wtorek, 23 września 2008

Trekking w dolinie Spiti - Langza, Hikim, Comic, Damul, Lalung, Dhankar - raj na ziemi

27-30.08.2008

Kaza - niespodziewane spotkanie

26-27.08.2008
Kaza to glowne miasteczko w dolinie Spiti. Tak jak wspomniałam wczesniej dojechaliśmy tu z Kunzum Pass (4551 m npm) mijając po drodze takie miejscowości jak Losar (gdzie przypadkiem spotkalam napotkanego w Batal przewodnika), czy Rangrik. Kaza podbija serce swoja wielkością, położeniem wsrod wysokich 6-tysiecznikow, a takze swojskim klimatem jaki w niej panuje. Pokochalam to miejsce od samego poczatku. Przybylismy tu z Govend’em okolo 16-tej. Poniewaz Govend wielokrotnie przyjezdzal tu na market i znal Kaza na wylot, od razu znalazlismy pokoje. Tym razem nie musialam sie wysilac i ominela mnie brudna robota zwiazana z szukaniem noclegu. Pozostalo mi tylko wymyslenie co robic dalej… co ciekawe nawet nie mialam przewodnika, bylam totalnie nieprzygotowana do dalszej podrozy.. w koncu planowalam spedzic nastepne 3 tygodnie na odludziu w wysokich gorach…!! No tak.. przewodnik zostawilam w Manali:), wiec przyszedl czas improwizacji:)
Jak zwykle los jednak przyszedl mi z pomoca i pokazal droge. Nastepnego poranka (27.08.2008), gdy wedrowalam z Govend’em po miasteczku, niespodziewanie spotkalam Manu i Gaultam’a. Szczerze powiedziawszy to oni mnie szybciej wypatrzyli, ja nawet nie przypuszczalam, ze ich osobki nadal moga tu przebywac, w koncu planowali wyjsc na trekking kilka dni wczesniej. Ale sie ucieszylam, zreszta i ze wzajemnoscia:). Manu wyslal mi maila z opisem ich planow, jednak mi ostatnio nie w glowie sprawdzanie poczty. Dodatkowo internet w Kaza czasem dziala, czasem nie, a do tego kosztuje niezle pieniadze, bo 80 rupii za godzine (standardowa cena w Indiach to 15-30 rupii/godz).
Tym bardziej moja radosc byla wielka, gdy pojawili sie na mojej drodze. Od razu poinformowali mnie, ze za dwie godziny wyruszaja na 4-dniowy trekking w gory i czy nie wybiore sie z nimi. To prawda moje plany nie byly jeszcze sprecyzowane wiec pomylalam raz sie zyje…po pol godzinie wrocilam do nich z odpowiedzia – “Jade z wami”. Polecialam spakowac swoje ciuszki, pozegnalam sie z Govend’em (bylam mu naprawde wdzieczna za opieke, pomoc i towarzystwo w ostatnich dniach) i wrocilam do wesolej ferajny. Umowilam sie z chlopakami przy siedzibie organizacji “Ecosphere”, ktora prowadzona jest przez przyjaciela Manu –Sunil’a. To on pomogl im przygotowac ten kilkudniowy trekking. Zreszta nasze drogi spotkaly sie jeszcze pozniej, gdyz ta wlasnie gromadka wyruszylismy zdobyc szesciotysiecznik, ale o tym pozniej.
Bylam zadowolona, nie spodziewalam sie takiego obiegu sprawy.. ale coz, raz sie zyje. Zrobilismy zakupy, zapakowalismy manatki na jeepa i wyruszylismy w droge….Przed nami skarby doliny Spiti – Lalung, Komik, Langja, Damul i Dhancar:)

