i niewygody)....niestety my dwie na jednej lawce to male przegiecie. Wietnamczycy niemal ukladali sie we trzy osoby. Ale my ciutke wieksze:) Ups...
Poszlysmy spac dopiero, gdy pociag minal Hue, a nam na sen zostalo okolo 3 godzin. Nie za wiele, jak na cala noc:( Oczywiscie jedyne co czulysmy podczas jazdy to nasze cudowne kosci ogonowe i wszystkie kregi... tak poznalysmy anatomie ludzkiego ciala. Jak ktos ma zamiar korzystac z wietnamskich hard seat'erow polecamy gruntowne przytycie. Kazdy kologram jest na miare zlota:)
Ale jak widac da sie przezyc 17 godzin w wietnamskim pociagu. To bylo ciekawe doswiadczenie, a nastepnym razem bedziemy sprytniejsze. Do pociagu trzeba wziac ze soba mate i ukladac sie pod siedzenie. Tylko pytanie czy my jestesmy w stanie sie tam wcisnac tak jak Wietnamczycy?!?! Oto jest zagadka do rozwiazania na przyszlosc. Jesli komus z was uda sie ta sztuczka obiecujemy nagrode:)
Oczywscie w pociagu robilysmy za atrakcje, bo ktory obcokrajowiec podrozuje hard seat'ermai. Chyba tylko turystki z Polski:)
Do Dannang przybylysmy o 5:00, gdzie zlapalysmy miejscowy autobus do Hoi An (25 000d/os, ale znow bardzo przeplacilsymy, co nas bardzo zdenerwowalo). Wietnamczycy zeruja na turystach, a my tego nie lubimy:(:( A jedyna przyjemna rzecza bylo to, ze tym razem udalo sie jechac z kurami:):) Cel osiagniety mozemy wracac. Ale kury nie mialy miejscowek:)
I tak dotarlysmy do Hoi An, ktory byl kolejnym etapen na naszej trasie podrozowania przez malowiniczy Wietnam.

poniedziałek, 3 marca 2008

Vietnam by local bus :)

