piątek, 20 czerwca 2008

Xian - skarbnica przeszlosci i Armia Terakotowa:)

Armia Terakotowa
W takim otoczeniu znajduje sie Armia!
Budynek Muzeum Armii Terakotowej!

A to juz wejscie do Pawilonu nr 1 z najwieksza liczba posagow!
Drahanka i 6000 zolnierzy terakoty!


Wszystkie posagi skierowane sa na wschod!











































Pawilon numer 2, gdzie znajduje sie okolo 1200 zolnierzy!





Kilka posagów glownych dowodcow zostalo wyeksponowanych!


Pawilon numer 3!






Dwa powozy odkryte w 1982 roku niedaleko grobowca!


Ostatni rzut oka na armie sprzed 2000 lat:)










Wyprawa w gory Huashan.. zaczynamy!


Wszedzie w gorach porozwieszane sa czerwone wstazeczki i grawerowane kłódki...to na szczescie dla zakochanych:)







Czasem bylo naprawde stromo:):)










Piekne waskie przejscia!!
Drahanka i niezrozumialy opis po chinsku:):)
Moze ktoregos dnia zostane strongman'em:)


Proby zaczynam od dzisiaj:) Szkoda tylko, ze nie widac tam tragarza, ktory stoi za kartonami i mi pomaga... haha:):)
I stroma wspinaczka.. ale juz bez kartonow:)

Przecudowne widoki na Huashan!!










Akrobacje na łańcuchach!



Mam nadzieje, ze mnie nie zgniota:)

Wymeczony lobuziak Shun:)




Huashan powala swoim pieknem:)

Najbardziej znana sciana Huashan!!














W otoczeniu milosci!!



Shun nie chcial sie rozstac z szczesliwymi kłódkami!!




Kolejna przygoda przed nami:)







Czuje, ze ZYJE!!!!





























Drahanka i Huashan w calej okazalosci:)




Czesc wspinaczkowa Huashan!






Na najwyzszych szczycie - South Peak 2154 m npm:)








Niemal jak baletnica...

Spotkanie nos w nos... ze skalnym nieznajomym:)









Wariactwa na szczycie.. i piekny zachod slonca:)







Złapalismy je!!! Hurraaa... sloneczko jest nasze!!




Pociag do Xian...zaczynamy wpychanie sie:)



A to juz luksusy chinskich pociagow.. gorne lozko, ciasne, ale wlasne:):)

Słynna w Xian restauracja, w ktorej zjedlismy dumplings:)
No i przepyszne dumplings za 8Y:)


Podczas spacerku po Xian!











Little Goose Pagoda!


Widoki na Xian z czubka Little Goose Pagoda!




A to rodzaje pagód jakie mozna spotkac w Chinach!










Najwiekszy w Chinach dzwon z brązu!
Shaanxi History Museum!







Widok z muzeum na pagode!







Big Wild Goose Pagoda!































Takie maski mozna znalezc w parku operowym!











A to juz park folklorystyczny!








Przepiekne swiatla nad Big Wild Goose Pagoda!
I rozpoczyna sie widowisko... taniec fontann!











Po spektaklu przez pierwsza godzine wejscie do autobusu graniczylo z cudem!
Slynna opera prowincji Shaanxi "Women Heros of Yan" i jej glowny bohater!!

A to juz caly operowy zespol!

No i kilka ujec ze spektaklu!



















Budynek opery i zadowolona Drahnaka!
Bell Tower in Xian!

Drum Tower i przepiekna kolekcja bebnow:)














Widoki na xian z Drum Tower!







Glowny deptak w centrum Xian!!


A to juz pozywne chlebki!




Great Mosque in Xian!











Czas modlitw w meczecie!


















Ulice Xian!
Xian slynnie z słodkosci...a to przyklady kramow, gdzie mozna je nabyc:)
Sklepik z miesem:)
Jajeczka w panierce:) Chinski przysmak:)


Drum Tower!

Droga do hotelu...i mury Xian!
Rozpoczynamy jazde po murze Xian:)











Widoki z muru na cenytrum Xian!
Widok na dworzec kolejowy Xian!

Starych murow ciag dalszy:)







A to juz moj hotel:).. widziany z muru oczywiscie:)
Piekny zachod slonca!

Dworzec kolejowy w Xian... jade w gorki:)


I jeszcze raz przepiekny wodny pokaz w Xian!







Podczas wizyty na uniwersytecie Shun'a...niektorzy wlasnie sie obronili:):)
Reklamy ze znanymi chinskimi sportowcami:)
Chinska chluba - tenis stolowy..graja go wszyscy.. od najmlodszych do najstarszych:)
No i glowny gracz - Shun:)

Przyszedl czas na zwiedzanie Bell Tower!



Widoki na xian z Bell Tower!




Muzeum Bampo Neolitic Village!









Drahanka i sloneczniki w wiosce sprzed 4500 lat:)



Ta rybe staralam sie pokonac paleczkami!! Przyspozyla wiele problemow, ale udalo sie... zostala zjedzona:):)


To brazowe to krew owcy w wersji utwardzonej:)