Batal and Chandra Tal... Himalaje witaja

22-26.08.2008
No wiec wyruszyliśmy. Nie powiem, ale poczatek był naprawde bardzo meczacy. Poniewaz poprzedniego wieczoru sporo czasu spedzilam na internecie rozmawiajac z rodzicami, bratem, bratowa i moimi bliskim przyjaciolmi, nie bylo zbyt wiele czasu na pakowanie. Wrocilam do hotelu okolo 1-szej, a jeszcze musialam posegregowac rzeczy, ktore biore, a ktore zostawiam w hotelu. Odbiore je za jakis miesiac, a cokolwiek wezme, bedzie moim dobytkiem przez najblizsze tygodnie. Wybor wiec powinien byc trafny.. ale jak to z Drahanka bywa nie bylo czasu na zbyt dlugie myslenie. Samo pakowanie zajelo mi dwie godziny, wiec jak latwo skalkulowac moj sen zostal ograniczony do minimum:) Z Olivierem bylam umowiona na 4-ta, bo czekala nas jeszcze droga z Old Manali na dworzec (pol godziny spacerkiem). Wydawalo sie, ze nasze plecaki wazyly tone. Tak w rzeczywistosci to waga mojego wahala sie w przedziale 35-37 kilogramow:) Niezly balast. Jedno jest pewne z takim ciezarem nie uniose sie w powietrze ani nie porwie mnie wiatr:).
Myslelismy, ze autobus bedzie bezposrednio z Manali, ale jak sie okazalo przyjezdzal z Kullu. Wraz z Olivierem zapakowalismy plecaki w plastikowe maty (ochrona przed deszczem) i wrzucilsimy je na dach. Moj plecak wazyl okolo 36 kilogramow, wiec nawet taka czynnosc nie nalezala do najlatwiejszych... ale cale szczescie mam mezczyzne w towarzystwie:).
Poczatek jazdy nalezal do nieciekawych. Za oknem totalna ciemnosc, w moich oczach zmeczenie, wiec z chinska muzyka na uszach przemierzalismy okolice. Olivier siedzial z przodu, ja przy oknie zaraz za nim. Nie omieszkam wspomniec, ze siedzenia w autobusie stworzone byly chyba dla Chinczykow.. malutkie, krociutkie, weziutkie. Poczatkowo mi to nie przeszkadzalo, gdyz moglam sie rozlozyc na dwoch siedzenich. Z czasem jednak, gdy dosiadali sie kolejni towarzysze zaczelo mi to przeszkadzac, zaczelam przyjmowac pozycje joginow:). Gdy zrobilo sie jasniej droga zaczela nas zachwycac. Pielismy sie coraz wyzej i wyzej, a wydawalo sie, ze stan naszego pojazdu na to nie pozwoli. Autobusy w Indiach wydaja sie byc z makabrycznym stanie, ale ku zaskoczeniu wszystkich maja wiele mocy i mozliwosci, aby wjechac na niewyobrazalne wysokosci. Tak sobie mysle, ze nawet polskie piekne autobusy Volvo mialyby niezle problemy w przejechaniu chocby kilku kilometrow na takich wysokosciach i w takich warunkach. No coz, nasz pial sie genialnie i nie mial najmniejszych trudnosci. Naszymi towarzyszami w autobusie byla grupa zolnierzy – wsrod nich usmiechniety Sikh, para przesympatycznych Hiszpanow, jak i sliczny kierowca. To twarze, ktore zapamietalam z celej podrozy.
Po pieciu godzinach pieknej jazdy dotarlismy do Batal, autobus przemierzyl droge z wysokosci 2000 m npm (Manali) na 4000 m npm (Batal). Batal to jedna dhaba przy glownej drodze... tak naprawde to pustkowie!!! Nawet droga, ktora tu prowadzi wiedzie przez kamienna pustynie z wielkimi szczytami po obu jej stronach. Tak wygladaja Himalaje. Wysokie gory i NIC wiecej. Genialne! Niezapomnianym doswiadczeniem byl moment, gdy nasz autobus ruszal dalej w droge. W mojej glowie pojawila sie zaskakujaca mysl ”odjezdza moje zycie”. Zostajemy na putkowiu, pozostajemy zdani tylko na siebie. Dopiero setki kilometrow dalej znajduja sie jakies oznaki cywilizacji, czy zycia:(. No coz… to bedzie ciekawe doswiadczenie! Z jednej strony byl to moment euforii, bo wokolo tylko gory i nicosc, ale z drugiej strony jakis nieuzasadniony strach. Cale szczescie zniknal sekunde po tym jak sie pojawil:). Zostalo tylko szczescie z pobytu w Himalajach. To przeciez cos o czym marzylam od lat. Himalaje i Ja:):):)
Zapomnialam dodac, ze w autobusie spotkalam Polaka – Kube, ktory obecnie pracuje w Pakistanie. Niestety nie dane nam bylo zbyt dlugo porozmawiac, gdyz poznalismy sie podczas wysiadki w Batal. Ale mimo wszystko bylo to bardzo mile spotkanie. Polacy na takim pustkowiu:).
Autobus odjechal, a my zostalismy na pustkowiu. Poniewaz bylo stosunkowo pozno, postanowilsimy zostac na noc wlasnie w tym miesjcu. W dhabie zaproponowali nam nocleg w kamiennym schronie, ktorego dach stanowila zwykla folia:). W koncu musimy sie cwiczyc w chlodzie.. przed nami trzy tygodnie w namiocie:). Po obiedzie (ryz i dhal) poszlismy w ramach aklimatyzacji na spacer na pobliskie wzgorza (jezeli jeszcze wysokosc 4100 m npm mozna nazwac wzgorzami:)). Bylo pieknie i sympatycznie... smialismy sie, rozmawialismy.. wydawalo sie, ze jest to dobry poczatek trekkingu. Niestety tylko sie wydawalo:(.