26.02.2008 - 28.02.2008
To byly przezycia.. wietnamskie autobusy!!!
Ale zacznijmy od poczatku.
Wyruszalysmy z Sapy, wiec pierwszym wyzwaniem bylo znalezienie dworca w tej jakby sie wydawalo malej miejscowosci. Tylko znajdzcie dworzec, jezeli nie jest on podpisany, a wokolo nikt nie mowi po angielsku, tylko sie podejrzliwie przyglada:) Dworcem okazal sie skrawek chodnika 2x2m przy jednym z lokalnych sklepow. To tak jak szukanie dworca przed polskim warzywniakiem, z ta tylko roznica, ze tu warzywniakiem byl blat, na ktorym pani cwiartowala swinke na porcje obiadowe:) Pytasz o autobus, a przemila wietnamska pani proponuje watrobke. Co wybierasz?!?
W koncu metoda "body language" ustalilysmy, w ktorym miejscu powinien zawitac autobus:). Pierwszy podjechal - maly zagracony, miejsca tylko na dachu, choc Wietnamczycy sie spieli, jeden siadl na drugiego i znalazlby sie maly kacik dla dwoch wielkoludow z Polski. Ale nie skorzystalysmy, bo cena byla wygorowana... jak szalec i jechac z kurami to mozna i poczekac godzine na nastepny:)
Na "pseudo przystanku" nie bylysmy same. Spotkalysmy kolejnego podroznika, Peter' a z Australii, ktory jak sie potem okazalo towarzyszyl nam przez caly dzien. On rowniez podazal w tym samym kierunku i kiedy zjawil sie autobus sprawnie wyszukalismy trzy miejscowki w srodku (nasze bagaze oczywiscie wyladowaly na dachu autobusu.. upsss. niczym nieprzymocowane, wiec odczucie ich posiadania badz nie towarzyszylo nam do samego Lai Chau:). Co prawda tym razem z kurami nie udalo sie jechac, ale co sie odwlecze to nie uciecze.. tym razem byly inne atrakcje. To prawda, ze miejscowki sie znalazly,ale nikt nie gwarantowal gdzie:) Czy podroz na kartonie z arbuzami moze byc przezyciem?? Zapytajcie Drahanke. Arbuzy twarde, pupa miekka... jakie sa tego efekty... chyba nikt nie chce ogladac....arbuzow oczywiscie:):)
Mimo wygod jakie oferowal nasz dylizans za 70000D/os widoki za oknem rekompensowaly ubytki na ciele:)
Jechalysmy przez najwyzsza przelecz w Wietnamie Tam Tom Pass (1400m), a wokolo rozposcieraly sie widoki na przepiekne gory zatopione w chmurach. WOW!!! Tak wiec w Wietnamie zdarzylo nam sie bujanie w oblokach.
Do Lai Chau, oddalonego o 126km od Sapy dojechalysmy o 11.00. Poczatkowy plan zakladal nocleg w Lai Chau, jednak po krotkim spacerku po okolicy stwierdzilysmy, ze miejsowosc ta nie oferuje niczego ciekawego i najlepiej byloby sie stad wydostac jeszcze tego samego dnia (choc miejscowosc pieknie polozona, wsrod gorek i zielonych lasow, niemniej bez turystycznych atrakcji).
O 13tej zjawilismy sie wraz z towarzyszem Peter'em na dworcu w Lai Chau. Poniewaz cena wywolawcza za przejazd do Dien Bien Phu opiewala na 95 000D/os nie moglysmy sie oprzec pokusie targowania. W Wietnamie istnieje zasada, ze kazda cene nalezy targowac, srednio 35% ceny wywolawczej odpowiada faktycznej wartosci. Dodatkowo biorac pod uwage, ze kazdego turyste (obcokrajowca) stara sie oszukac i zawyzyc cene nawet 10-krotnie trzeba sie miec zawsze na bacznosci.
Tym razem nasze negocjacyjne umiejetnosci nie wsytarczyly na tak upartych przeciwnikow. Peter poddal sie w przedbiegach, my nie.. ale udalo nam sie zbic cene tylko do 85000D (zawsze lepszy rydz niz nic:) I tak rozpoczela sie malownicza jazda przez tysiace zakaretow, serpentyn, przeleczy... niestety nie wszyscy mieli okazje rozkoszowac sie ta przejazdzka. Borowka pamieta pierwsze piec minut, potem odplynela w zaswiaty.. poszukujac spokoju dla swojego zoladka:):)
Wiec kilka opowiesci ze wspomnien Drahanki:) Droga trwala 6 godzin, a wiec stosunkowo dlugo i ciagle wila sie przez zalesione wzgorza, z licznymi wioskami umiejscowionymi na najwyzszych partiach. Na dole widac bylo piekna rzeke, kaniony. Zmienial sie rozniez krajobraz wiosek, tym razem przejezdzalysmy przez wioski z domami na palach, drewianymi, pokrytymi liscmi bananowca, badz tez wylepianymi z nienznanej nam gliny. Wokolo widac bylo normalnych ludzi z mniejszosci H'Mong, Thai.. ludzi przy normalnych pracach na polu, podworkach. Tego nam brakowalo w Sapie, gdzie wszystko jest pod turystow. To byla naprawde piekna droga, ktora kontynowalysmy nazajutrz, ale z wiekszymi niespodziankami.
Rano udalo nam sie zwiedzic Dien Bien Phu - miejscowosc znana z bitwy francusko-wietnamskiej w 1954r. Dlatego tez podziwialysmy armaty, czolgi (niestety nie zezwolono nam na probna jazde:( a szkoda bo wydaje nam sie ze zostalybysmy mistrzami jazdy gosienicowej). Zwiedzilsymy wiec muzemu Dien Bien Phu (gdzie obejrzalysmy bardzo dokladny film -niewiele zrozumialysmy, bo na strategiach wojennych sie nie znamy:), potem Cmentarz wojenny i zielone pola ryzowe tuz za miastem , ktore byly najciekawszym elementem naszego planu zwiedzania Dien Bien Phu.
Jednak to co najlepsze wciaz bylo przed nami.
Nie myslcie ze pokonanie wczorajszego odcinka (100km) to nasz rekord. Na dworcu w Dien Bien Phu zjawilysmy sie o 11.30, od razu wpakowali nas we wlasciwy autobus, ale czy na pewno wlasciwy?? to sie okaze:)
Autobus byl malutki, najmniejszy jakim podrozowalysmy. Bagaze wyladowaly w bagazniku, ale nie pytajcie w jakim stanie je stamtad wyciagnelysmy. Smoluchy to malo powiedziane. Poznalysmy je jedynie po ksztaltach i umiejscowieniu...na pewno nie po kolorach. Wezcie taczke pylu i nasypcie na plecacki.. mniej wiecej tak to wygladalo, dwa male balwanki:)
Ale wracajac do samej jazdy....
Start o 11.30.. meta 20.30 w Son La.. a zgodnie z rozkladem miala byc 16.00:):) male opozniene, badz zboczenie z drogi!??!?!? No coz.. ale skoro najpierw laduje sie pod granica wietnamsko-laotanska, nie wiadomo po co i dlaczego.. to juz pojawiaja sie pierwsze opoznienia. Co ciekawe, najpierw w autobusie byla tabliczka Son LA (tam gdzie jechalysmy), ale tuz za granica miasta kierowca ja zdjal i poinformowali na migi, ze najpierw jedziemy do Laosu, ale mamy sie nie martwic... Wszystko swietnie, ale tam mamy trafic dopiero za miesiac:):) Wysadzili nas 14 km przed granica, kazac zostawic bagaze w srodku. Wiec stalysmy na rozstaju drog na bezdrozach, rozmyslajac, czy ten autobus wroci, czy tez nie.. drugie pytanie czy z bagazami czy tez nie:):) 40 minut oczekiwania umilali nam Wietnamczycy (6 chlopakow nie znajacych slowa po angielsku).. ale Drahanka poznala meza:):) Szkoda tylko ze nie znal jezyka. Ale co tam jezyk:):) Wystarczyly rozmowki i slowniczek wietnamski, a romans w autobusie wybuchnal pelna para:) A kandydat byl calkiem calkiem.. Niestety Borowka meza nie znalazla wiec pozostala jej rola przyzwoitki:)
Straszne to.. Drahanka rozkwitla i nawet teraz przesyla Hay'owi usmieszki prosto z glebi serca (nie ma zielonego pojecia jak to jest po wietnamsku, ale to juz bylby romans na wyzszym poziomie). Niestety maz wysiadl w polowie drogi, wiec Drahanke ogarnela rozpacz. Pozostal kurz, lzy i wpomnienia:) Ale nie martwcie sie, na pewno jakis odpowiedni kandydat pojawi sie na horyzoncie:):) Na pewno dla nas obu:):)
Wracajac do drogi. Po 40 minutach autobus sie zjawil, z ta tylko roznica, ze mial na dachu tysiace bagazy, ktore co chwila w czasie dorgi spadaly, wiec kolejne przystanki na ich mocowanie. Potem ku naszemu zaskoczeniu wrocilysmy do miasta, z ktorego wyruszlysmy 2 godziny wczesniej, na tym jednak nie koniec. Tuz przy granicy miasta kolejny postoj, nie wiadomo dlaczego, po co. Jak sie okazalo oczekiwalismy na jakiegos waznego goscia. Co tu robic, zeby sie nie nudzic. Zawsze mozna wypasc przez okno z autobusu:) Spytajcie Drahanki jak sie to robi (pouczenie - nie rob tego sam:):):) Plan Drahanki zakladal wyjscie przez okno, bo przeciskanie sie do drzwi bylo nie lada akrobacja:) A okno stalo otworem i zapraszalo:) wiec czemu nie skorzystac:) Ale chyba bylo za male i noga zostala... ale w srodku:) Z peryspektywy Borowki... jest Drahanka.. a za chwile jej nie ma.. tylko przerazajace "lup" o asfalt.. juz wiadomo dlaczego tyle dziur w ich drogach:) na pewno nie sa liczone na takie przeciazenie:) To dopiero zabawa:):)
Po 4 godzinach od wejscia do autobusu w koncu udalo nam sie przekroczyc granice miasta:) Nasz pojazd mknal po kretych, piaszczystych, remontowanych, badz nawet wlasnie budowanych drogach. Polne drogi wygladaja u nas lepiej niz ta lokalna i jedyna w okolicy autostrada. To prawda ze widoki za brudnym oknem umilaly nam przejazd - gorki, serpentynki, lokalne wioski. Pieknie i uroczo. Poza kurzem, ktory yl w nawet najbardziej skrytych zakamarkach naszych cial:):) Kilometry lecialy wolno, gestniejacy mrok zapadal nad szczytami,a my wciaz jechalysmy.. nie wiedzac gdzie jestesmy i kiedy osagniemy Son La... a moze nie dojedziemy tam dzisiaj.
Droga bylaby tym bardziej przyjemna gdybysmy czasem stawali do toalety. W Wietanmie podrozujec lokalnymi srodkami transportu trzeba sie nastawic na zalatwianie potrzeb fizjologicznych na srodku drogi, metr od autobusu. Kazdy wysiada, staje kolo autobusu i po sprawie. Nie ma prywatnosci, po co??? .. Dlatego nasze potrzeby fizjologiczne na czas tej podrozy zostaly wstrzymane:)
Do Son La udalo nam sie jednak dojechac. O 21.00, a wiec 5 godzin pozniej, ale sukces odniesiony:):) Nocleg w Son La (110 000d/pokoj) i nastepnego dnia przeprawa do Hoa Binh (tu rowniez mialysmy problem z znalezieniem dworca, ale tym razem autobus sam nas znalazl). Niestety uzgadnianie enie bylo najlatwiejsze, bo znow mialysmy poczucie, ze nas bardzo oszukuja. Ale dotarlysmy do Hoa Binh bez wiekszych atrakcji. Tego wieczorka atrakcje kulinarne to pyszne pierozki, ktore nam bardzo posmakowaly i placki z jakims wypelnieniem (chyba korzen miejscowej rosliny). Zapewne to rekompensata smazonego ryzu, ktory wczesniej zamowilysmy:):)