15 - 21.06.2008
Droga pociagiem do Xian miala byc najwiekszym koszmarem w moim zyciu. Jednak jak wiadomo los bywa przewrotny i koszmarna droga okazala sie byc jedna z najlepszych.. moze nawet droga do raju.. kto wie:):)
Na stacji w Taishan udalo mi sie wykupic bilet "hard seat'er" na najtanszy i najpowolniejszy pociag 1161. Nie powiem, ze samo wejscie do pociagu bylo wyzwaniem:) Zreszta to normalne w Chinach. Na kazdym bilecie jest numer siedzenia, jednak i tak wszyscy pasazerowie zabijaja sie, sie, aby byc pierwszymi w przedziale. Wyglada to przezabawnie:):) Przepychanka lokciami i nogami tylko po to, aby byc pierwszym.. i po co skoro kazdy ma swoje miejsce.. hmm? to jest pytanie bez odpowiedzi:)
Jak sie okazalo moje siedzace miejsce w przedziale 17-tym okazalo sie koszmarem. Siedzialam na koncu przedzialu, tuz przy przejsciu i tzw "wodopoju" (miejscu, gdzie kazdy nabiera goraca wode). Tak wiec co chwila mijaly mnie tlumy spragnionych Chinczykow, obijajac sie o moje cialo lokciami. Peryspektywa 17 godzin w takich warunkach powalala mnie na kolona. Depresja niemal murowana... ale szczescie znow sie do mnie usmiechnelo. Gdy konduktorzy przechodzili przez nasz przedzial i zobaczyli sierotke Iwone wsrod tlumow rozwrzeszczanych Chinczykow zlitowali sie. Na migi kazali zabrac wszystkie rzeczy i z usmiechem na twarzy przeprowadzili przez caly pociag do przedzialu konduktorow, gdzie dostalam Vip-owskie siedzenie, niemal lezanke. WOW.. ale bylam pod wrazeniem ich przyjaznosci i dobrodusznosci. Przeciez nie musieli tego robic. Zostalam zbawiona.. jakos przezyje ta noc:):) Na tym jednak sie nie skonczylo, po godzinie upajania sie cieplem, spokojem i wygodnym siedzeniem pojawila sie kolejna pani konduktor, ktora zaproponowala mi lozko za dodatkowa oplata. Oczywiscie skusilam sie na to, bo cala noc na siedzaco nie nalezy do moich upragnionych zajec.. nawet w Chinach:):) Doplacilam wiec 71Y i dostalam lozko "hard sleeper" w przedziale z kolejnymi milymi towarzyszami:):) Tym razem nie skonczylo sie tylko na obserwacjach, ale rowniez na wielkiej imprezce. Jeden z pasazerow, niemowiacy slowem po angielsku Chinczyk, zaprosil mnie do stolika, podal piwo, kawalek chinskiej kielbaski i zaczelo sie.. zaraz obok pojawila sie zgraja kolejnych.. nikt nie mowil po angielsku, ale to nam nie bylo potrzebne:) rece, nogi poszly w ruch i zabawa murowana:) Nawet nie wiem kiedy minely dwie godziny. Wsrod gromadki przyjaznych Chinczykow znalazl sie rowniez przemily Wang Jin, jadacy do Xian w poszukiwaniu pracy. Razem przegadalismy kolejne 3 godziny, wiec jak widac nie moglam narzekac na nude:) O 22-giej wylaczyli swiatla, wiec przyszla pora na spanie:) Mimo ze moje cialo zaleglo na gornym lozku, gdzie przestrzen od sufitu to okolo pol metra, to jednak w porownaniu z miejscem siedzacym przy "wodopoju" to maksymalny luksus:) Chyba jak wroce do Polski zamienie swoje piekne loze na mate i podwiesze ja pod sufitem, aby nie wyjsc z wprawy:) hihi:)
Do Xian dojechalismy o 8-mej. Mialam to szczescie, ze na dworcu czekal na mnie Shun, przyjaciel Chinczyk, z ktorym spedzilam kilka dni w Emeishan i Chengdu. Tak wiec nie mialam problemow z dostaniem sie do hostelu. Tym razem na kolejne dni moim domkiem zostal Shuyuan Hostel (20Y/lozko). Hostel polozony jest w samym centrum miasta wewnatrz murow. Xian ma specyficzna zabudowe, otoz otoczone jest wielkimi murami pochodzacymi jeszcze z czasow antycznych. Mury ciagna sie na dlugosc 14 km i sa symbolem tego antycznego miasta:)
Pierwszego dzionka niewiele zwiedzilam. Postanowilam poleniuchowac i spedzic czas z Shun'em. Dobrze jest miec przewodnika.. dzieki niemu poznalam smaki kuchni prowincji Shaanxi i trzeba przyznac, ze jest pyszna:) Najpierw udalismy sie do najslawniejszej restauracji, gdzie podaja przepyszne "dumplings" (8Y), a na obiad skosztowalismy typowa dla tego regionu zupe z plackiem (tzw. yangrou paomo). Co ciekawe najpierw dostaje sie placek, ktory trzeba podzielic na malutkie kawaleczki, wrzucic do miski, a potem obsluga gotuje go w wywarze. Na koniec dostaje sie gotowa zupke z miesem z jelita owcy (zupka pyszna, ale to jelito.. hmmm:):) Potem spacertowalismy po muzulmanskiej dzielnicy Xian, jak i plantach wokol muru. Bylo pieknie dopoki nie rozpetala sie burza i wszystkich zmoczyla:)
Nastepnego dnia rano wyprawa do PBS w celu przedluzenia wizy. Wiele stresu, ale udalo sie. Dostalam wize na kolejne 30 dni. Niestety nie tyle co chcialam, bo moim zyczeniem bylo na 40 dni, no ale coz.. lepszy rydz niz nic:) Mankamentem jest jednak to, ze na odbior paszportu trzeba czekac az 5 dni.
Potem przyszedl czas na zwiedzanie Xian. Zaczelam od Little Goose Pagoda (wstep 50Y). Pagoda znajduje sie w centrum i jest czescia pochodzacej z 7 wieku swiatyni Jianfu Temple. Niestety jej gorna czesc zostala zniszczona w czasie trzesien w 16 wieku, niemniej milo jest wdrapac sie na szczyt i poogladac Xian z gory. Tuz obok pagody znajduje sie Shaanxi History Museum z ciekawym zbiorem ceramiki, rzezb i kaligrafii. Polecem:) Potem autobusem nr 23 dostalam sie do kolejnego zabytku Xian - Big Wild Goose Pagoda (wstep 25Y). Zbudowana w 7 wieku jest znakiem rozpoznawczym miasta. Tuz obok znajduje sie ciekawa swiatynia - Dacien Temple. Zreszta trzeba przyznac, ze caly kompleks robi wrazenie, moze poza wielkimi tlumami Chinczykow (tego w malej pagodzie nie doswiadczylam, tam panuje cisza i spokoj:) Po pagodzie przyszedl czas na okoliczne parki - Park o tematyce operowej i folklorystycznej. To cos nowego! W kazdym z parkow znajduja sie liczne figury, czy to z opery, czy tez przedstawiajace sytuacje z zycia. Swietne miejsce na zdjecia i mala improwizacje:):)
Ale to czego swiadkiem bylam potem przeroslo moje najsmielsze oczekiwania. Codziennie w okoliach pagody odbywa sie pokaz "wodnego tanca" (nie wiem jaka jest prawdziwa nazwa, ale dla mnie taniec najlepiej oddaje sedno tego przedstawienia:) Na dlugosci 8 wielkich, kwadratowych zbiornikow rozpoczyna sie pokaz fontan. Przy dzwiekach muzyki powaznej woda wypryskuje z setek miejsc, wszedzie swieca sie swiatla, muzyka odbija sie od kazdego zakatka. Niewyobrazalne przedstawienie. Dotychczas widzialam wiele wodnych pokazow,ale ten przebil wszystkie i mysle, ze postawil poprzeczke tak wysoko, ze ciezko bedzie go przebic. Nie moglam uwierzyc, ze woda, muzyka, fontanny, moga stworzyc tak mistyczny klimat.. i to na tak ogromnej powierzchni. Genialne!!!