Po dwoch godzinach doszlismy do pobliskiego lodowca, zjedlismy ostatnie jablko z naszgo prowiantu, obejrzelismy zachod slonca i udalismy sie w droge powrotna. Wieczor spedzilismy w dhabie objadajac sie pysznymi gotowanymi warzywami, dhal, chapati i slodziutka chai. Niestety juz wtedy w mojej glowie kolowala sie mysl, w jakis sposob mam zmienic zachowanie Oliviera. Jego ironia i sarkazm naprawde mi nie odpowiadaly:(. Niestety mysli te nie odstepowaly mnie na krok przez kolejne dwa dni:(
Pierwsza noc w gorach byla bardzo zimna, ale przezylismy ja:). Przed nami kolejny dzien w Himalajach.
Kolejnego dnia (22.08.2008) pogoda niestety nas nie wynagrodzila. Przez caly poranek padalo, a nawet nie padalo, ale lalo. Nie bylo jak sie wydostac z chatki. Dopiero okolo godziny 12-tej niebo sie rozjasnilo i pojawila sie szansa na wyruszenie w droge. Wczesniej spacerowalam po pobliskich wzgorzach, podziwialam pasterzy z wielkimi stadami owiec i koz i zastanawialam sie jakie to niesamowite zycie prowadza. Takie odlegle i odmienne od naszego europejskiego, bez biegu, bez skupiania sie na dobrach materialnych. Takie proste i zwyczajne. Chyba wlasnie takie mi sie marzy?! Kto wie…
Po dlugich rozwazaniach podjelismy decyzje – idziemy. Spakowalismy plecaki, pokrylismy je nieprzemakalna folia i mimo malej mrzawki wyruszylismy do Chandra Tal. Ja czulam sie jak ptaszek, niemal fruwalam. Czulam sie tak szczesliwa.. wokolo mnie Himalaje, a ja wedruje sobie po himalajskich bezdrozach. Warto jest miec marzenia, bo czasem sie spelniaja. Jestem w Himalajach!!!
W przeciwienstwie do mnie Olivier obumieral. Mimo swojej dobrej kondycji czul sie slaby, nie mial sily isc. Jak sie okazalo wysokosc zrobila swoje. Ja nie mialam tego problemu, z 36 –kilogramowycm plecakiem fruwalam, on nie mial sily na kolejne kroki. Chcialam mu pomoc, ale jak to bywa w przypadku niektorych mezczyzn nie ma wiekszego upokorzenia anizeli swiadomosc, ze kobieta jest silniejsza. Od tego rozpoczely sie klotnie.. chcialam pomoc, a on tego nie docenial i nie szanowal. To byl jeden z powodow, dlaczego nasze drogi w ostatecznosci sie rozeszly. Nie moglam sobie pozwolic na trekking z kims kto ze wzgledu na swa dume nie da sobie pomoc. Co by sie stalo, jakbysmy byli na 6000 metrow co bylo naszym planem i musielibysmy stawic czola jakiejs niebezpiecznej sytuacji. Czy wtedy tez odrzucilby moja pomoc? Nie chcialam tego probowac?!:(
Droga do Chandra Tal byla przepiekna, nie zapomne jej do konca zycia. Po drodze mielismy mala przerwe w chatce pasterzy, ktorzy w tej czesci Himalajow spedzaja ponad pol roku. Spotkailismy ich przy drodze i jeden z nich zaprosil nas na chai. Pomimo braku czasu zgodzilismy sie, gdyz Olivier naprawde nie byl w dobrej kondycji. Chatka przypominala niemal szalas, ale jej budowa swiadczyla o geniuszu budowniczego. Mimo ze na dworze bylo zimno, w srodku panowala pokojowa temperatura. Przemily pasterz (niestety mowil tylko kilka slow po angielsku, wiec w ruch poszly rece i mowa ciala:)) poczestowal nas chai, a potem smacznym jedzeniem. W miedzyczasie pojawil sie kolejny pasterz, ktory przyniosl poczeta godzine wczesniej owieczke. Byla mala i wystraszona. Dal mi ja do potrzymania na rekach. To bylo niezapomniane doswiadczenie trzymac takie male i bezbronne zwierzatko na swoich rekach. Ja, Hilaje i nowonarodzone stworzenie!:)
Kolejnym genialnym doswiadczeniem byla sama rozmowa z pasterzem. Tu wyszly prawdziwe hinduskie zwyczaje. Poniewaz przybylismy do niego razem, mam na mysli - Ja i Oliwier- potraktowal nas jako malzenstwo, a gdy powiedzielismy, ze tak nie jest, byl niemilosiernie zszokowany. Ale to nie wszystko. Poniewaz bylismy razem zwracal sie tylko i wylacznie do Oliviera jako mezczyzny. W Indiach panuje tradycja, ze obcy mezczyzna nie moze zwracac sie do obcej kobiety, a szczegolnie w towarzystwie jej partnera. Bylby to wielki nietakt. Dlatego tez w calej rozmowie czulam sie jak piate kolo u wozu. Niestety. Ale mimo tego czas w pasterskiej chatce byl niesamowity. Pasterz zaproponowal nam nawet nocleg, ale postanowilsimy isc dalej.
Olivier czul sie coraz gorzej, a przed nami byla naprawde dluga dorga. Kilka klotni w zwiazku z moja propozycja pomocy… I nie bylo wyjscia. Musielismy dojsc do Chandra Tal. Odrzucil nawet propozycje zatrzymania jeep'a, ktorym mogl dojechac do celu. No coz… Jak sie potem okazalo tym jeep’em jechali Manu, Gaultam, Emma i Nagu.
Gdy dotarlismy nad Chandratal Lake bylo juz naprawde bardzo ciemno. Cale szczescie znajduje sie tam kilka namiotow, w ktorych moglismy przenocowac. Rozpakowalismy rzeczy i udalismy sie do glownego namiotu, w ktorym Govend (wlasciciel i prowadzacy oboz) serwowal jedzenie. Tu tez spotkalam po raz pierwszy Manu i jego ferajne. Nie spodziewalam sie jednak, ze ten moment i ten wieczor odmieni moje pozniejsze zycie. Czekajac na jedzonko rozmawialismy we wspolnym gronie, smialismy sie, wymienialismy doswiadczenia. Pamietam tego wieczoru Manu byl chory i wymeczony, choroba wysokosciowa nie dawala mu spokoju. Jednak cos dodawalo mu energii do rozmowy, bycia aktywnym…..to cos potem zmienilo moje i jego zycie:):).