poniedziałek, 25 lutego 2008

SAPA we mgle!

23.02.2008 - 26.02.2008
Juz sama jazda do Sapy dostarczyla licznych nowych atrakcji:) Byl juz pociag chinski, wiec czas na wietnamski. Tym razem mialysmy okazje sprawdzic sleeper'y. Bylo to tym bardziej uzasadnione, ze pociag w kierunku Sapy jechal noca. Wyjazd byl o 21.15, a przyjazd do Lao Cai o 5:30. Nalezalo wiec porzadnie sie wyspac, tylko jak to zrobic, gdy znow tak malo miejsca. Nasz przedzial miescil 6 lozek, po trzy po obu stronach, przy czym my dostalysmy na pieterkach:) A niektorzy nawet pod samym sufitem:) Ile miejsca tam bylo spytacie?!?! Nie bylo szans na siedzenie, jedyna dopuszczalna pozycja to pozycja horyzontalna. Przy czym dlugosc lozek tez przyprawiala o przykurcz miesni:):) Wiec jak raz wejdziesz do lozka, toalete odwiedzisz wysiadajac:)
Po przyjezdzie do Lao Cai planowalysmy udac sie do Bac Ha, a dopiero potem do Sapy. Niestety lokalni kierowcy chcieli nas oszukac i za kurs,ktory normalnie kosztuje 28000 dongow, chcieli 100000d od osoby, wiec trzy razy wiecej (dziekujemy Lonely Planet za wskazowki:). W zwiazku z tym udalysmy sie bezposrednio do Sapy, placac za kurs normalna cene 25000d:)
Jak tylko wysiadlysmy z busa w Sapie napadlo nas stado naganiaczy hotelowych, wiec nie mialysmy juz probelmu ze znalezieniem noclegu. Tym razem naszym domem zostal Pinocchio Hotel (4$ za pokoj:). Nieco wilgotno tutaj, takze na wyschniecie recznika i innych rzeczy nie ma szans. A wrecz odwrotnie. To co suche staje sie natychmiast mokre:)
Pierwszego dnia zwiedzilysmy slawetny market w Sapie (na nas nie zrobil wiekiego wrazenia). To prawda, ze zeszlo sie wiele mieszkancow z okolicznych wiosek, ale jak sie okazalo w kolejne dni, nie bylo w tym nic wyjatkowego. Sapa oblegana jest przez kobiety i male dzieci z mniejszosci H'Mong, usilujace sprzedac turystom wszystko co sie da:). To prawda - ich stroje sa bardzo ciekawe. Kobiety nosza krotkie spodenki i kolorowe bluzki, na ktore nakladaja tuniki w kolorze indygo. Nogi maja owiniete wzorzystym materialem przepasanym sznurkiem, a na golych stopach gumowe sandaly. Na glowach maja cosik na ksztalt toczka. Dodatkowo liczne ozdoby w postaci bransoletek, dlugich kolczykow i naszyjnikow. Za to mezczyzni i ich stroj??WOW:):) to pierwsza klasa. Drahanka poszukuje kandydata na meza. Szkoda tylko, ze wszyscy sa malutcy (150 cm wzrostu) wiec przydaloby sie conajmniej dwoch:) Panowie nosza luzne spodnie i dluga tunika z wyszywanym kolnierzem. Super! Wygladaja bardzo szlachecko:)
Po markecie udalysmy sie do wioski Cat Cat, rowniez zamieszkanej przez H'Mong (wstep - 10000d). Wioska niestety jest bardzo turystyczna i bardziej przypomina skansen niz prawdziwa wioske mniejszosci. Ciezko w niej zoabaczyc normalne zycie. Dlatego tez po odwiedzeniu Cat Cat udalysmy sie na wedrowke wzdluz doliny do nieturystycznej wioski Sin Chai. Tu juz udalo nam sie poczuc klimat i zobaczyc w jakich domkach ludzie zyja, jak wygladaja ich gospodarstwa. Urocze bylo to, ze wioska umiejscowiona jest wsrod rozleglych pol ryzowych i tarasow. Super:)
Tak sie rozluznilysmy, ze nawet udalo nam sie zdrzemnac na trawce tuz przy drodze (jakie bylo zdziwienie miejscowych; dwa ciala lezace przy drodze - to raczej takie nieturystyczne zachowanie:). Pogoda tego dnia byla tak cudowna, co naprawde zdarza sie bardzo rzadko w Sapie. Widok na okoliczne gory. Bylo nawet widac najwyzszy szczyt Wietnamu - Fan Si Pan 3143m. A my jak zwykle spieklysmy sobie noski i szyjki:)
Poniewaz pogoda drugiego dnia nie dopisala i Sapa pokryta byla gesta mgla, zaczelysmy od spacerku po miescie. Zeszli sie tu wszyscy H'Mong z okolicy (z powodu niedzieli i czasu na odpoczynek). Byli wszedzie! My dlatego ewakuowalysmy sie z Sapy. Wynajelysmy dwa motocykle z kierowcami:):)) i udalysmy sie do wioski mniejszosci Red Dao - do wioski Ta Phin.
Jazda motocyklami?!?! - super! Szczegolnie po tych gorzystych zakretach. Dobrze, ze maja klaksony i ich uzywaja:)
Wioska Ta Phin nie urzekla nas swoja historia. Od razu napadly na nas miejscowe kobiety, usilujace sprzedac torby i inne gadzety. Szly za nami przez cala wioske. Zreszta widoki i tak nie byly za piekne, bo wszedzie mgla, mgla i mgla. Jedynym milym akcentem z wizyty w Ta Phin bylo spotkanie z miejscowa kobieta z dziewczynka o imieniu Mej. Zachowywaly sie normalnie,szly z nami i nie chcialy nic sprzedac. A to rzadki obrazek w tych rejonach.
Kobiety z mniejszosci Red Dao rowniez nosza specyficzne stroje. Bardziej kolorowe niz H'Mong. Co ich wyroznia to cosik na glowie na ksztalt czerwonego turbanu, a kobiety sa lyse.
Przygoda zaczela sie jednak dopiero, gdy doszlysmy do wyjscia z wioski. Atak sprzedawczyn z ludu Dao trzeba bylo szybko poskromic:) I tak kupilysmy dwie torby (90000d),ale jaki byl problem od ktorej??? W koncu w ramach podziekowania zdecydowalysmy sie na dwie najsympatyczniejsze, ktore nie narzucaly nam sie podczas zwiedzania. Na koniec dostalysmy od nich cieniutkie bransoletki. I to bylo mile:) Reszta sie wsciekla.. no ale coz.. nie mozemy kupic od kazdego:(
Pogoda utrzymywala sie.. wszedzie mgla. Dlatego doceniamy pierwszy dzien,kiedy bylo tak pieknie:)
Ostatniego dnia udalysmy sie na calodzienna wycieczke po wioskach mniejszosci (wycieczke wykupilysmy w hotelu - 10$/os). Naszym przewodnikiem byl Nam, ktory niby umial mowic po angielsku,no ale coz...moze to byl jakis inny angielski?!
Od samego poczatku, a wiec wyjscia z hotelu, nie obylo sie jednak bez naganiczy. Kobiety z H'Mong sa wszedzie i sledza cie na kazdym kroku, wiec szly z nami ponad dwie godziny, a potem byly zirytowane, ze nic nie kupujemy:) Pierwsza wioska byla Y Linh Ho,skad udalysmy sie do wioski Lao Chai - obie wioski zamieszkane przez ludy H'Mong. Krotka przerwa i lunch w Lao Chai, a potem dalej przez mega blotnista droge do wioski Ta Yan, zamieszkanej przez Dzay People. Okolica przepiekna, dluga dolina pokryta tarasami pol ryzowych, dodatkowo drewaniane domki usiane miedzy wzgorzami i malownicza rzeka w dole. Herbatka w Ta Van i kolejna wyprawa do wioski zamieszkanej przez Red Dao People. Ta trasa prowadzila waska blotniska sciezka przez las bambusowy. Super! My lubimy blotko, czujemy sie jak u siebie:)
Koniec dnia zwienczal odpoczynek przy duzym wodospadzie przy wiosce Giang Ta Chai i powrot samochodem doSapy.
Super dzionek, pochodzilysmy sporo, a nawet pogoda dopisala. W Sapie mgla, ale w dolinie piekne widoki. A i sloneczko czasem na chwilke poswiecilo:)
To na tyle z Sapy, jutro ruszamy w droge lokalnym autobusem, a wiec bedzie sie dzialo:) Ciekawe czy bedziemy podrozowac z kurami i prosiakami?
Do nastepnego:)