Nastepnego dnia zwiedzialam slawetne Drum Tower (wstep 27Y) z wystawa przecudownych bebnow, Bell Tower (27Y), znakiem rozpoznawczym centrum Xian, a potem zawitalam do muzulmanskiego meczetu - Great Mosque (wstep 25Y). Trafilam do meczetu w czasie modlitwy co jeszcze bardziej spotegowalo mistyczny klimat tego miejsca. Trzeba przyznac, ze meczet jest przepiekny. Niesamowite budynki z licznymi zdobieniami, spokoj, cisza i odglos muzulmanskich modlitw w oddali. WOW.. spedzilam tu ponad dwie godziny co oznacza, ze jest naprawde piekny:)
Potem przyszedl czas na ruch:) Wdrapalam sie na mury otaczajace Xian (wstep 40Y), gdzie wynajelam rowerek (20Y/100 minut jazdy) i zaczelam przejazdzke po murach. To niesamowity pomysl, aby objechac miasto po ogromnych, wysokich murach. Ciagna sie na dlugosci 14km i uformowane sa w ksztalt kwadratu. Super uczucie, gdy mknie sie na duzej wysokosci i podziwia miasto z poziomu murow warownych:)
Wieczorem kolejna atrakcja.. Tym razem opera, prawdziwa opera z prowincji Shaanxi. Mielismy z Shun'em szczescie, bo chwile sie spoznilismy i dzieki temu udalo nam sie kupic vip'owskie bilety od konikow za smieszna cene 50Y (za te same bilety powinnismy normalnie zaplacic 240Y, to sie nazywa oszczednosc:) A do tego siedzielismy w drugim rzedzie i widocznosc byla swietna. Opera "Women heros of Yan" byla genialna. Spodziewalam sie, ze umre po godzinie, bo przeciez ile mozna ogladac i podziwiac stroje, jezeli nie rozumie sie niczego. Jednak ku mojemu zaskoczeniu trzy godziny minely niesmilosiernie szybko. Moze to dzieli pieknym strojom, ktore tak mnie zaskakiwaly kolorystyka i ksztaltem, moze to przepiekna muzyka, ktora wciagala w wir akcji, a moze to dzieki Shun'owi, ktory byl moim tlumaczem:):) Niemniej jednak opera byla genialna.. na koniec jeszcze dzieki pomocy Shuna dostalam sie za kurtyne i uwiecznilam to widowisko na zdjeciach, wlacznie z moja osoba:):)
Kolejnego dnia przyszedl czas na zwiedzanie osmego cudu swiata jakim jest "Armia terakotowa" Wiele hosteli organizuje wycieczki w to miejsce jednak korzystanie z nich nie jest konieczne, gdyz z latwoscia mozna sie tam dostac samemu. Wystarczy wziac autobus 306 z dworca kolejowego (bilet 7Y) i po godzinie jazdy dociera sie do Muzeum Armii Terakotowej (wstep 90Y). Cale muzeum podzielone jest na trzy pawilony, w ktorym mozna znalezc kolekcje terakotowych zolnierzy. Najwieksza czesc armii terakotowej znajduje sie w pawilonie nr 1 i trzeba przyznac, ze ten robi najwieksze wrazenie. Zastepy kamiennych posagow stojace w szeregach, ze wzrokiem utkwionym na wschod. Genialne. jest ich tak wielu, a do tego kazdy jest calkowicie inny. W pawilonie pierwszym znajduje sie okolo 6000 posagow, ale na tym nie koniec, bo prace odkrywcze nadal trwaja. W kolejnych pawilonach ilosc kamiennych zolnierzy jest juz znacznie mniejsza. W pawiolonie nr 2 jest ich okolo 1200 i mozna tu podziwiac wyeeksponowane posagi, przywodcy, kleczacego zolnierza, jak i konia wraz z powozacym. W pawilonie nr 3 jest najmniejszy zbior, bo jest ich okolo 64, ale za to ranga postaci przedstawionych na posagach jest znacznie wyzsza. Sa to glownie dowodcy. Trzeba przyznac, ze to miejsce jest naprade niesamowite i az ciezko uwierzyc, ze zostalo stworzone ludzkimi rekami. Dla ulatwienia w jednym z pawilonow przezentowany jest film o Armii. Ekran ma ksztal okregu, a film oglada sie stojac w srodku. Tym samym ma sie wrazenie bycia w centrum terakoty. Ciekawey pomysl. Ostatnim przystankiem w muzeum byla wystawa dwoch powozow odkrytych niedaleko grobowca w 1982 roku. Rowniez ciekawe, jednak zbyt duza ilosc chinskich wycieczek nie pozwolila mi naciszyc sie ich widokiem:)Tak wygladalo moje spotkanie z ponad dwutysiecznoletnia armia terakotowa:) Niezapomniane wrazenie:)
Nastepnego dnia wraz z Shun'em pojechalismy w oddalone o 100 km gory Huashan. Gory te obok Taishan naleza do pieciu swietych gor taoistycznych. Zaplanowalismy jednodniowa wycieczke, niestety jednak potem zalowalam, ze nie wybralismy sie tam na poltora dnia. Wielu Chinczykow (celowo pisze o Chinczykach, bo poraz kolejny nie spotkalam zadnych zagranicznych turystow, sami miejscowi; doszlam do wniosku, ze przybysze z innych kontynentow omijaja chinskie gorki i skupiaja sie tylko na atrakcjach turystycznych, nie powiem, ze mi to nie odpowiada:):)... ale wracajac.. wielu Chinczykow wyrusza w gory poznym wieczorem okolo godziny 22-23.00, tak aby dotrzec na szczyt na wschod slonca. Spytacie, jak to mozliwe, ze wspina sie w nocy.. otoz nie jest to problematyczne badz niebezpieczne, bo poraz kolejny przez cale gory poprowadzone sa schody, a do tego w nocy sa one oswietlone. Nie jest to bardzo mocne oswietlenie, niemniej spokojnie mozesz wejsc na 2100 m npm przy swietle ksiezyca, jak i blasku umiejscowoinych przy drodze lampach. To sie nazywa organizacja:) U nas nie mozesz sobie na to pozwolic wspinajac sie na najwyzszy szczyt Tatr. Ale dzieki temu chyba nasze gorki pozostaja bardziej naturalne:) Niemniej same wspinanie sie cala noc, jak to robi wielu lokalnych, na pewno jest ciekawym doswiadczeniem. My postanowilismy zejsc w nocy, dlatego tez zachod slonca ogladalismy z najwyzszego szczytu Huashan - South Peak (2160m npm).
Wczesniej jednak jakos musielismy sie dostac do Huashan. Dojazd nie jest skomplikowany. Wystarczy zlapac kursujace cyklicznie sprzed dworca kolejowego Xian autobusy do Huashan (22Y) i po dwoch godzinach dociera sie do miasteczka skad zaraz poprowadzony jest szlak w gory. Oczywiscie znow koszt wstepu powala na kolana - 100Y.. no ale w koncu koszt budowy i utrzymania czystosci na schodach jest wysoki, tyle osob musi je zamiatac:):) Za luksusy wchodzenia po schodach trzeba placic:)... pozostaje jednak kwestia preferencji.. ja wolalabym wchodzic po normalnej gorskiej sciezce i blocie:) No coz.. ale na to musze poczekac az wroce do Polski:)