Po dwoch godzinach Olivier poszedl zmeczony do namiotu,a ja zostalam w towarzystwie milych Hindusow. To byl naprawde mily wieczor. Okolo 23-ciej odprowadzilam ich do namiotow (jelonki nawet nie mialy latarek:)), a potem po pierwszym wspolnym spacerku z Manu udalam sie na zasluzony odpoczynek.
Nastepnego dnia (23.08.2008) obudzilam sie naprawde wczesnie, nie moglam spac. Ubralam ciuszki i poszlam na poranna przechadzke wokol jeziora Chandratal. Wokolo gory wznoszace sie na 5000-6000 metrow i ja – mala istotka w przestworzach. Niesamowity byl wschod slonca i rozblyskujace na sniegu i zboczach barwy. Bylo cudownie. Po okrazeniu jeziora w drodze powrotnej spotkalam Manu i Nagu. Wlasnie skladali namioty i pakowali manatki – tego dnia wyjezdzali do Kaza. Zaproponowali mnie i Olivierowi zmiane planow i dolaczenie do ich wesolej ferajny. Ja jednak wiedzialam, ze Olivier odmowi, a z drugiej strony nie wiedzialam jak nasze losy nadal sie potocza. Sytuacja jednak szybko wyjasnila sie sama. Po powrocie do obozu czekala mnie kolejna awantura z Olivierem, mialam dosc. Manu i Nagu jeszcze kilkakrotnie zaproponowali mi przylaczenie sie do ich trekkingu, ja jednak nie chcialam sie poddac. Obiecalam popracowac nad nasza relacja z Olivierem, a jak nie uda mi sie znalezc porozumienia, obiecalam hinduskim kolegom, ze nastepnego dnia dolacze do nich w Kaza. Wymienilismy wiec adresy mailowe, numery telefonow i czekalismy co sie wydarzy.
Poniewaz Olivier nadal byl chory tego dnia postanowilismy zostac w obozie. Przedpoludnie spedzilismy z ferajna Manu.. bylo naprawde fajnie. Niestety okolo 2-giej musieli wyjechac, wiec ze smutkiem na twarzy machalam im na pozegnanie. Nie zapomne widoku Manu, ktory wspinal sie na wzgorze, gdzie czekal jeep, co chwile przystawal, odwracal sie i ze smutkiem odmachiwal. Czy juz wtedy spodziewal sie co sie wydarzy pozniej?!:)
Ja zostalam z Olivierem i nie bylo latwo. Poszlismy na dlugi spacer, rozmawialismy, oboje mielismy wiele zalow. Mimo ze rozumialam jego wyjasnienia, nie potrafilam ich przyjac. Posluchalam swojej intuicji - postanowilam nie isc dalej. Czasem sprzeciwiam sie instynktom z wnetrza siebie, tym jednak razem oddalam im sie calkowicie. I jak sie okazalo byla to dobra decyzja- jednak dla mnie, nie dla Oliviera. Jak tylko ja podjelam Olivier zmienil sie nie do poznania. Dla mnie jednak bylo juz za pozno. Nie chce ponosic ryzyka, ktore przeczuwalam, ze odbije sie negatywnie na mojej osobie. Bylo mi przykro, ze zostawiam go samego w tym trekkingu, szczegolnie ze tyle potem obiecywal, chcial naprawic. Niestety badz stety - nie ugielam sie.
Kolejnego dnia (24.08.2008) przyszedl czas rozstania. Padalo od rana, jednak mimo tego Olivier postanowil wyruszyc w droge. Wraz z Govend’em odprowadzilsimy go do najblizeszj rzeki, ktora musial przekroczyc. Bylo mi smutno i przykro, ze tak to sie poukladalo, ze nie ide dalej, ale nie zalowalam decyzji. Cos mi mowilo, ze dobrze robie. Patrzylam jak Olivier odchodzi w nieznane, jak jego mala postura znika za kolejnym pagorkiem. Mam nadzieje, ze dojdzie do Leh caly i zdrowy. Powodzenia Olivier! Bede myslami z Toba.
Tego dnia zostalam w Chandratal. Nie mialam ochoty ruszac sie stad. Wokolo przecudowne gory, wiec chcialam podelektowac sie ich pieknem. Wiedzialam tez, ze nie dojade na czas na spotkanie z Manu i ferajna (zreszta na ta chwile nie bylo to moim priorytetem), wiec zostalam w Chandratal kolejne dwa dni. To byl niesamowity czas, spacerowalam po pobliskich 5-tysiecznikach, kapalam sie w rzece, jadlam pyszne indyjskie jedzonko. Czego wiecej pragnac. Zaprzyjaznilam sie z Govend’em i wiele czasu spedzalismy razem. Co mnie jedynie denerwowalo to fakt, ze nie pozwolil mi placic za nocleg i jedzenie. Tak nie powinno byc. No coz.. kolejna roznica kulturowa.
Po dwoch dniach (26.08.2008) postanowilam opuscic to piekne miejsce. Govend musial zrobic zakupy do obozu, wiec udal sie razem ze mna do Kaza. Wczesniej jednak czekala nas droga powrotna – 9 kilometrow po himlajskim szlaku z Chandratal do Kunzum Pass (4551 m npm). To byla piekna przechadzka, Himalaje wokolo powalaly. Niestety gdy dotarlismy do Kunzum Pass okazalo sie, ze ostatni autobus wlasnie nam uciekl. Nie pozostawalo wiec nic innego jak zlapac stopa.. a na to nie czekalismy dlugo. W koncu mam w tym wieloletnie doswiadczenie jeszcze z Europy:) Rodzinka Australijczykow dorzucila nasze skromne osoby do swojej taksowki. Po dwoch godzinach trzesawki dojechalismy do Kaza:)