sobota, 23 lutego 2008

Wietnamskie Ha Long Bay - raj dla wodniakow!

20.02.2008 - 22.02.2008
Dlugo sie zastanawialysmy czy udac sie do Ha Long Bay, gdyz jest ono znane jako bardzo turystyczne miejsce, a na takie nie zawsze mamy ochote. Ale z peryspektywy czasu, stwierdzilismy, ze to byl bardzo dobry pomysl.
Otoz wykupilysmy sobie wycieczke do zatoki Ha Long Bay - uznana przez Unesco jako dziedzictwo kulturowe (koszt trzydniowej wycieczki all inclusive - 54$). I faktycznie jest niesamowita:) Pierwszego dnia zawiezli nas do Zatoki, gdzie czekal statek, na ktorym spedzilysmy noc. Wczesniej jednak rejs przez Zatoke. Cos niesamowitego. Cudowne formy skalne, gorki wystajace z wody o tak niesamowitych ksztaltach:)Potem kolacja i noc na srodku zatoki na statku, cudownie!!!! Siedzialysmy caly wieczor z naszym wietnamskim przewodnikiem (tym razem byl to Dyk:):), nieco bardziej niesmialy, ale rozkrecil sie:) Ale wracajac do opowiesci:) - podziwilysmy widoki i inne statki plywajace po bezludnej zatoce i delektowalysmy sie chwilami spokoju. To cos calkowicie innego niz Hanoi, przepelnione ludzmi. Bylo super. Noc na statku rowniez spokojna, kajuty male, ale bardzo przyjemne:):)
Nastepnego dnia poplynelismy na wyspe Cat Ba, gdzie mialysmy maly treking po parku narodowymy (okazalo sie, ze z nasza kondycja nienajlepiej:):):) potem obiadek (jak sie okazalo podali pyszne jedzenie, poza jedna potrawa, ktora nam nie smakowala. Gdy spytalysmy przemilego kelnera co to, odpowiedzial - noga swini, hihihi), nie bylo nam wtedy do smiechu:):):)
Na statku spotkalysmy dwie fajne dziewczyny z Dani - Kamile i Cecylie, z ktorymi spedzilismy te dwa dni. Super jest to ze mozna poznawac na kazdym kroku ludzi o tych samych pasjach pozdrozniczych:):):) Jednak czasem bywaja tez podroznicy innej kategorii, ktorzy pamietaja jedynie zle i nieprzyjemne przygody i tylko tym sie chwala (patrz: nazwana przez nas Smoluchami para z Kanady, wody i mydla to oni chyba nie znaja, my co innego.. czyscioszki najwyzszej klasy! (czasem myjemy sie chusteczkami, ale i tak czyscioszki z nas:):))
Tego samego dnia, gdy sloneczko swiecilo przecudnie, my udalysmy sie na kajakowanie:):) W trzy kajaki poplynelismy miedzy tymi pieknymi gorkami na Wyspe Malp. Niesamowite bylo to, ze one skakaly wszydzie, biegaly wokol nas. Mozna je bylo niemal dotknac. Choc trzeba bylo tez uciekac jak sie zdenerwowaly:) Dodatkowo wylegiwalysmy sie na piasku i bylo blogo!!!:):)
Wracajac kajakami (dla Borowki to bylo nowe doswiadczenie, ale podobalo jej sie, nie wylodowala w wodzie, a to juz sukces:) zwiedzilismy jeszcze wioske rybacka - Boe, z domkami na wodzie. Kolejny podziw w jakich warunkach ludzie zyja. Smoluchy tez byly pod wrazeniem,bo robily miliony zdjec:) Choc Drahanka nie byla gorsza:) Ostatnio szaleje nawet na dwa aparaty:)
Wieczor spokojny z pyszna kolacja w hotelu na jedynej zamieszkanej wyspie w zatoce Ha Long Bay (a wysp jest 2000:):) Wyspa cudowna, bo zielona, dalo sie tam poczuc prawdziwa nature:):)
Ostatniego dnia rejs statkiem po zatoce i powrot do Hanoi.
Jedzonko?? Staralysmy sie przekonac do owocow morza podawanych w roznej postaci. Odrzucamy cosik na ksztlt kwiato, ciagnacych sie jak guma, odrzucamy osmiornice.. pozostajemy jedynie przy rybach i krewetkach:) ale to i tak sukces.
Wracamy do Hanoi... gdzie nie zostaniemy dlugo,bo mamy wykupione bilety na pociag do Lao Cai, skad udamy sie do Sapa z najwyzszym szczytem Wietnamu i licznymi wioskami mniejszosci narodowych wokolo:) mamy nadzieje ze bedzie pieknie. Oby tylko pogoda dopisala. Wczesniej bylo zimno, ale teraz swieci sloneczko i robi sie naprawde cieplutko. Oby tak dalej. Ludzie mili, zaczepiaja, usmiechaja sie. Jak dotad same pozytywne doswiadczenia, choc spotykamy wielu ludzi, ktorzy nie sa zachwyceni Wietnamczykami jako narodem, oczekiwali bardziej otwartych. My jednak tego jeszcze nie odczulysmy:):):)