Same gory Huashan po raz kolejny zaszokowaly mnie swoim pieknem. Wydawalo mi sie, ze wszystkie gory w Chinach sa podobne, ale za kazdym razem pozytywnie zaskakuje sie ich urokiem. Juz wydaje mi sie, ze nie moze byc piekniej, a tu niespodzianka.. jest jeszcze cudowniej niz w ostatnich. Gory Huashan wznosza sie na wysokosc okolo 2100 m npm i skupiaja w sobie 5 glownych, najwyzszych szczytow. Udalo nam sie zdobyc je wszystkie, a widoki z kazdego z nich byly powalajace:) Rozpoczelismy od North Peak (1615m), dalej powedrowwalismy poprzez Central Peak (2042m) na East Peak (2100m), West Peak (2038m) i na koniec wspielismy sie na najwyzszy szczyt - South Peak (2160m), gdzie podziwialismy niesmowity zachod slonca. Trzeba przyznac, ze Huashan zaskakaja swoja budowa (strome granitowe sciany), jak i sposobem poprowadzenia drog. Otoz w dotychczasowcyh gorkach jakie odwiedzilam w Chinach (Huangshan, Emeishan, Taishan) wszystkie drogi byly bardzo proste, nie bylo zadnego pierwiastka niebezpieczenstwa badz adrenaliny:) A szkoda!! A tu niespodzianka. W Huashan wielokrotnie schody poprowadzone byly niemal pionowo, bardzo waskie, ze zadna (tym bardziej moja noga o rozmiarze 41) miala problemy ze zmieszczeniem sie na powierzchni kilku centymetrow:) Ale mnie sie to podobalo.. w koncu cos sie dzialo.. do tego pojawily sie przepascie, lancuchy, stopnie w pionowych scianach. To cos co Drahanka lubi najbardziej. Tak wiec gory powalily mnie swoim urokiem. Do tego zabawne towarzystwo Shun'a, sesje fotograficzne z Chinczykami i sama natura sprawily, ze byl to niesamowity dzien. Z takich ciekawostek warto wspomniec, ze w calych gorach na licznych lancuchach porozwieszane sa liczne czerwone wstazeczki, jak i klodki z wygrawerowanymi zyczeniami. Skad sie biora? Otoz najczesciej zakochani graweruja wyznanaia milosci, zawieszaja klodke na lancuchu i wyrzucaja klucz w przepasc, tak aby ich milosc nigdy nie zniknela i laczyla ich na zawsze. Podobnie jest z zyczeniami rodziny...Tysiace czerwonych wstazeczek, jak i klodek pozawieszanych na lancuchach tworzy majestatyczny klimat, szczegolnie na szczytach. Podoba mi sie to:)
Tak spedzilismy dzionek. Bylo meczaco, bo wspiecie sie na 2100m, potem przewedrowanie kilku szczytow wymagalo duzego wysilku z naszej strony. Niemniej WARTO:) Po zachodzie slonca okolo 21-szej wyruszylysmy w droge powrotna. Bardzo szybko zrobilo sie ciemno, ale zamontowane lapki, jak i czolowki, jakimi dysponowalismy pozwolily nam dostac sie do podnoza gory w ciagu 3 godzin. Byl to niemal bieg, ale udalo sie. Podczas zejscia mozna bylo delektowac sie zupelna cisza, pustka.. wokolo totalna ciemnosc, dlugie schody i my, schodzacy.. z gwiadami ponad glowa. CUDO!
Po dotarciu do Huashan zlapalismy taksowke na dworzec kolejowy (15Y), skad zakladalismy wyjazd pociagiem o 23.30. Niestety jak sie okazalo pani na stacji powiedziala, ze na ten pociag nie sprzedaja biletow. To znaczy pociag zatrzyma sie na tej stacji, ale nikt nie wsiadzie.. to sie nazywa chinska organizacja transportu.. nam jednak nie bylo do smiechu, bo obok pociagu nie bylo innej mozliwosci wydostania sie z gor, a kolejny pociag byl o 3-ciej w nocy. Nie pozostalo nam jednak nic innego, jak przeczekac te 4 godziny. Nie bylo to latwe, zwlaszcza ze oczy nam sie kleily do snu, a siedzenia na dworcu byly koszmarnie niewyglodne. Plan zakladal jednak sen w pociagu w drodze do Xian (2 godziny), jednak jak sie potem okazalo bylo to jeszcze wieksze marzenie. Nie mielimy miejsc, bo kolejna ciekawosta - na dworcu w Huashan sprzedaja tylko bilety stojace. Ubaw byl taki, ze pociag byl tak zapchany, ze niemal ledwo udalo nam sie wsiasc, a widok jaki ukazal sie moim oczom, gdy dopchalismy sie do srodka powalil mnie na kolana. Niemal jak slamsy.. brud, syf, a do tego wszedzie masa Chinczykow - siedzacych, lezacych na podlodze, stojacych. Nie bylo gdzie wsadzic nawet palca.. kosmos.. Wyobrazalam sobie, ze tak wygladaja pociagi w Indiach, ale w Chinach sie nie spodziewalam. Kosmos. Tak wiec nie udalo nam sie pospac, a droga okazala sie wrecz koszmarna. Ja nie wytrzymalam i usadowilam sie w pozycji embrionalnej z kolanami pod broda na brudnej podlodze, ale Shun, wprawiony w takim podorozowaniu Chinczyk wytrzymal cala droge stojac. Wow. Moze i ja sie kiedys to tego przyzwyczaje. Niemniej takiego widoku jeszcze nie mialaml i jedyne co mi przychodzilo do glowy to to, ze w trakim pociagu lamie sie wszystkie prawa dobrego traktowania czlowieka. Kosmos w jakich warunkach ludzie podrozuja:) Po 2 godzinach, okolo 5.45 dojechalismy do Xian, gdzie kupilismy bilet na pociag do Luoyang (64Y) - ten bilet potem uratowal mnie w PSB, gdzie omal przesunieto termin wydania mojej wizy:)
Tego tez dnia udalam sie po odbior wizy do lokalnego PSB. Jak sie jednak okazalo, mpja wiza nie byla gotowa, bo brakowalo im jednego papierka (kopi kart platniczych) i zamast wydac mi wize, przesuneli jej wydanie o trzy dni. Nie poddalam sie jednak, bo przeciez wraz z Shun'em nastepnego dnia wyjezdzamy na polnoc. Po wizytach w kilku biurach i rozmowach z kilkoma Chinczykami, ktorzy oczywiscie nie mowili po angielsku, po wielokrotnym wysluchaniu, ze wiza bedzie dopiero za 4 dni.. jedynym argumentem, ktory ich przekonal do wszesniejszego wydanie wizy byl bilet na pociag. WOW udalo sie.. uwierzyli, ze ja koniecznie potrzebuje wize dzisiaj. Kazali sie zjawic popoludniu i udalo sie.. mam przedluzenie na miesiac:)
Tego dnia poznawalam jeszcze zakatki chinskich uniwersytetow. Shun zabral mnie do swojej dzielnicy. Ciekawe bylo wiedziec jak Chinczycy sie ucza, jak spedzaja wolny czas (uwielbiaja tenis stolowy; wszedzie porozstawiane sa stoly do tenisa, jak i bilarda). To byl naprawde mily dzionek, choc z wielkimi przebojami.
Ostatniego dnia udalam sie na wycieczke do okolicznego Muzeum Banpo Neolitihic Village (wstep 35Y) - dojazd autobusem 11 badz 15 z centrum Xian. To pozostalosci wioski z czasow 4500 lat przed nasza era. I trzeba przyznac, ze czasem czuje sie klimat przeszlosci ogladajac pozostalosci domostw, czy szkielety ludzi z tamtej epoki. Ostatni wieczor w Xian uczcilismy z Shun'em wykwintna kolacja w slawnej restauracyjce nieopodal jego uniwersytetu. Tym razem szef kuchni podawal rybe gotowana w ostrym sosie chili wraz z roznymi warzywami, bambusem i przyprawami. Nie powiem, ryba byla przepyszna, jednak jedzenie jej paleczkami przysporzylo mi troszke problemow:) Szczegolnie na poczatku:) Wydawalo mi sie, ze juz bardzo dobrze wladam tymi narzedziami, ale nie.. ryba udowodnila, ze na mistrza sie jeszcze nie nadaje:) Z ciekawostek wspomne jeszcze, ze Shun dla atrakcji zamowil cos co przypomnialo troszke brazowa galaretke.. wrzucalo sie ja do wywaru, w ktorym grzala sie ryba, podgotowywalo, a potem wcinalo. Dla mnie nie mailo to jednak zadnego wyrazistego smaku.. jadlam jednak, bo zgodznie ze wskazowkami Shun'a jest to bardzo zdrowe. Oczywiscie zgodnie z nasza umowa, oczekiwalam na zdradzenie tajemnicy co to.. zaraz po posilku (tak aby nie zniechecic sie na wstepie.. i dobrze, bo chyba bym miala opory przed wlozeniem tego przecudownego smkolyka do ust. Co to bylo?? Otoz krew owcy w wersji utwardzonej:):) No tak.. wszytkiego w zyciu trzeba sprobowac:)
Niestety przyszedl czas na opuszczenie przemilego Xian. Wraz z Shun;em ktory postanowil towarzyszyc mi w kolejnych dniach wyprawy, nocnym pociagiem (koszt 65Y) odjechalismy do Luoyang, gdzie czeka na nas klasztor Shaolin i groty Longmen:)
Nie powiem, ze juz w pociagu zaczela sie imprezka.. kolejni mili Chinczycy, ktorzy zaprosili mnie do wspolnej zabawy.. tym razem bylo jednak latwiej:) mialam osobistego tlumacza:):)