środa, 20 sierpnia 2008

Trekking z Batal do Leh - to moja przyszlosc:)

Tak.. przyszedl czas ruszyc moje zesztywniale cialo. Jutro nad ranem wyruszamy wraz z Olivierem na trekking z Batal do Leh. Zajmie nam to okolo miesiaca, jezeli wszystko pojdzie zgodnie z zalozonym planem. Pierwsze 4 dni to proba dla naszych organizmow i czas na aklimatyzacje. 4 dni na wysokosci 4000 metrow, przedarcie sie przez 3 gorskie rzeki, a potem wkroczenie do Ladhak'u, najpiekniejszego stanu Indii:):):)
To bedzie wielka proba dla mnie, mego organizmu. Brak kontaktu ze swiatem, innymi ludzmi. Tylko ja, gory i moj towarzysz Olivier!!!:):)
Nasz plan zaklada:
Pierwsze 4 dni - trekking z Batal 4550 metrow do Baralacha La (4950 m) - z przystankami w Chandra Tal, Tokpo Yongma, Tokpo Gongma.
Kolejne 10 dni - trekking z Baralacha La do Padum (gdzie pierwsze spotkanie z ludzmi po dwoch tygodniach:):):). Planowane przystanki to: Kilang Sarai, Lingti Camp, Chumik Marpo, Phitse La (5250m), Tanze, Purne, Mune, Padum.
Kolejne 11 dni - trekking z Padum do Leh, przystnki w : Zangla, Sumdo, Cha Cha LA, Tilat Sumdo, Rubrang La, Markha, Skiu, Ganda La, Yurutse, Jingchan, Spitok i LEH:):)

Tak wiec do zobaczenia nastepnym razem:):)
Rozpoczynam swoja przygode z gorami:)
papa

wtorek, 19 sierpnia 2008

Manali - miejsce rozrywki i odlotow....ale i poczatek nowej himalajskiej drogi!

17-20.08.2008
Do Manali dojechalysmy okolo 6tej rano. Zapewne nie bedzie zakoczeniem jak napsize, ze padalo.. i to bardzo mocno. Deszcz, ciemnosc.. hmmm.. niezbyt pozytwne przywitanie:):) Taksowka dostalysmy sie do Old Manali, w ktorym miesci sie wiekszosc hoteli. Taksowkarz zabral nas do Manu Guesthouse, gdzie zostalysmy... Nie chcialo nam sie szukac innego noclegu, szczegolnie gdy warunki, wyglad pokoju i koszt jaki zaproponowano byl akceptowalny:) (100 rupi/pokoj). Poranek spedzilsymy na odpoczynku.. sen, leniuchownie... po calej nocy w autobusie zadnej z nas nie chcialo sie biec na miasto, scierac z nowa indyjska rzeczywistoscia:)
Dopiero okolo 13tej wygramolilam sie z pokoju i zaczelam zwiedzanie tego zakatka. Nie pytajcie mnie o moje pierwsze odczucia. Tragedia! Manali to miejsce, gdzie przyjezdzaja wszyscy zadni zabawy, odlotow, faz.. na kazdym kroku spotykasz dealerow, ktorzy sprzedaja wszystkie rodzaje narkotykow, trwy i innych uzywek.. do wyboru do koloru. A ceny podobno nieziemskie. Nie jestem specjalistka w tej dziedzinie, wiec nie bede sie wypowiadac na ten temat.. jedno jest pewne.. to miejsce nie dla mnie:)
Dlatego pierwsze odczucia byly takie.. "musze stad uciekac jak najszybciej" .. potem jednak zaczelam nabierac pozytywnych emocji. Udalam sie w okolice slawnego kosciolka Hambrada, skad podazylam na okliczne wzgorza i wioski. Tu spedzialam cale popoludnie podziwiajac miejscowych Indian zbierajacych jablka w zielonych sadach. To miejsce przywolalo wspomnienia z sadu rodzicow na moich kochanych Zernikach.. achhhh... jak ja tesknie za tym miejscem. Dlatego tez byl to dla mnie niesamowity czas... a dodajac liczne spotkania i rozmowy z tymi ludzmi.. usmiechy, poczestunki... nabralam pozytywnych emocji i stwierdzilam, ze Manali to nie tylko miejsce dla fanow wszelkiego rodzaju zabawy. W drodze powrotnej zjadlam przepyszne slawetne momo w przyswiatynnej restauracyjce (30 rupi), a potem powedrowalam w strone hotelu. Tu znow zaskoczyl mnie deszcz. Ale tym razem obok mokrego ubrania przyniosl mi cos jeszcze.. spotkanie z sklepikarzem, ktory zaproponowal mi schronienie podczas ulewy. Krotka rozmowa przerodzila sie w trzygodzinna pogawedke o Indiach, Kaszmirze i muzulmanskiej religii. To byl genialny czas...i jestem wdzieczna Musz'owi za te chwile:)
Jednak to nie bylo jedyne spotkanie tego dnia.. wracajac do hotelu spotkalam Simon'a, ktorego spotkalam trzy tygodnie temu w Ellora. Jak widac drogi wielu podroznikow przeplataja sie na kazdym kroku. Razem spedzilismy pozny wieczor, po czym udalam sie na zasluzony odpoczynek:)
Kolejny dzien przniosl mi jednak nowe wrazenia i emocje. Tym razem udalam sie do New Manali, ktore jest niczym innym jak skupiskiem wielu sklepow, nastawionych na turystow i licznych restauracji, serwujacych kazdy tym kuchni, od azjatyckiej po europejska.. Jak widac Manali nie jest miejscem, gdzie mozna poznac prawdziwe Indie..
Stad jednak powedrowalam w kierunku Vashicht. I to byl piekny czas. Spacerowalam ponad 4 godziny. Wokolo mnie przepiekne wysokie na 5000 metrow gory.. zyc nie umierac.. to czesc Manali, ktora lubie. Pomimo tego, ze czasem padalo delektowalam sie tymi momentami. Szczegolnie reakcje i spotkania z lokalnymi ludzmi, ktorzy byli tak niesamowicie przyjazni.. wow... takie Indie uwielbiam.
Jednak co odmienilo moje losy to spotkanie z Oliver'em - chlopakiem z Belgii. Podrozuje obecnie ponad rok i niebawem wybiera sie na trekking - 30 dni z Manali do Leh... Krotka rozmowa, wspolne podejscie i zainteresowania.. i coz?? moze wybierzemy sie tam razem:) Umowilismy sie na wieczor na kolacje, aby poogladac mapy, przedyskutowac wszystko. Kto wie.. nie planowalam tego, ale przeciez zawsze marzylam o takim trekkingu.
Spotkalismy sie na kolacji w Blue Elephant Cafe. Tu tez obgadalismy wszystkie szczegoly.. nie pozostalo mi nic innego jak tylko podjac decyzje.. mialam na to cala noc...tysiace mysli, analiza ryzyka (bo przeciez to juz nie tylko Tatry i 2500 metrow, ale prawdziwe Himalaje z przekraczaniem przeleczy na wysokosci 6000 metrow). Oliver jest znacznie bardziej przygotowany, ale przeciez wszystko jest mozliwe...a co najwaniejsze, musze byc pewna swojej kondycji i swoich sil. A na ta chwile jestem!!! Pozostaje jedynie kwestia sprzetu , namiotu.... ale to kwestie, ktore da sie chyba jakos rozwiazac.
Po calej nocy analizy postanowialam wybrac sie z nim...TAK... wybieram sie na miesieczny trekking!! WOW!!! Przede mna wiec miesiac chodzenia, wspinania sie... bez kontaktu ze swiatem (zajdziemy do wiosek tylko trzy razy), bez pradu, bez dobrego jedzenia. To bedzie 30 dni wedrowki i walki ze soba i natura.. czyli cos co kocham. Oczywiscie jest to ryzykowne, jednak przeciez Drahanka uwielbia takie chwile.. to moj czas...JA i HIMALAJE!!!!