Wietnam - Hanoi i Perfumowa Pagoda

17.02.2008 - 20.02.2008
Hanoi zaskoczynalo nas juz na samym poczatku. Wyobrazcie sobie tysiace kabli zwisajacych na kazdej ulicy na wysokosci 2,5 metra. Ale to nie koniec. Kazdy kabel poplatany jest z tysiacem innych kabli - wydaje nam sie, ze wizyta tu to marzenie kazdego elektryka, taki trening w odnalezieniu wlasciwego przewodu uczynilby go mistrzem:) Polecamy!!
Glowna czesc Hanoi to dzielnica Old Quarter, gdzie wszytkie male uliczki wygladaja tak samo i naprawde nietrudno jest sie tam zgubic. Nam sie to przytrafilo wielokrotnie. Ruch na uliczkach to wariactwo. Niemozliwe do opisania ilosci motocyklistow, trabiacych jeden na drugiego, ale co ciekawe wypadki zdarzaja sie bardzo zadko. My nie widzialysmy zadnego, aczkolwiek przejscie na druga strone ulicy to niezle akrobacje. Zasady ruchu ulicznego - nie ma!!!!
W Hanoi spalysmy w hotelu Blue Sky Hotel na Hang Ma (6$/os), co wydaje nam sie dosc drogim noclegiem, szczegolnie biorac pod uwage brak ogrzewania. A w Hanoi temperatura nie byla za wysoka. Na szczescie nie padalo.
Co do zabytkow Hanoi. Na pewno godnym polecenia jest Mauzoleum Ho Chi Minh'a - najwiekszego bohatera w historii Wietnamu. Czesc oddawana wodzowi naprawde przyprawia o zachwyt. Przed wejsciem kazdy odwiedzajacy musi zostawic wszystkie swoje rzeczy w przechowalni (5000D/rzeczy), potem przechodzi sie przez elektroniczna kontrole, skad po wyjsciu umundurowani panowie ustawiaja kazdego w pary i w takim porzadku prowadza do budynku Mauzoleum. Wchodzac do srodka kazdy musi byc cicho, rece opuscic wzdluz ciala i zachowac pelen wyraz szacunku. A Ho Chin Minh?? ...No coz... milo bylo zobaczyc najwiekszego bohatera narodu wietnamskiego.
Po Mauzoleum poszlysmy do Palacu Prezydenckiego (wstep 10000D/os), gdzie mialysmy okazje obejrzec palac, budynki mieszkalne Ho Chi Minh'a i One Pillar Pagoda. Stamtad powedrowalysmy do Muzeum Ho Chi Minh'a i o dziwo nawet nam sie podobalo. Duzo zdjec wodza z roznych okresow jego panowania, niestety nam zabraklo opisu historii jego zycia. Wystawy na ostatnim pietrze muzeum byly na tyle abstrakcyjne, ze niewiele z nich zrozumialysmy:)
Przedostatnim punktem w zwiedzaniu stolicy Wietnamu byla Swiatynia Literatury (10000D/os), wzniesiona na czesc Konfucjusza. Nam sie podobala, szczegolnie ze przyozdobiona byla noworocznymi lampionami. A kamienne zolwiki dokola usmiechaly sie sympatycznie:)
Na koniec dnia spacerek po uliczkach Hanoi (niesamowite w jakich warunkach ci ludzie zyja) i odpoczynek w parku Lenina nad jeziorem Bay Mau.
W Hanoi kontynuowalysmy nasze spotkanie z kuchnia azjatycka. Tym razem nasze podniebienie delektowalo sie wietnamiskim rosolkiem o nazwi Pho z makaronem, mieskiem i jakismis badylami. Tym razem obylo sie jednak bez wiekszych wpadek. Meczace bylo jednak to, ze
czasem ciezko bylo znalezc normalna cywilizowana knajpke, gdzie moglysmy cosik zjesc. Dla Wietnamczykow typowe jest siedzenie na ulicach i jedzenie rzeczy, ktore wcale nie zachecaja do spozywania czegokolwiek.
Dodatkowo platanina uliczek sprawia, ze czlowiek gubi orientacje na kazdym kroku. Propozycja - zorganizowanie biegu na orientacje w Hanoi. Zwyciezca zostaje mistrzem swiata, nawet z mapa!!!