poniedziałek, 16 czerwca 2008

Taishan - To prawdziwe Chiny... i gorskie schody!

12-14.06.2008
Do Taishan dojechalam okolo godziny 18tej. Co ciekawe miasto o takiej nazwie istnieje od niedawna. W rzeczywistosci mianem Taishan okresla sie gory, u podnoza ktorych lezy Taian. Jednak ze wzgledu na popularnosc tego miejsca, a w szczegolnosci Taishan jako swietej gory taoizmu, miasto przemianowano z Taian na Taishan:):) Stad male zaklopotanie przy porownywaniu map badz czytaniu przewodnika:).
Samo miasto Taishan powalilo mnie na kolana. Zwiedzilam juz wiele miast w Chinach, ale to po raz pierwszy wydalo mi sie calkowicie chinskie, nieskazone angielszczyzna badz zachodnimi sklepami, napisami, czy tez neonami. Tu wszystko jest typowo chinskie, poczawszy od nazw glownych ulic, gdzie nie ma tlumaczenia na angielski (tak jak to sie zdarza w innych miastach), nie ma nawet reklam badz nazw sklepow z uzyciem naszej kochanej pisowni. Wszedzie tylko krzaczki i krzaczki:) Spodobalo mi sie to. Moze nie do konca przypadlo mi do gustu bycie malpka na wybiegu, bo niemal tak sie czulam, gdy kazdy wodzil za mna wzrokiem i przygladal sie.. ale postanowialm cwiczyc sie w cierpliwosci. Tak sobie mysle jakim szokiem bedzie powrot do Polski, gdzie nikt nie zwroci na mnie uwagi i znow stane sie szara myszka. Tu nadal jestem szara myszka, ale wsrod skosnookich, wybielonych myszek:)
W Taishan nie ma hostelu dla obcokrajowcow, nawet LP nie podaje hoteli gdzie mozna sie zatrzymac. Wszystkie wskazane w przewodniku sa na miare bogaczy, a ja jak dotad do takich nie naleze.. wrecz przeciwnie.. powoli kieruje sie w strone biedaczkow:):)
Mialam jednak szczescie. Jeszcze gdy bylam w Qufu przechodzac kolo International Hostel weszlam spytac o hotele w Taishan. Tam tez przemila obsluga uswiadomila mi, ze nie jest to oaza dla turystrow z zagranicy, ale znaja jeden maly chinski hostelik nieopodal McDonalda w centrum miasta i ze tam powinnam sie udac. To tyle informacji dostalam.. no coz.. trzeba bylo probowac. Z dworca autobusowego (ten znajduje sie obok dworca kolejowego) wzielam autobus no 3 i juz po 10 minutach dostalam sie do centrum. Jaka radosc wywolal we mnie widok kochanego McDonalda, gdy wysiadlam z autobusu. To sie nazywa szczescie..Spytalam pierwsza napotkana osobe o hostel i juz po kilku minutach bylam w recepcji. Wow. Tak latwo mi poszlo.. niemal jak w Polsce:) Nie spodziewalam sie:) Po negocjacjach dostalam dwuosobowy pokoik z lazienka na zewnatrz za 50Y. Zaczynam sie przyzwyczajac do luksusow mieszkania samej w pokoju.. niedobrze.. bedzie ciezko jak powroca dormy:):) Oczywiscie obsluga nie mowila po angielsku, ale wszyscy byli tak niesamowicie mili, ze rekami, nogami mozna bylo sie dogadac we wszystkim:)
Tego wieczorka pospacerowalam jeszcze po miescie, zwiedzilam nocny targ, na ktorym zjadlam lokalny przysmak. Otoz nieswiadoma, jak zawsze jedzac na ulicy, wybralam sobie zestaw przygotowanych warzyw i miesa na patykach. Jak dotychczas taki zestaw wrzucany byl do zupy i po kilku minutach dostawalo sie pyszna zupke na ksztalt naszego rosolu (ale znacznie bardziej pikantny), ktory z trzesacymi uszami wcinalam paleczkami:) Tak tak.. tu rowniez zupy je sie paleczkami.. moje usta nie widzialy lyzki od wiekow..po powrocie tylko Paleczki!!! Ale tu zaskoczenie. Pani podala mi ugotowane specjaly na patykach osobno, do tego jakis sos o smaku slodkiego toffi, a do tego bardzo slony makaron. Oczywiscie nie wiedzialm jak to jesc, ale zaraz znalazla sie gromadka gapiow, ktorzy bardzo chetnie pomogli i z usmiechem na ustach wskazali co sie z tym robi:) Jak sie potem okazalo jest to znane danie dla prowincji Shandong...kolejny lokalny specjal zaliczony (koszt 4.5Y). Co jeszcze zwrocilo moja uwage w miescie.. oczywiscie wieczorem wszyscy wychodza na spacerki, wszedzie porozstawiane sa stoly do bilarda, a wielu Chinczykow cwiczy i uprawia rozne sporty. Przez przypadek trafialam tez do miejsca gdzie Chinczycy jezdza na rolkach. Takie swoiste suche lodowisko, gdzie wypozycza sie rolki i jezdzi w koleczko przy muzyce. Trzeba przyznac, ze niektorzy sa naprawde dobrzy w takiej jezdzie. Moje nogi niemal nie mogly wytrzymac tak rwaly sie do jazdy, ale mimo zachety lokalnych Chinczykow, nie zgodzilam sie.. balam sie, ze bede jedyna lamaga na scenie...to bylby ubaw.. Europejka lamaga:):) hihihi...Zreszta jestem zbyt niesmiala na takie pokazy.. i tak juz bez jazdy lamagi wszyscy na mnie patrza, a co byloby gdybym wyprawiala piruety na scenie:) hihi.
Nastepnego dnia rano wybralam sie w gorki. Autobusem numer 3 dostalam sie do glownej bramy skad prowadza szlaki na gore Taishan (1545 m npm) - wstep 125Y. Niestety pogoda z rana nie dopisala, bo bylo bardzo mgliscie i tylko co jakis czas zarysy gor wylanialy sie wokolo. Na gore mozna dostac sie kilkoma sposobami. Najlatwiejsza wersja to przejazdzka autobusem zachodnia droga z First Gate of Heaven (okolo 18Y), a potem kolejka na sam szczyt. Badz wersja dla spragnionych wysilku - droga wschodnia - a wiec czterogodzinna wspinaczka po stromych schodach. Ja oczywiscie wybralam to drugie:):) Co ciekawe przez caly dzien nie spotkalam zadnego obcokrajowcy, ale prosze nie pytajcie ilu Chinczykow minelam. Wow... Dalo sie poczuc, ze jest ich na swiecie tak wielu.. a do tego te zdjecia. Postanowialm nawet liczyc ile zdjec sobie robili ze mna, ale zgubilam sie przy 55tym... nie chce nawet myslec ile bylo ich na koniec dnia..musze koniecznie wprowadzic te oplaty. Zostane bogaczem.:)
Cale podejscie poprowadzone jest stromymi schodami. Trzeba porzyznac, ze sa naprawde bardzo, bardzo strome i czlowiek musi wylac wiele potu, aby wdrapac sie na szczyt.Ale na pewno warto. Po drodze mija sie oczywiscie liczne swiatynie, gdzie mozna nabyc kadzidelka i modlic sie do wszystkich mozliwych bostw. Niektore z tych swiatyn byly naprawde ciekawe. Na szczycie obok wielu kramow z pamiatkami znajduja sie tarasy widokowe, swiatynie i liczne domy typowe dla zabudowy chinskiej, z wydluzonymi dachami i specyficznymi szarymi dachowkami. W najwyzszym punkcie gory zbudowana jest swiatynia Jade Emperior Temple, gdzie wszyscy skladaja modly i przywieszaja klodki na znak oddania wierze. Poza tym wokolo jest wiele miejsc gdzie mozna podziwiac widoki na okoliczne gorki i zlapac chwile wytchnienia. Miejsc do zdjec jest wiele i co ciekawe Chinczycy na kazdym kroku korzystaja z uslug fotografow, ktorzy oferuja zrobienie i wydrukowanie zdjec z najwazniejszymi zabytkami, badz punktami widokowymi. Ja mialam ta przyjemniosc, ze jedni z ich upodobali sobie moja osobe i zafundowali mi sesje zdjeciowa za darmo, a na koniec wreczyli wydrukowane zdjecia. Nie wspomnie juz o tym, ze oecnie moje zdjecie widnieje na reklamie tych fotografow.. WOW.. czyzby kolejna profesja?? Szkoda tylko, ze znow nie dostaje zadnego wynagrodzenia...:(
Po dluzszym odpoczynku i delektowaniu sie pieknymi widokami przyszedl czas na zejscie. Pierwsza czesc obejmowa ponad 6000 schodow i to zajelo mi okolo 2 godziny. Ale jaka stromizna. Gdy schodzialam w mojej glowie pojawila sie mysl.. moze dobrze, ze rano byla mgla.. wchodzenie w widokiem, co cie czeka nie jest motywujace, szczegolnie gdy widzisz niemal pionowe schody:):) Potem kolejne poltorej godziny juz na sam dol do First Gate Heaven. Tu probowalam zlapac powrotny autobus do miasta, jednak po dlugim oczekiwaniu okazalo sie, ze autobusy kursuja tylko do 18tej, wiec nie pozostalo mi nic innego jak podreptanie 40 min na piechotke aby dostac sie do dworca kolejowego. Tego dnia musialam jeszcze kupic bilet do Xian. Jakiez bylo jednak moje zaskoczenie, gdy na dworcu w kasie Pani powiedziala, ze nie moze mi sprzedac biletu na wybrany przeze mnie pociag. Niestety nie mowila po angielsku wiec nie wiedzialam dlaczego,ale tu z pomoca przyszla mi kolejna dobra duszyczka - mloda dziewczyna, ktora i tym razem zabawila sie w tlumacza. Okazalo sie wiec, ze na stacji w Taishan bilet na pociag w przedziale sypialnym nalezy zarezerwowac 9 dni przed odjazdem pociagu. Wyobrazacie sobie!!! Ja nie moglam w to uwierzyc. Pierwszy raz sie z takim czyms spotkalam. Jak sie potem okazalo podobno powodem sa ogromen tlumy jakie chca podrozowac sleeper'ami. Niemniej dla mnie to bylo zaskoczenie. Tym spsobem jedym dostepnym dla mnie pociagiem byl najwolniejszy i najtanszy pociag numer 1161, gdzie dostalam miejsce hard seat'er za skromna oplata 64Y. Wszystko byloby pieknie gdyby tylko nie mysl, ze mam jechac tym pociagiem 17 godzin. To bedzie koszmar...tyle godzin siedzac razem z Chinczykami na niewygodnym siedzeniu. WOW... Nasuwaja mi sie wspomnienia z Wietnamu. Tam to przezylam razem z Borowka, wiec dlaczego i tego mam nie przezyc...ale jakim kosztem psychicznym:) No coz.. inni podrozuja to i ja moge:):):)
Kolejne wiesci z antycznego miasta Xian, gdzie okaze sie czy Chiny beda moim domem przez kolejny miesiac czy tez czas juz wracac do Polski:) Wierze jednak, ze PSB okaze sie dobroduszny i przedluzy mi wize:) W Xian czeka na mnie rowniez przyjaciel z Emeishan -Shun!! To bedzie piekny czas!