Dharmasala - siedziba tybetaskiego rzadu na wygnaniu

13-16.08.2008
Droga do Dharmasali zajela mi caly dzien. Jednak dzien ten obfitowal w wiele ciekawych spotkan. Jednym z nich bylo spotkanie trojki mlodych Polakow. I tu nie uwierzycie... Kaska, ktora spotkalam na dworcu w Amritsar mieszka we Wroclawiu, ale to tylko poczatek... Gdy sie spotkalysmy stwierdzila, ze mnie zna i juz mnie kiedys widziala.. chwila rozmowy i okazalo sie, ze mieszkamy na tym samym osiedlu, przyz czym ona trzy ulice dalej. Czy to nie jest niesamowite... Mieszkasz z kims na tej samej dzielnicy, a potem spotykasz 10 000 km dalej w bardzo odleglym zakatku naszej planety. WOW.. takie spotkanie:):) Kaska wraz z kolegami przyjechala tu na miesieczny urlop... niestety ich plan i sposob spedzania wolnego czasu nieco odbiegal od mojego, wiec po kilku spotkaniach w Dharmasali nasze drogi sie rozeszly..
Ale to tylko jedno ze spotkan tego dnia. Na dworcu poznalam kolejna dwoje przemilych Francuzek - Manuele i Kandrile. One rowniez sa na miesiecznym wyjedzie, jednak z nimi moje drogi splotly sie na nieco dluzej. Razem spedzilsimy kolejne dni w Dharmasali, jak i potem powedrowalysmy wspolnie do Manali. Ale zacznijmy od poczatku.
Swoja podroz zaczelam w Amritsar, gdzie zlapalam autobus do Pathankot (55 rupi, 3 godz). W Pathankot przesiadka na kolejny lokalny autobus, ktory po 4 godzinach dowiozl nas do Dharmasali (85 rupi, 4 godz). Dharamasala nie jest jednak dobrym przystankiem na nocleg, wiec nawet pomimo poznej pory wzielismy taksowke i dostalismy sie do turystycznego zakatka tego rejonu, a mianowicie do McLoad Ganj (taxi - 30 rupi od os). Miejsce to jest slynne w calych Indiach, jak i Chinach, gdyz wlasnie tu miesci sie Tybetanski Rzad na Wyganniu i siedziba Dalai Lamy. Cale miasteczko przepelnione jest tybetanskim klimatem co przypadlo mi do gustu. Jednak obok tych tybetanskich elementow, nie mozna nie wspomniec o przeogromnej liczbie turystow, ktorzy przybywaja tu w celu znalezienia latwiejszej rozrywki, jaka jest palenie..., czy zazywanie innych uzywek.. hm.. tym razem to cos nie dla mnie...
Nocleg znalezlismy w Seven Hill Guesthouse (pokoj 120 rupi, przyz czym ja dzielilam go z francuskim kolega Franklin'em, rowniez poznanym w autobusie; tym samym oplata za pokoj wyniosla 60 rupi.. wow... takie koszty bardzo lubimy:)). Pierwszego dnia nie bylo czasu na nic..Pozostalo nam tylko zjesc przepyszna kolacje i udac sie na odpoczynek:):)
Kolejnego dnia poranek przywital nas deszczem.. jak kazdego dnia w Dharmasali..Obecnie mamy pore monsunowa, wiec nikogo nie dziwi ciagly deszcz i zachmurzone niebo. Jednak ja pragne sloneczka.. Indie mialy byc takie sloneczne, a tu niestety tylko deszcz i deszcz.. mam jednak nadzieje, ze na polnocy w Ladakh bedzie lepiej, piekniej i sloneczniej. Tym sposobe, z powodu deszczu przedpoludnie spedzilsimy w hotelu delektujac sie przepieknym widokiem za oknem. Okolo poludnia rozpogodzilo sie wiec udalismy do tybetanskiej swiatyni i muzeum poswieconym Tybetowi. To miejsce wzbudzilo we mnie niesamowite emocje.. zdjecia, opowiesci o Tybetanczykach, ich cierpieniu przez ostatnie lata... niesamowite jak wiele emocji zgromadzilo sie we mnie. Czy to normalne, ze odwiedzajac muzeum czlowiek placze?? Chyba nie.. a jednak.. na mojej twarzy byly lzy...moze dlatego, ze tak bardzo kocham Tybet.. jest tak bliski mojemu sercu.. nie moge patrzec jak ludzie tam cierpia. Zreszta cala Dharmasala obwieszona jest emblematami "Free Tibet", licznymi zdjeciami cierpiacych mnichow, hasel o wolnosci. To miejsce gdzie znajduje sie rzad na wygnaniu i siedziba Dalai Lamy. Niestety do siedziby dalai Lamy nie ma dostepu... zreszta chyba nikogo to nie dziwi, gdyz kazdy chcialby sie tam dostac. Rezydencja znajduje sie na wzgorzu z przepieknym widokiem na okoliczne gory. Cudowne miejsce dla tak niesamowitej osobistosci jaka jest IV Dalai Lama.
Poniewaz tego dnia co chwila padalo, zaraz potem na chwile wychodzilo slonce.. nie udalo nam sie zrobic za wiele. Wieczorkiem jedynie spacerek do sasiedniej wioski Baghsu, gdzie wraz z Manuela delektowalam sie na wzgorzu przepieknym zachodem slonca.
Kolejnego dnia.. znow poranny deszcz.. tym razem slonce zawitalo na niebie dopiero okolo 14tej. Wtedy tez udalam sie wraz z Franzuskimi przyjaciolmi na zwiedzanie okolic rezydencji Dalai Lamy. To byl piekny czas.. taki mistyczny, ze wzgledu na klimat i atmosfere tego miejsca. Trzeba przyznac, ze jest to swiete miejsce dla Tybetanczykow, ale i nie tylko... Wielu z nich przyjezdza tu, aby sie modlic i modlami wspierac swego przywodce. Czas kiedy delektowalam sie tym miejscem spedzialam z nowo poznana kolezanka...Katharina z Niemiec... dzieki temu byl to rowniez czas milych rozmow i opowiesci o wspolnych doswiadczeniach:)
Kolejnego dnia wielkie zakupy.. kupilam sobie kilka nowych ciuszkow... jedne z nich to spodnie Alibaby.. takie szerokie i mozna przyznac na pierwszy rzut oka zabawne.. ale nie pytajcie mnie czy wygodne.. czlowiek czuje sie w nich jak w pizamie.. haha... a przeciez mozna chodzic w nich po ulicach:):):):)
Potem wraz z francuskimi kolezankami zaplanowalysmy wyjazd z Dharmasali... plan zakladal lokalny autobus, jednak spotkanie z lokalnymi Hindusami zmienilo nieco nasze plany. Otoz zachecili nas do wyjazdu do Shinigar w Kaszmirze...Dlaczego nie?? to prawada, ze obecnie sytuacja w Kaszmirze nie jest za dobra, jednak z opowiesci ludzi po 15.08 podobno zrobilo sie tam spokojnie. Dlatego tez w pierwszej chwili postanowilysmy znalezc autobus badz busa do Kaszmiru, jednak jak sie okazalo nie bylo to takie proste. Dodatkowo..zachowanie i namowy lokalnych Indian wzbudzily w nas podejrzenia, wiec po calym dniu dywagacji, wieczorem calkowicie zmienilysmy plany i turystycznym busem opuscilysmy Dharmasale o 20.30 podazajac w kierunku Manali (koszt Dharmasala- Manali, 450 rupii). I jak sie okazalo bylo to bardzo dobre posuniecie.. bo jak sie okazalo, tego dnia w Kaszmirze byl kolejny atak i wiele osob zginelo. To miejsce na ta chwile jest naprawde niebezpieczne i wiele osob odradza odwiedziny tego jakze przepieknego zakatka. Na pewno sprobuje sie tam dostac.. ale moze nieco pozniej:):)