Jeden dzien spedzilysmy odwiedzajac Perfumowa Pagode. Poczatek Nowego Roku nie jest najlepszym okresem na przyjazd do niej, gdyz jak sie dowiedzialysmy kazdy Wietnamczyk w ciagu miesiaca od Nowego roku powinien odwiedzic pagode, modlac sie i proszac o powodzenie na kolejny rok. My udalysmy sie tam z wycieczka zorganizowana przez biuro podrozy (16$/0s). Aby dojechac do Pagody najpierw musialysmy przejechac 60km busem. Dalo nam to mozliwosc poznania prawdziwego zycia, gdyz jadac przez male wietnamskie wioski widzialysmy jak ludzie pracuja na polach ryzowych w swoich pieknych, slawetnych wietnamskich kapeluszach (nazywaja sie "non"). Dodatkowo podziwialysmy ludzi siedzacych na ulicach i prowadzacych normalny tryb zycia. Po dotarciu do malej wioski My Cuc nasz sympatyczny przewodnik Minh wsadzil nas w lodke,ktora zawiozla nas bezposrednio w Gory Pachnacych Sladow, gdzie miesci sie slawetna Perfumowa Pagoda. Rejs trwal godzinke i co najdziwniejsze wszystkie lodzie (rowniez nasza) prowadzone sa przez kobiety. Jak sie dowiedzialysmy mezczyzni maja w tym czasie wazniejsze zadania:)
Choc zaczelo padac bylo bardzo sympatycznie bo czas umilal nam Minh:):)
Co nas zszokowalo po dotarciu do Pagody?? tysiace ludzi i lodzi.. to na pewno. Ale szokujace bylo cosik innego. Dochodzac do Pagody mijalo sie wiele knajpek przed ktorymi wisialy na sznurach wypatroszone zwierzaczki gotowe do jedzenia. A byly tam: pieski, kotki, krowki, jezozwierze i inne sympatyczne czworonogi. Wystarczy zamowic jakies danie i kucharz podchodzi i obcina odpowiednia czesc na twoje danie... Zyczymy smacznego!!!
Do samej Pagody dotarlysmy kolejka linowa (Pagoda miesci sie w jaskini na szczycie gory).Ciekawym doswiadczeniem bylo oczekiwanie na wejscie do kolejki. Wszyscy stali w boksach, dookola byli zolnierze a kazdy sie pchal. Nasze odczucia?? Jakbysmy staly w oborze z krowkami w odpowiednich boksach:) Cos dla Drahanki, w koncu to byla jej profesja:)
Sama pagoda nie powalila nas na nogi bo najpierw stalysmy godzine w kolejce, aby sie do niej dostac, a potem tlumy modlacych sie zaslonily cala atrakcje. Z Pagody wracalysmy na piechotke, padalo i wszedzie bylo bloto, ale jakos przezylysmy. Jak zwykle czas umilal Minh:) Co tam sie dzialo zapytacie...ahhhh.. niech pozostanie to tajemnica:)
Powrot do Hanoi jak popprzednio, najpierw lodka, potem busikiem. I tak wyladowalysmy ponownie w platanienie uliczek, kabli i motocykli:)
Czas na zmiane klimatu... uciekamy na wybrzeze!

Welcome to China!!