Qufu...powrot do epoki Konfucjusza:)

12.06.2008
Noc w pociagu jak zwykle przespana.. jakos nie mam problemow z jazda w przedziale hard sleeper'ow. To chyba dobry znak:):) Nawet odglosy placzacych dzieci, rozmawiajacych dziadkow nie przeszkadzaja:)... Widac chinski klimat sprzyja spaniu:):). Moze wiec warto pomyslec o malym biznesie... osoby cierpiace na bezsennosc...mozna by tak bylo umieszczac je w pomieszczniach na wzor hard sleeper'ow. Sukces murowany, a choroba idzie w niepamiec:):)
O 8-mej zbudzila mnie pani konduktor informujac, ze dojechalismy do Yanzhou- miasteczka oddalonego o pol godziny drogi od Qufu. Stad bardzo szybko udalo mi sie zlapac lokalny autobus do Qufu (5Y), gdzie zjawilam sie okolo 9tej. To prawda, ze na dworcu mialam drobne problemy w porozumieniu sie (nikt oczywiscie nie mowi po angielsku), ale po 20 minutach uzywania kartek, rak udalo mi sie zakupic bilet na popoludnie do Taishan:) - cena 20Y.Oczywiscie nie mialam zamiaru zwiedzac z wielkim plecakiem na barkach, wiec zostawilam swoj dobytek w sklepiku na dworcu (pierwsza kwota wynosila 5Y, ale nie poddalam sie tak latwo, udalo nam sie zejsc do 2Y):) Mialam tylko nadzieje, ze jak wroce to sklepik bedzie nadal istnial, a moj bagaz bedzie lezal wsrod salat i ogorkow, w stanie w jakim go zostawilam:):):)
Wstep do dawnej posiadlosci Konfucjusza to koszt 150Y. Caly kompleks sklada sie z dwoch glownych czesci - Confucius Mansions i Confucuis Temple. Dodatkowo bilet obejmuje jeszcze wejscie na Cmentarz Konfucjusza:) Caly kompleks skalada sie z ogromnej liczny budynkow, swiatyn, bram, ogrodow, halli. Samo Confucius Mansions to 450 pomieszczen z czego niestety wiele jest niedostepna dla turystow, a niektore mozna ogladac tylko przez szybe..Nie jest to wygodne i ciezko poczuc klimat miejsca. Jednak dla wielu ludzi, szczegolnie Chinczykow, to miejsce jest niemal swiete. Zreszta nie mo sie co dziwic skoro konfucjonizm uchodzi za trzecia religie w Chinach. Ale czas swietnosci tej doktryny nie byl wieczny.. szcegolnie w czasie rewolucji kulturalnej, konfuzjonizm uznany zostal jako przezytek i wiele zabytkow w miescie Konfucjusza zostalo zniszczonych i poszlo w zapomnienie. Na mnie najwieksze wrazenie zrobila jednak sama swiatynia - zespol halli, pawilonow, bram (Dacheng Gate, Dacheng Hall, Cahmber Hall, Shengji Hall, Holy Kitchen, Family Temple, Lu Wall, Bell Tower). Tu dalo sie poczuc klimat dawnej epoki:)
Na koniec udalam sie na cmentarz Konfucjusza, gdzie mozna podziwiac grobowiec wielkiego mysliciela, jak i calej jego rodziny i rzeszy wyznawcow. Sam cmentarz jest naprawde wielki i mozna spacerowac po nim ze dwie godziny, mi jednk nie starczylo na to czasu.. O 5tej mialam autobus do Taishan, wiec niemal jak sprinter biegiem udalam sie na dworzec. Spocona, zdyszana, zabralam moj plecack z grona salat i marchewek i usadowilam sie w malym autobusiku, w ktorym jak zwykle robilam za atrakcje. Ja siedziealm z tylu, a wszyscy zmaiast patrzec do przodu podziwiali moja osobe na tylach.. Achhhh .. czy ja sie kiedys do tego przyzwyczaje??
Kolejne wiesci ze swietej gory taoizmu - Taishan!

Shanghai - niemal jak w domu:):)