czwartek, 14 sierpnia 2008

Amritsar - spotkanie z kultura Sikh'ow

10-12.08.2008
Droga do Amritsar nie byla latwa. W mojej glowie bylo pelno smutku i tesknoty za przyjaciolmi z Delhi. Trzeba jednak isc dalej.. przeciez swiat czeka na mnie:):) Zreszta co jest pocieszajace zobacze ich jeszcze:):)
Do Amritsar dotarlam okolo 6-tej rano. Z dworca kolejowego jedzie specjalny darmowy autobus do Golden Temple, ktora jest atrakcja tego miejsca. Niestety jak to w Indiach bywa autobus podjechal pelny (ludzie wystawali z kazdego okna:), wiec nie udalo mi sie do niego dostac. Zaraz jednak pojawila sie grupka przyjaznych Sikhow, korzy wynajeli ryksze i zabrali mnie ze soba (oczywiscie nie chcieli zadnej oplaty za to:). Z tego powodu jest mi jakos tak dziwnie, bo to samo bylo w Delhi, za nic nie placilam, hindusi nigdy nie chca pieniedzy, za nic. Ram, Aashish, Shaila, czy nawet oni. Nigdy nie chca nic w zamian. To niesamowie:):):)
Nocleg znalazlam przypadkowo w Golden Temple, w dormie.. co ciekawe zakwaterowanie jest za darmo:):). Pokoje sa bardzo proste, ale schludne. To chyba pierwsze miejsce, w ktorym nie trzeba placic za nocleg. Dla obcokrajowcow stworzony jest specjalny zakatek, do ktorego inni nie maja dostepu, a wiec jest bezpiecznie. Zreszta wejscia do niego caly czas pilnuja przyjazni, usmiechnieci i pomocni Sikhowie:)
Co ciekawe nocleg moze tu znalezc kazdy, czy to obcokrajowiec czy tez lokalny...Obok swietyni sa liczne, wielopietrowe budynki, gdzie mieszka tysiace wyznawcow, jak i po prostu turystow. Dzieci biegaja po pietrach, inni spia na matach, na podlodze, inni biora kapiel na srodku dziedzinca. Totalnie inny i zaskakujacy klimat:)
Ale darmowe zakwaterowanie to tylko jedna z wielu rzeczy, ktore powalaja w tym miejscu. Inna i chyba bardziej spektakularna jest posilek. Tuz przy swiatyni znajduje sie swoista "stolowka," gdzie przez 24 godziny na dobe mozna dostac darmowy posilek. Poczatkowo bylam zawstydzona isc tam i jesc za darmo, ale gdy raz sprobowalam nie moglam sie powstrzymac. Nie dlatego, ze jest za darmo, ale z powodu swoistej atmosfery panujacej w tym miejscu. Takie spozywanie posilku to swoista ceremonia. Najpierw bierze sie matalowy talerzyk, miseczke, lyzke i wchodzi do olbrzymiego pomieszczenia, w ktorym co kilka metrow poukladane sa maty. Kazdy siada obok siebie na podlodze, a po sekundzie pojawiaja sie panowie Sikhowie, ktorzy nakladaja rozne potrawy na talerz. Je sie siedzac na macie, majac przed soba inne 100 osob. Najczesciej podawany jest bardzo dobry sos z fasoli, chapati i zawsze ryz na slodko. Jedzenie jest naprawde dobre. Co chwile ktos podbiega, dodaje...cos niesamowitego. Panuje tu taka jednosc... jak sie okazalo codziennie w stolowce je okolo 40 tysiecy ludzi. Mozecie sobie to wyobrazic.. a wszystko za darmo (musze dodac, ze za wejscie do siwtyni nie pobieraja zadnej oplaty, srodki na to wszytko pochodza z datkow ludzi:)). Kazda osoba pracujaca w tym miejscu pracuje za darmo, jako wolontariusz... a taki rytual, ceremonia odbywa sie 24 godziny na dobe, 365 dni w roku!!! To wyjatkowe miejsce:)
Sama Golden Temple rowniez powalila mnie swoim urokiem. Aby sie do niej dostac, najpierw trzeba zdjac buty i oddac je do specjalnej przechowalni, Potem myje sie rece i nogi, a na koniec koniecznie trzeba zalozyc jakies przykrycie glowy. Jest to wynikem tradycji, bowiem kazdy Sikh nosi specjalny turban na glowie (7 metrow materialu, roznego koloru, zawinietych w specyficzny ksztalt, wygladaja pieknie i majestatycznie, zdarazaj sie rowniez ctacy ktorzy zawijaja 70-80 metrow i wowczas ich turban jest przeogromny... ale takich jest nie wielu.. zreszta nie ma sie co dziwic, jest to wowczas niewygodne i meczace). Kolor turbanu jest rozny- zolty, czerwony, czarny, niebieski, zaleznie od upodoban wyznawcy:):)
Gdy dotaralam do swiatyni pierwsze minuty to proba przystopowania emocji.. moje oczy zrobily sie wielkie i pelne podziwu dla tego miejsca..Swiatynia jest wielka, ma ksztalt czworakota. Wokolo piekne biale budynki, na srodku wielki zbiornik wodny ze swieta woda Sikh. Tu tez jest specjalny rytual kapieli, glownie dla mezczyzn. Zamaczaja swoje ciala, aby oczyscic sie ze wszytkich zlych mocy, a takze znalezc sile i pozytywne moce na przyszlosc:)
Na srodku jeziora" znajduje sie slawetna Zlota Swiatynia (Hari Mandir Sahib). Jej zewnetrzne i wewnetrzne sciany wykonane sa ze zlota. Tu tez znajduje sie swieta ksiega Sikhow. Do Swiatyni prowadzi specjalny most- Gurus Bridge, gdzie wszyscy wyznawcy tlocza sie o kazdej porze dnia i nocy, w oczekiwaniu ujrzenia najwazniejszego dziela Sikhow.
Swiatynia jest pelna mistycyzmu, niesamowicie swietego klimatu. To prawda, ze sa tu tlumy, jednak ciagly odglos modlow i spiewu sprawia, ze czlowiek czuje sie jak w innym swiecie.
Przyjechalam tu w niedziele, wiec ilosc wyznawcow byla jeszczew iueksza nic normalnie... to troszke meczylo, jednak z drugiej strony dawalo szanse zobaczenia w jaki spsob Sikhowie sie modla i jak waznym miejscem jest dla nich ten zakatek Indii. Nie powiem, ze co chwila prosili o zdjecia... po tysiacu mialam dosc. Wydawalo mi sie, ze nie moze byc gorzej anizeli w jaskiniach Ellora, czy Ajanta.. ale jak sie okazalo.. moze. Oni uwielbiaja zdjecia.. nie tylko prosza mnie o zdjecie, ale sami chca miec swoje zdjecia. Tego nie spotykalo sie w Chinach czy innych krajach jakie dotad odwiedzilam. Inna rzecza jest fakt, ze Hindusi caly czas chodza za toba. Siadasz w jednym miejscu, a po minucie siedzi kolo ciebie 10 osob patrzac, obserwujac. Nie ma najmniejszej szansy na prywatnosc.. nie ma... i do tego trzeba sie przyzwyczaic. Oni uwielbiaja obcokrajowcow, szczegolnie samotne dziewczyny, bo wtedy sa bardziej odwazni. Jednak nie jest to niebezpieczne.. chodza za toba, siedza, patrza, zagaduja.. ale na tym sie konczy:):)
W swiatyni spedzilam pierwszego dnia ponad 6 godzin. Siedzialm, sluchalam modlow, delektowalam sie pieknem tego miejsca. Potem jednak moj zoladek zazadal jedzonka, wiec opuscilam swiete miejsce i udalam sie do miasta. Po drodze spotkalam Dav'a - Sikh'a, ktory obecnie mieszka w Kanadzie i wlasnie przyjechal na coroczne wakacje do swojego rodzinnego miasta. Zabral mnie na pyszle jedzonko, do lokalnej knajpki (Palak Paneer + chapati - 50R) za co moj zoladek byl bardzo wdzieczny. Na tym jednak nasze spotkanie sie nie skonczylo... wraz z przyjaciolmi wybiertal sie tego wieczora do kina i zaporponowal wspolne wyjscie.. dlaczego nie.. jeszcze nie bylam w indyjskim kinie, a boliwood'dzkie kino widzialm tylko w Polsce:)