11.02.2008 - 17.02.2008
Spotkanie z prawdziwymi Chinami rozpoczelysmy od wyprawy autobusem sleeper'em z Hongkongu do Nanning:) U nas cos takiego nie istnieje, a szkoda, bo znacznie ulatwia przemieszczanie sie i trzeba przyznac, ze jest calkiem wygodne. Poza malym wyjatkiem... lozeczka skrojone sa na miare malych Chinskich nozek, nie na nozki Drahanki... ups.. i tu pojawil sie maly problem. Tym bardziej, ze Drahanka dostala miejsce na pieterku, gdzie miescil sie chyba tylko korpus:)Jak to dobrze, ze Borowka ma krotkie nozki:):) Ale powaznie rzecz ujmujac popieramy wprowadzenie takich autobusow w Polsce, moze z jednym malym wyjatkiem, niech lozka beda nieco dluzsze:):)
Przekroczenie granicy chinskiej bylo calkiem sprawne. W autobusie poznalysmy Australijczyka - Malcolm'a,ktory pracuje w Chinach jako nauczyciel. Poprowadzil nas gdzie trzeba, wiec nie mialysmy zadnych problemow z odnalezieniem sie w tym calym chinskim zamieszaniu:)
Do Nanning dojechalysmy rano o 8mej i juz tutaj poczulysmy co to znacza Chiny:):)..ups... nie mialysmy zadnej chinskiej waluty (nasz portfel miescil tylko dolary hongkongskie),a walute chinska mozna wymienic tylko w Bank of China, ktorego na dworcu nie bylo. Dodatkowo nikt nie mowil po angielsku, wiec prawdziwe spotkanie z Chinami juz mialysmy za soba:) Pomogl nam jednak Malcolm wiec jakims sposobem stosunkowo szybko opuscilysmy dworzec w Nanning w kierunku Guilin.
Guilin jest znane z przepieknych form skalnych wyrastajacych z rzeki Li. Jednak na nas Guilin nie zrobilo takiego wrazenia, jak mniejsza miejscowosc Yangzhou. Ale wrocmy do opowiesci o Guilin. Spedzilysmy noc w hostelu - Flower International Hosteling. Pokoj za 40Y od osoby, ale wrazenia bezcenne. Spotkalysmy tam bowiem przemilego Anglika o imieniu Ian,ktory tak jak my postanowil odkryc zakamarki w Azji. Choc nasze plany na razie sa nieco inne,to moze spotkamy sie jeszcze w Tybecie:) Jak juz zdazylysmy zobaczyc, swiat bywa naprawde maly:)
Guilin....zgotowal nam kolejne doswiadczenie kulinarne. Postanowilysmy zasmakowac dania w najprawdziwszej chinskiej jadlodajni, gdzie stolowali sie lokalni mieszkancy. Wzielysmy to co inni- potrawa tylko za 3y, ale co dalej.. hmmm...wszystko byloby w porzadku, gdyby nie nasza proba nasladownictwa kochanych tubylcow. Oni przyprawiali, to i my... a to byl wielki BLAD!!!:) Danie wypalilo nam podniebienia:) i z pewnoscia zadowoliloby kazdego smoka, ale nie nas:) Po wypiciu litra wody skonsumowalysmy nasz obiad - resztki prowiantu z Polski w postaci czekolady.. achhh jak my lubimy nasza polska czekolade:) Mniam:)
Poniewaz Guilin jest stosunkowo wielkim miastem,gdzie na ulicach jezdzi tysiace motocykli, samochodow, wszedzie chodza ludzie, i jest przeogromny halas i harmider, juz nastepnego dnia wybralysmy sie w rejs po rzece Li.. Calodniowa wycieczka kosztowala nas 240Y od osoby, ale warto bylo wydac te pieniazki, aby podelektowac sie widokami podczas rejsu. Dookola otaczaly nas malownicze pagorki wyrastajace po obu brzegach rzeki. Czas na lodzi umialo nam dwoch przemilych Australijczykow i dwoch kolegow zza zachodniej granicy (Niemcow). Prawdziwie miedzynarodowe towarzystwo:) Z ciekawych doswiadczen mozemy wspomniec o tym,ze na lodzi zarowno my,jak i nasi zagraniczni kompani stalismy sie pupilami Chinczykow, co przejawialo sie w tysiacach zdjec,jakie chinczycy z nami robili:) Czulysmy sie jak malpki, ktore ustawia sie do zdjec z malymy Chinczykami. Szkoda, ze nie pobieralysmy zadnych oplat. Zostalybysmy bogaczami:):):)
Yangshou okazalo sie znacznie bardziej spokojne. Trafilysmy tu poza sezonem, wiec znalezienie noclegu nie bylo problematyczne (35Y od osoby za przepiekny, luksusowy pokoj - a mialysmy oszczedzac i zyc w spartanskich warunkach...upssssss...jakos nie wyszlo:):)
Dwa dni spedzone w Yangshou zadowoliloby najbardziej gorliwego cykliste (Pozdrowienia dla Jedrka:). Borowka choc wyladowala poczatkowo w krzakach to jednak szybko nabrala formy i zostala krolem chinskich szos:):) Drahanka nie lepsza i tez raz wyladowala z rowie:):):)
Oplata za wynajem roweru 10Y, a wybor rowerow???..coz..pierwszego dnia goralki, drugiego damki (czy to z powodu siodelka?? i czy wszystkie chinskie rowery nie maja hamulcow??? to pytanie bez odpowiedzi:)
Tak wiec dwa dni jezdzilysmy po okolicznych wioskach. Bylo cudownie, bo pogoda dopisala,sloneczko swiecilo, a Borowka spiekla sobie .....nie, nie nos tak jak Drahanka,ale uszy:):)
Dodatkowo zajadalysmy sie przysmakami takimi jak pomelony, czy marakuje... mniam mniam..chinska owsianka,podarowana w autobusie poszla do kosza:)
Drahanka szczesliwa... kupila dzwonek:) kolejny dzwonek...setny?!?!?
W Yangshou praktykowalysmy targowanie.. idzie nam coraz lepiej. Juz kilka razy udalo nam sie stargowac cene o polowe:) hihihi.. ciekawe co bedzie, jak wrocimy do Polski.. nie bedzie juz kupowania w supermarketach bez targowania,wprowadzimy nowe zasady...
Yangshou opuscilysmy 16.02.2008. Trase do Guilin pokonalysmy autobusem (15Y/os), jednak najwieksza atrakcja tego dnia byla dopiero przed nami. Czas na chinska kolej! Wykupilysmy bilet na hard seater'a, a wiec najtansza i najgorsza klasa podrozowania. No coz.. trzeba sprobowac wszystkiego:) Nasze PKP to przy tym klasa de luxe.
Juz na dworcu kolejowym w Guilin (poczekalnia platna5Y.. ups) zrobilysmy furore. Zaczepiali nas Chinczycy,ktorzy dumni ze swoich umiejetnosci jezykowych chcieli podszkolic swoj angielski i pochwalic sie przed rodzinami, jacy to oni wyedukowani. Zaczepila nas nauczycielka angielskiego...lojoj.. to sie dowartosciowalysmy jak to my wiele umiemy w porownaniu do niej. Zostajemy profesorami:) Teraz nie dziwi nas juz fakt, ze Chinczycy znaja tylko swoj ukochany jezyk, a nawet jezeli cos mowia po angielsku to raczej niesposob ich zrozumiec:)
Wsiadnie do pociagu to kolejna atrakcja....mimo ze miejsca w pociagu sa numerowane wsiadanie jest walka,kto pierwszy ten lepszy. Wszak gdzies trzeba umiescic swoj bagaz,a nigdy nie wiadomo czy na polkach bagazowych nie zasiada nasi kochani gospodarze:) W koncu oni mali to moga sie tam zmiescic, Drahanka raczej nie.. chyba ze z nogami za oknem:) Zastosowalysmy sile wiekszego i silniejszego (w tym mamy przewage.. uwielbiamy nasze boczki:):) , wiec udalo nam sie szybko opanowac wlasciwy wagon.
Towarzystwo w przedziale bylo doborowe. A menu tez wysmienite. Choc nie byl to wagon restauracyjny to jadacy z nami Chinczycy czestowali nas lokalnymi rarytasami: pestki blizej niezidentyfikowanej rosliny (wybieramy jednak nasz slonecznik:),male jajeczka blizej niezidentyfikowanego zwierzatka, jajeczka gotowane w przyprawach (i tu niespodzianka: byly dobre!!). Jak zwykle nie obylo sie bez kulinarnych wpadek - kacze szyje powalily nas swoja pikantnoscia na kolana. Maly gryz, a dwie godziny wyciete z zyciorysu:) Wskazowka: nie probujcie tego sami:)Podobno ostre przyprawy,ktorych uzywaja Chinczycy maja sprawic ze ich skora bedzie piekna...mimo wszytko my wybieramy nasze zmarszczki:)
Pomimo iz nasi towarzysze nie znali angielskiego, mowa ciala poszla w ruch. Pomogla nam troszke Daizy, kolejna nauczycielka angielskiego z Chengdu (Panie uchron nasze szkoly przed takimi nauczycielami, ....ale moze tu panuje zasada, ze lepszy rydz niz nic:)). Jeden z Chinczykow znal nawet stolice Polski i Walese (wow,bylysmy pod wrazeniem). Nie myslcie jednak, ze chinskie hard seater'y to oaza czystosci, na podlodze ladowalo wszystko. Pod koniec jazdy podloga zmienila sie w dywan smieci,skorek, resztek jedzenia. Ogolnie maksymalny syf!
A co jest zajeciem Chinczykow podczas jazdy?!?! Gra w karty. Zreszta nic dziwnego skoro wszedzie w Chinach widac Chinczykow siedzacych na ulicach i grajacych w karty,podobno za male pieniadze, ale kto to wie:):)
I takim miluchnym sposobem dojechalysmy do Nanning. To bylo super doswiadczenie i jezeli ktos powie, ze lepiej jest jezdzic lepsza klasa to sie nie zgodzimy. W takich miejscach czuc prawdziwe chinskie zycie!!
To byl tylko przedsmak Chin, kolejny dzien to spotkanie z nowym krajem. Do Chin wrocimy za poltora miesiaca:)

Chinski Nowy Rok w Hongkongu!!!