5.06- 11.06.2008
Shanghai okazal sie moim prawdziwym domem przez kolejny tydzien.To niesamowite jakie uczucia mna zawladnely, gdy pojawilam sie u Marzeny w domu. Pierwszy raz od 4 miesiecy poczulam sie jak w domu.. wlasny pokoj, wlasne lozko, kapiel w wannie, pachnace ubrania po praniu, pelna swoboda i prywatnosc.. to odczucia jakie byly mi obce, a ku mojemu zaskoczeniu okazalo sie, ze bardzo mi ich brakowalo... Wczesniej tego nie czulam, ale gdy poczulam, nie moglam zmusic sie niemal do niczego.. moze po kilku miesiacach podrowania organizm potrzebuje zatrzymania sie.. odpoczynku.. nic nierobienia?? kto wie??a moze tak mi sie podoba w Chinach, ze zachcialo mi sie tu zostac na dluzej i nic nie robic?? hmmm?? no ktoz wie...
Nie pozostalam jednak calkowicie bierna, poza leniuchowaniem i ogladaniem filmow, lezeniem w lozku udalo mi sie tez troszke pozwiedzac:) Ale zacznijmy od poczatku:)
Przyjechalam do Shanghaju poprannym pociagiem z Suzhou (15Y). Bagaze zostawilam w przechowalni na dworcu kolejowym. Niestety drogo sobie za to licza. Zaplacilam 20Y i to po dlugich negocjacjach. Spacerkiem dotarlam do glownego placu Shanghaju - Renmin Square. Wokolo olbrzymie wiezowce, ulice pelne pieknie wystrojonych Chinczykow, niemal istny pokaz mody:), na drogach masa samochodow, trabiacych, jezdzacych na czerwonym. A czlowiek czuje sie taki malutki...I te budynki - wielkoludy o roznorakich ksztaltach. To swoisty znak rozpoznawczy Shanghaju. Na poczatek udalam sie do Swiatyni Jade Buddha Temple (wstep 20Y). Niestety i tym razem musze napisac..swiatynia jak swiatynia. Wiele posagow, liczne zlocenia i wszedzie unoszacy sie dym palonych kadzidelek. To piekny klimat, ale na ta chwile juz niemal kazda swiatynia wydaje sie taka sama:) Moze jezeli przejde na buddyzm moje odczucia bede inne. Hmm.. trzeba sie nad tym zastanowic:):)
Potem zawitalam do Shanghai Muzeum. Trzeba przyznac, ze tegoroczna olimpiada na cos sie tu przydala, bo jak sie okazalo wstep byl darmowy. Chinczycy postanowili edukowac turystow za darmo i przedstawiac piekny obraz Chin:):) Samo muzeum bardzo ciekawe, chyba najlepsze jakie do tej pory widzialam w Chinach. Podobal mi sie zbior kaligrafii, rzezb, starych monet i strojow mniejszoci narodowych. Nie jestem zwolenniczka muzeow, ale to przypadlo mi do gustu:).
Potem jednak wydarzyla sie dosc niemila historia.. ku przestrodze innych opisze jak dalam sie oszukac. Pierwszy raz w czasie wyjazdu zaufalam i zostalam oszukana... no coz.. kiedys musi byc ten pierwszy raz:):) Otoz zaczepila mnie para mlodych Chinczykow, przedstawiajac sie jako studenci z Pekinu na wakacjach. Takie sytuacje i takie znajomosci zdarzaly mi sie dotychczas na kazdym kroku, wiec nie odebralam tego jako cos dziwnego, a jednak zdarzaja sie wyjatki. Zaproponowali wspolne pojscie na prezentacje herbaty. Nie spodziewalam sie, ze wszystko bedzie podstawione, zaaranzowane, a ja potem dostane rachunek na niebagatelna kwote, ktora powalila mnie na kolana. no coz.. musialam zaplacic za swoja naiwnosc. Podobno takie szajki sa typowe dla Pekinu, wiec przestroga dla wszystkich.. nie dajcie sie nigdy namowic na prezentacje herbaty, bo bedzie to najdrozsza wasza herbata w zyciu:) Ja sprawdzilam i nie polecam:):) Wole zwykla czarna z saszetki.. i na pewno znacznie tansza:)No coz.. moje kolejne doswiadczenie.. nastepnym razem pozostane przy piciu wody, a nie bede porywac sie na arystokratyczne herbatki:):)
Wieczorekim dostalam sie metrem do mieszkania Marzeny, ktora byla na tyle kochana ze zaproponowala mi wikt i opierunek w Shanghaju. Marzenko, dziekuje ci za wszystko:) To byl piekny czas dla mnie:)
Kolejnego dnia obok leniuchowania udalo mi sie zwiedzic dzielnice Pudong. Tu rowniez nierozlacznym elementem krajobrazu sa wielkie wiezowce. Na jeden z nich udalo mi sie nawet wjechac - Jinmao Tower (wstep -70Y), na wysokie 88 pietro:) Tym sposobem mialam okazje podziwiac Shanghai wieczorem z wysokosci 420.5 metrow:) Szkoda tylko ze towarzyszyly mi hordy Chinczykow:( Trzeba jednak przyznac, ze sama wysokosc robi wrazenie. Poza tym widoki rozposcieraja sie na slawetna Wieze Telewizyjna Shanghaju i slawetny Bund. Niestety nie da sie zrobic fajnych zdjec i widoki pozostaja tylko w glowie. Caly taras widokowy jest oszklony i o zdjeciach mozna zapomniec, szczegolnie noca.
Kolejna shanghajska atrakcja byla przejazdzka najszybszym pociagiem na swiecie - Madlew'em - z predkoscia 420km/h. To pociag ktory w ciagu 7 minut przemierza 30km miedzy Pudongiem a lotniskiem w Shanghaju. To prawda, ze nie mailam zadnego lotu z lotniska i nie bylo potrzeby przejazdzki na lotnisko, jednak sama okazaja jazdy taka predkoscia skusila mnie na zakup biletu... i to w obie strony... jak szalac z predkoscia 420 km.h to szalec:) (przejazd w obie strony 80Y). Co ciekawe tym sposobem pokonalam 60 km w 14 minut:):) To sie nazywa jazda.:) Sam pociag wyglada jak pojazd kosmiczny, sunacy po platformie. Oczywiscie gdy siedzi sie w srodku, nie czuje sie predkosci, ale patrzac na malutkie smaochody mijane co chwila po bokach czlowiek uswiadamia sobie.. wow... my jedziemy naprawde szybko:):)
Kolejny dzionek rozpoczelysmy z Marzena od wizyty w kinie. W koncu trzeba rowniez sprawdzic jak wygladaja chinskie kina:):) Otoz calkowicie normalnie, europejsko... jedyna roznica to zachowanie Chinczykow, ktorzy podczas filmu glosno jedza, rozmawiaja i czasem odbieraja telefony:) Nie poszlysmy na chinski film ("Opowiesci z Narnii"), ale chinskie napisy towarzyszyly nam przez caly seans:) Cena biletu to 35Y, to tak dla informacji dla zainteresowanych:)
Potem udalo mi sie zwiedzic bardzo specyficzna dzielnice Shanghaju, tzw French Concession. To dzielnica malych domkow, waskich uliczek, ukrytych za kilkoma glownymi ulicami. Jak tylko zeszlo sie z glownej drogi, weszlo w podworko, obraz jaki pojawial sie przed oczami zaskakiwal, a czasem nawet przerazal. Niemal jak slamsy... ubrania wiszace na sznurkach, smietniki pod sciana, zlewy przy wejsciach do domu, waskie przejscia niemal jak w obozach.. kosmos.. i pomyslec, ze jest to centrum Shanghaju, wychodzisz dwie ulice dalej i znajdujesz sie w gaszczu olbrzymich wiezowcow. Az ciezko w to uwierzyc. Oczywiscie French Concesision to rowniez dzielnica ladnych willi, gdzie mieszka wielu obcokrajowcow i te wille na pewno wyrozniaja sie z tlumu wiezowcow, niemniej chyba juz tak bardzo nie szokuja jak swoiste slamsy:):) Tego tez dnia wieczorem probowalam dostac sie na pokaz akrobatow w teatrze w Shanghaju (bloet 100Y), jednak z powodu deszczu i przeogromnego tlumu w metro spoznilam sie 20 minut i nie udalo mi sie kupic biletu. Jednek jeden pech pociagnal za soba jedna pozytywna rzecz- tuz przy kasach poznalam dwojke Polakow - Agate i Leszka. Oboje mieszkaja w Autralii i tam tez pracuja. Wlasnie przyjechali na dwa tygodnie urlopu do Chin. Jezyki nam sie rozwiazaly, ze nawet nie wiem jak to sie stalo, ze rozmawialismy na ulicy ponad 2 godziny:):) Jak milo jest rozmwaiac w ojczystym jezyku:) Chinski to nadal czarna magia, angileski juz nudny,, a polski taki piekny:):) Tak milo spedzilismy czas, ze na tym sie nie skonczylo:) Nastepnego dnia umowilismy sie na wspolne zwiedzanie slawetnych ogrodow w Shanghaju i Old Town. I trzeba przyznac ze te miejsca zrobily na mnie niesamowiete wrazenie. Nikt by nie przypuszczal, ze to Shanghaj.... Stare miasto w platanienie wiezowcow... Stare drewniane domki o charakterystycznej chinskiej zabudowie.. a same ogrody. WOW.. widzialam juz wiele, ale ogrody - Yu Yuan Garden - przebily wszystkie dotychczasowe (wstep 40Y). Tego miejsca nie mozna przegapic. Co ciekawe zaraz jak wyjdzie sie z Old Town, trafia sie na kolejnej dzielnicy slamsow. Waskie uliczki, brud, balagan, smieci w kazdym kacie, biedni ludzie siedzacy i nic nierobiacy.. taki swoisty klimat slamsow:)
Tu razem z moimi kompanami trafilismy na targ, gdzie moglismy podziwiac wszystko.. poczawszy od specyficznych owocow, warzyw, po patroszone na zywca kurczaczki, czy zabijane na zywo zolwie.. masakra. Na koniec udalo mi sie jeszcze przespacerowac po Bund'zie, a wiec najbardziej znanym shanghajskim deptaku z widokiem na wiezowce Pudong'u (piekny widok jest rowniez wieczorem, gdy caly Shanghaj jest oswietlony i kazdy wiezowec wyglada jak wielka jasna zjawa na tle ciemnosci:) polecam! trzeba jednak pamietac, ze jest to najbardziej zatloczone miejsce w miescie, tysiace ludzi z paratami, pamiatkami, czyli typowe Chiny:) Nic zaskakujacego:):):). Potem spacerkiem przez najbardziej znana ulice w Shanghaju - East Nanjing Road z licznymi sklepami i neonami, udalam sie do metra skad wrocilam do zacisznego mieszkanka Marzeny. Zapomnialam wspomniec o specyficznych osiedlach jakie isninieja w Chinach. Otoz, w lepszych dzielnicach, kazde osiedle jest zamykane, ogrodzone.,Dostac sie mozna do nich przez wyznaczone wejscia, pilnowalne przez straznikow 24h. W srodku osiedla jest nawet staw, park, slychac odglosy zab.. WOW.. niemal jak na wsi:) Jednak nie moze byc tak idealnie.. jak mi potem Marzena wyjasnila, nie ma w stawie zadnych zab, a dla relaksu mieszkancom puszcza sie ten dzwiek z tasmy. To sie nazywa chinska pomyslowosc:):) Moze w Polsce zaby tez nie istnieja, a na moim kochanym zernickim stawie ktos zamontowal glosniki?? Po poworocie musze to koniecznie sprawdzic:):)
I tak dobiegl konca moj 7-miodniowy pobyt w Shanghaju. To byl piekny czas. Wieczorem wzielam nocny pociag do Qufu (166Y/hard sleeper), gdzie przyszlo mi wrocic do epoki Konfucjusza.. Calkowicie inny klimat po wielkim miescie:)

środa, 4 czerwca 2008

Hangshou, Wuzhen, Suzhou, Tongli - kraina ogrodow i kanalow!