Wybralismy sie na film "Singh is kinng". To hicior tego roku, wszyscy znaja ten tytul i kazdy chce obejrzec ten film. Dzien, w ktorym wybralismy sie do kina, byl dniem premierowym, wiec wielkie tlumy w sali kinowej. Zreszta dostanie biletow tez nie nalezalo do najlatwiejszych, ale jak to pisalam wczesniej.. dobra duszyczka Dav zalatwil wszytko:)
Sam film byl w jezyku punjabi, wiec nie moge powiedziec, ze rozumialam wszystko. Niemniej jak to w indyjskim kinie, nie nalezal do najbardziej ambitnych, wiec nie mialam problemu ze zrozumieniem sensu:) Sam film byl niesamowicie zabawny.. o kulturze Sikhow,w wersji komediowej.. wiec jak najbardziej na czasie dla mnie:). Obok smiesznej fabuly ubawily mnie rowniez reakcje wszystkich widzow.. wow.. jak oni reagowali na kazda scene, krzyczeli, pomrukiwali, niesamowita euforia w kinie, na kazdy smieszny watek. U nas kazdy siedzi cicho, skupia sie na filmie.. tu pelny gwar, smiech, wariactwo!!! To bylo niesamowoite doswiadczenie....Dziekuje Dav!
Po filmie udalam sie na zasluzony odpoczynek. Planowalam opuscic Amritsar nastepnego dnia (poczatkowo chcialam tu zostac tylko jeden dzien), ale jakos tak mi sie tu spodobalo, ze zostalam trzy:):) To miejsce ma niesamowita magie.. i chyba kazdy chce tu zostac jak najdluzej:):)
Nastepnego dnia wybralam sie na zwiedzanie miasta. Jak to kazde indyjskie miasto.. waskie uliczki, krowy na smieciach, tysiace rykszy, niesamowity halas. Ale w tym wszystkim niesamowicie przyjazni ludzie, usmiechajacy sie non stop, proszacy o zdjecia. Moze to dziwne, ale czlowiek czuje sie tu naprawde swojska.. trzeba tylko zapomniec o tym balaganie i brudzie.. Reszta jest piekna!!!
Wieczorem wybralam sie z kolei na specyficzna ceremonie, jaka ma miejsce kazdego dnia na granicy indyjsko- pakistanskiej. Aby sie tam dostac nalezy zlapac jednego z wielu jeepow, oplata w obie strony 75 ruppi. Ceremonia rozpoczyna sie o 18.30, trwa okolo pol godziny i jest jedyna w swoim rodzaju. Po obu stronach granicy gromadza sie tysiace Hindusow i mieszkancow Pakistanu. Na przemian krzycza hasla propagujace ich kraje, wiwatuja, klaskaja.. pelna euforia. Do tego specyficzny, niemal komiczny w wygladzie przemarsz straznikow, ktorzy wymachuja nogami na wysokosc twarzy i obnizanie flag. Obraz iscie z Monty Python'a.. Ciekawe doswiadczenia i duza doza smiechu. Kazdy powinien to zobaczyc:) Tu tez poznalam grupke Hindusow, z ktorymi spedzilam kolejna godzine. Zaczelo sie od tego, ze sledzili naszego jeepa.. moj usmiech chyba czyni cuda... a potem jak juz mnie znalezli, nie chcieli zostawic chocby na chwile. Po poworcie do miasta okolo 20-tej wraz z jednym z poznanych towarzyszy wyprawy na granice (mieszkanca Jammu) udalam sie na moj pierwszy przepyszny posilek do swiatynnej stolowki. Jak pisalam wczesniej jedzenie tu jest niesamowitym przezyciem:) Po zaspokojeniu zoladka przyszedl jednak czas na cos dla umyslu:) Okolo 22-giej w swiatyni odbywa sie ceremonia zamkniecia, polegajaca na przeniesieniu ksiegi z Hari Mandrid Sahib do Akal Takhat. W ceremoni moga uczestniczyc tylko Sikhoiwie i to mezczyzni. Najpierw wiele modlow, potem przepelnione wielkim wysilkiem (ksiega i specjalny katafalk, na ktorym jest przenoszona sa bardzo ciezkie) przenoszenie ksiegi. Kazdy sklada uklon, probuje dotknac swietej ksiegi...To niesamowite jak ich wiara jest gleboka. Potem wszyscy uczestnicy zajmuja sie czyszczeniem "katafalku" wyspiewujac sikhowe modlitwy. Kolejna ceremonia jest czyszczenie samej swiatyni. Istnieja dwie formy. Pierwsza z nich ma miejsce 3 razy dziennie i kazdy moze wziac w niej udzial. Kazdy odwiedzajacy swiatynie bierze wiaderko i nabierajc wode z zbiornika ze swieta woda myje podloge w kazdym zakamarku swiatyni. Czegos takiego jeszcze nie widzialam. Inna jest sprzatanie i mycie Hari Mandrid Sahib, ktore moze byc dokonywane tylko przez wybranych Sikhow, w specjalnych bialych strojach z mieczami, jak to przystalo na najwyzszych ranga (co ciekawe jak sie dowiedzialam, Sikhowie moga wnosic te miecze nawetna poklady samolotow.. wow...taki wyjatek.. nas trzepia na kazdym kroku i wywalaja nawet pilniczki:):). Swiatynia i jej wnetrze myte jest za pomoca mleka... nie pytajcie ile litrow mleka zuzywanych jest na to. Ceremonia ta odbywa sie codzienie o polnocy i twa 2 godziny. Potem okolo 2giej w nocy schodza sie wybrani Sikhowie i spiewami i modlami przygotowuja sie do wprowadzenia ksiegi na Hari Mandrid Sahib, ktore ma miejsce o 4tej rano (tzw. ceremonia otwarcia). Co mnie najbardziej zaskoczylo to fakt, ze wszystkie ceremonie zajmuja 24 godziny na dobe i tysiace ludzi bierze w niej udzial... caly Amritsar zyje zyciem swiatyni...co jest najwiekszym potwierdzeniem, jak wazna jest dla nich religia:)
Nastepnego dnia zamierzalam wyjechac z Amritsar, niestety nie pozwolila mi na to pogoda.. lalo niemilosiernie wiec nawet nie mogalm sie wydostac ze swiatyni. Ale dzieki temu zostalam jeden dzien dluzej, podczas ktorego delektowalam sie atmosfera panujaca w swiatyni. To miejsce uspokaja, dodaje enrgii, pozwala odnalezc sie w myslach... idelny punkt na przystanek. Wieczorem zawitalam na internet (25 rupi/h), gdzie poznalam mojego kolejnego indyjskiego przyjaciela - Mandeep'a. Spedzilismy razem ponad 4 godziny gadajac, za co jestem mu wdzieczna, bo dal mi namiastke wiedzy, co znaczy kultura i zycie Sikhow. Wieczorem kolejne wizyta w swiatyni i podziwianie ceremonii zamkniecia. Tu spotkalam Dav'a (Sikh'a z Kanady, z ktorym bylam w kinie), z ktorym spedzialm czas do polnocy:)
Nastepnego dnia pomimo przeogromnego deszczu postanowilam opuscic Amritsar. Piekne miejsce, w ktorym spedzilam piekny czas... ciagnie mnie jednak na polnoc w gory.. wiec nie moge sie opierac swoim potrzebom. Kochane gory czekaja!!!:):)
Aby wydostac sie z Amritsar najpierw musialam dostac sie na dworzec autobusowy. Przez cala noc lalo tak mocno, ze wszystkie ulice miasta byly straszliwie zalane. Woda po pas. Gdy wzielam ryksze (ciagniona przez pana na rowerze) myslalam, ze nie przezyje przejazdu. Woda siegala niemal do siedzenia, a prowadzacy byl niemal po pas w wodzie. Na kazdej dziurze zastanawialam sie czy zaraz wyladuje w wodzie i wezme kapiel w brudnej indyjskiej wodzie, czy tez nie... Udalo sie jednak. Po pol godzinie morderczego poedalowania dotarlam cala i zdrowa na dworzec:))
Zlapalam autobus o 12.00 do Pathankot, bo jak sie okazalo tego dnia byl strajk we wszystkich srodkach transportu w Indiach, wiec autobus do Dharmasali zostal odwolany...cale szczescie mozna bylo podzielic trase na kawalki.
Ale o tym w kolejnych opowiesciach:)