Nasza kochana Natalie:)

Wioska Tai O na wyspie Lantau!

Taniec Smoka i Tygrysa na uczczenie Chinskiego Nowego Roku

Nasz dobytek przez nastepne 4 miesiace:)

Chinski Nowy Rok!

Wiezowce na wyspie Hongkong!

Widok z Victoria Peak na Hongkong!

7.02.2008 - 11.02.2008
Hongkong!!! Nasze pierwsze dni w Azji!!
Zaczelysmy wyprawe od Chinskiego Nowego Roku (choc wcale tego nie planowalysmy). Przybylysmy pierwszego dnia Swieta, kiedy to caly Hongkong przyozdobiony byl pieknymi, kolorowymi lampionami i drzewkami mandarynkowymi (niestety nie udalo nam sie nic zszabrowac:):), ale ponoc te mandarynki sa kwasne, wiec wiele nie stracilysmy:)
Cztery dni nocowalysmy u przesympatycznej Chinki - Natalie, ktora znalazlysmy na couchsurfing. To prawda, ze mieszkalysmy na peryferiach Hongkongu w dzielnicy Tai Po, ale dzieki temu mialysmy okazje poznac, jak sprawnie dziala publiczny transport w tym wielkim miescie. Blogoslawienstwem sa karty Octopus, ktorych uzywa sie przy wszystkich srodkach transportu, jak i w sklepach:)
Kochana Natalie starala sie przyblizyc nam kuchnie chinska i pierwszego dnia zaserwowala zupe z dyni z jakimis zielonymi badylami:):) niestety tylko to ostatnie bylo zjadliwe:) Ale to nie koniec kulinarnych doswiadczen:):) Sniadanie bylo jeszcze bardziej "smakowite". Tym razem omlet z czyms co przypominalo roztopione cukierki toffi (ale nie smakowalo jak nasze kochane slodkosci), a na dodatek specjalna potrawe przygotowywana na Chinski Nowy Rok - carrot cake....jednak ciasta marchewkowego to cos nie przypominalo (wrecz przeciwnie... wygladalao jak smalec ze skwarkami i smakowalo w sumie podobnie). Te rarytasy chyba nie sa na nasze europejskie podniebienie:) Ale i tak jestesmy wdzieczne Natalie za tak mila goscine.
Ale wracajac do przezyc z Nowego Roku! Fajerweki drugiego dnia swieta puszczane w zatoce Victoria pomiedzy wyspa Hongkong a polwyspem Kowloon zrobily na nas niesamowite wrazenie. A organizacja jeszcze wieksze. Zebralo sie tysiace ludzi, a pol godziny po przedstawieniu na ulicach byl porzadek i wszystko blyszczalo. W Polsce byloby to niemozliwe. Sprzatanie zajeloby dwa tygodnie:):):)
Hongkong to nie tylko same wiezowce, ale tez przepiekne gory i wysepki wokolo (Hongkong jako miasto sklada sie z okolo 100 wysp, z czego najwazniejsza i najpopularniejsza jest wyspa Hongkong, ktora skupia w sobie centrum biznesowe). Nie kazdy jednak wie, ze mozna tu tez znalezc male wioski i biedne przedmiescia.
Najbardziej znana ulica jest Nathan Road, na ktorej w jednym z budynkow Changking Manson udalo nam sie spozyc niesamowity posilek w pakistanskiej knajpce (ktora nie wygladala jak knajpka, ani tez nie serwowala dan przyjaznych podniebieniu przecietnego Europejczyka:):)
Ale jak zwykle kazde doswiadczenie jest niezwykle ksztalcace:) Tego samego dnia delektowalysmy sie tez wjazdem zabytkowa kolejka na Victoria Peak, skad rozposcieral sie niesamowity widok na cala zatoke, wraz ze wszystkimi najwyzszymi wiezowcami (najwyzszy ma 420 m wysokosci). Oczywiscie swiat jest malutki i na szczycie spotkalysmy usmiechnieta Polke - Marzene, ktora na codzien pracuje w Szanghaju:) I z nia spedzilysmy caly dzionek.
Kolejny dzien spedzony w Hongkongu minal nam na przemierzaniu jednej z wyspek - o nazwie Lantau, gdzie podziwialysmy najwiekszy wykonany z brazu posag Buddy oraz malutka rybacka osade Tai O. To niesamowite miejsce i wcale nie pasuje do wizerunku nowoczesnego Hongkongu. Ludzie mieszkaja w drewnianych, rozpadajacych sie domach na palach, wszedzie sa drewniane chodniki, mostki, ktore prowadza od jednego domku do kolejnego. Z tego co udalo nam sie podpatrzec ludzie mieszkaja w spartanskich warunkach - mieszkanka skladaja sie z jednego pokoju, w ktorym miesci sie cala rodzina. Najwazniejsze jest jednak to ze mimo iz pokoj spelnia funkcje kuchni, lazienki i sypialni, zawsze jest tam miejsce na telewizor:) Oni uwielbiaja telewizje:):) Ciekawym doswiadczeniem byl spacer po targu w Tai O, ktory oszolomil nas bogactwem ryb i innych owocow morza.
Tuz przed wyjazdem z Hongkongu udalo nam sie zobaczyc niesamowite przedstawienie - taniec Smoka i Tygrysa. Akrobacje mlodych tancerzy, przebranych za te niesamowite stworki (ps. juz wiadomo dlaczego Dragon udal sie do Chin, wszak to tu mieszka prawdziwa rodzina:) mozna obejrzec tylko raz w roku, wlasnie podczas Chinskiego Nowego Roku (to swieto trwa az tydzien czasu).
Cztery dni spedzone w Hongkongu to wystarczajaca ilosc czasu na poznanie jego ciekwaych zakamarkow. Czas na prawdziwe Chiny, gdzie nie ma napisow po angielsku, gdzie nie mozna sie porozumiec z ludzmi w jakimkolwiek znanym nam jezyku, a na przystanku nie ma kolejek i porzadku, tak jak to bylo w Hongkongu (w prawdziwych Chinach jest walka nawet o miejsce w malym busiku:)
Kolejna relacja z Mainland China:)