Suzhou




















Wuzhen













Hangshou












1.05 - 4.05.2008
Do Hangzhou przybylam poznym wieczorem. Niby planowo autobus powinnien zajechac do miasta po trzech godzinach, ale jakims sposobem droga przedluzyla sie do 4.5h. Nie ma jak chinska punktualnosc:) Wysiadlam na West Bus Station niewiedzac jak dostac sie do centrum, byo juz ciemno, autobusow juz nie bylo, nikt nie mowil po angielsku, aby podpowiedziec jak sie stad wydostac...wiec nie pozostalo nic innego jak wziac taksowke. Mialam jednak troszke szczescia, gdyz spotkalam innego turyste z Wegier i razem zabralismy sie w okolice jeziora. Niestety w pierwszym hostelu nie bylo wolnych miejsc, ale nieopodal znalazl sie kolejny - 4 Eyes International Hostel, w ktorym za skromna oplate 20Y dostalam lozko w dormie z lazienka. WOW... Jedynym mankamentem byl fakt, ze pokoj dzielilam z piecioma Chinczykami. Dla mnie nie byl to problem, ale musielibyscie widziec ich zdziwienie, gdy zjawialam sie w pokoju. Nie sa chyba przyzwyczejani do dzielenia pokoju z obcokrajowcem i to jeszcze jedna dziewczyna. No coz.. nie mieli wyboru:):):) Tego wieczorku zjadlam jeszcze zupke w przydrozym barze (3Y) i oddalam sie odpoczynkowi:)
Kolejnego dnia przyszedl czas na zwiedzanie slawetnego miasta Hangzhou z przepieknym jeziorem West Lake (Xi Lu). Jezioro jest stosunkowo duze, jednak wokolo poprowadzone sa liczne sciezki, ktorymi spaceruja tysiace ludzi. Trafilam na niedziele, wiec mozecie sobie wyobrazic jakie tlumy sie tam zgromadzily. Niemniej miejsce nie tracilo uroku:) Obeszlam wiec jezioro wokolo (co zajelo ok 5h), a potem zawitalam do Yellow Dragon Cave Park. Park polozony jest na wzgorzu co sprawia, ze bedac na szczycie mozna podziwiac widok na cale miasto Hangzhou z wielkimi wiezowcami, jezioro i okoliczne wzgorza. Widok jest oszalamiajacy. Potem pospacerowalam jeszcze dwoma deptakami poprowadzonymi przez srodek jeziora - Sudi Causeway i Baidi Causeway. Tu tez poznalam trzech przemilych Chinczykow, z ktorymi spedzilam kolejne trzy godziny podziwiajac gre swiatel i wody na jeziorze (co pol godziny jest pokaz wodny dla turystow:). Hangzhou pomimo swoich rozmairow jest pieknym miastem, bardzo czystym, pieknie zagospodarowanym i mimo olbrzymiej ilosci mieszkancow i samochodow, mozna znalezc tu wiele miejsc i parkow na odpoczynek. To chyba pierwsze takie miasto na mojej liscie... Inne wielkie miasta przytlaczaly swym rozmiarem.
Nastepnego dnia opuscilam przemily hostel i z samego rana udalam sie do Wuzhen - wodnego miasta polozonego godzine drogi od Hangzhou. Najpierw wzielam autobus nr Y7 spod mojego hostelu, gdyz musialam dostac sie na East Bus Station co oznaczalo przedarcie sie przez cale miasto. Zajelo to ponad godzine, ale udalo sie. Potem zakup biletu (28Y) i kolejny autobus tym razem do Wuzhen. Jak sie okazalo Wuzhen to mala miescina, na ktorej dworzec przypomina slamsy. Nie ucieszylo mnie to jednak, bo moj plan zakladal dostanie sie tego samego dnia do Suzhou, a jak sie okazalo ...stad autobusy do tej miejscowosci nie odjezdzaja:( wiec musialam niezle pokombinowac, ale o tym potem.
Samo Wuzhen znane jest jako wodne miasto z licznymi starymi, waskimi uliczkami poprzecinanymi kanalami. Wstap niebagatelny, bo 100Y, no coz.. za doznania emocjonalne w Chinach placi sie sporo:) Zostawialm bagaze tuz przy kasie i udalam sie na zwiedzanie starowki. Tu zaraz przy wejsciu poznalam Patric'a - Chinczyka mieszkajacego w Kanadzie i kolejne 4 godziny spedzilam wlasnie z nim. Ogladalismy liczne muzea - jedwabiu, produkcji wina, materialow, rzezb i oczywiscie platanine waskich uliczek i kanalow. To miejsce ma swoj mistyczny klimat, niestety zaburzany licznymi wycieczkami chinskich grup:( Okolo 16tej przyszedl jednak czas na rozstanie, ja udalam sie do dworzec "slamsow", a Patric wrocil do Shanghaju. Jak wydostalam sie z miasta? Otoz najpierw wzielam autobus do polozonego o pol godziny drogi miasteczka Tong Xiang (4Y), skad zlapalam kolejny autobus do Suzhou (27Y). Udalo sie. Do miasta ogrodow dojechalismy okolo 18tej na North Bus Station. Tu malo nie oszalalam, bo ilosc nagabywaczy i oferujacych taxi badz podwiezienie przerosla moja cierpliwosc i myslalam, ze ich pozabijam. A ja postanowilam sie przespacerowac. Ale nie.. oni nie rozumieja slowa NIE.... mowisz nie, a on bedzie za toba szedl, powiesz trzy razy, a on nadal bedzie szedl.. a jak odejdzie, zaraz znajdzie sie kolejny z zapytaniem czy mnie gdzes nie podwiezc.. WOW.. ale to jest irytujace!!
Nocleg znalazlam w schowanym w malej uliczce hostelu Suzhou Joya Youth Hostel (30Y/lozko). Hostel jest maly, ale ma niesamowity klimat. I co najwazniejsze nie jest bardzo znany ani rekomendowany przez LP, wiec nie ma tu wielu turystow. Wieczorkiem wybralam sie z Old Town (gdzie miesci sie hostel) na przechadzke po centrum. To niesamowite jakim polaczeniem jest Suzhou. Z jednej strony male domki, waskie uliczki, a zaraz potem wiezowce, wielkie ulice, oswietlone deptaki, z licznymi sklepami i tlumami mlodziezy. Niesamowiete polaczenie i pomyslec, ze z jednego miejsca do drugiego przechodzi sie w ciagu 10 minut:) Same Suzhou slynne jest z licznych ogrodow, ktore zostaly wpisane na liste swiatowego dziedzictwa kulturowego. Ich zwiedzanie zaplanowalam na kolejny dzionek:)
Zaczelam od najwiekszego ogrodu - Humble Administrator's Garden (wstep 70Y). Ogrod faktycznie piekny z licznymi jeziorkami, pagodami, mostkami, skalami i niesamowita roslinnoscia. Trzeba przyznac, ze robi wrazenie. Potem przyszedl czas na pagode - North Temple Pagoda (wstep 25Y). Warto tu zawitac, bo mozna podziwiac widok z gory na cale Suzhou, zarowno na starowke, jak i nowoczstana czesc miasta z wiezowcami. Dalej podreptalam do ogrodu - Garden to Linger In (wstep 40Y) i ten chyba najbardziej mi sie podobal. Z licznymi skalami, jeziorami.. jakis taki inny, bardziej mistyczny klimat. Ostatnim na mojej liscie byl Garden of the Master of the Nets (30Y), maly, ale rownie urokliwy. Oczywiscie Suzhou ma znacznie wiecej ogrodow, ale nie sposob jest je zwiedzic w jeden dzionek. Wieczorkiem wraz z grupa zwariowanych turystow z hotelu wybralismy sie na miasto do baru. Nie naleze raczej do osob, ktore uwielbiaja taki sposob spedzania czasu, ale trzeba przyznac, ze bawialam sie wyborowo.. moze dlatego, ze lala sie masa wodki.. a Drahanka lubi takie rzeczy. Moze nie spozywa alkoholu zbyt czesto, ale jak zasiadzie to potrafi pokazac jak silna glowke ma:) Potem co ciekawe poszlismy do salonu chinskich gier. Ubaw nieziemski... Rzucanie pilek, wyscigi samochodowe, tance na podium zgodnie ze wskazaniami na ekranie, zabawa w perkusiste, gry w karty.. i tysiace innych. Wydaje sie, ze to zabawy dla dzieci, ale trzeba przyznac, ze czlowiek sie wkreca i nie moze przestac. A ile smiechu jest przy tym... stare konie stojace na podium i tuptajace jak im wskaze komuter.hihihi.. Do tego ta smieszna chinska muzyka, boki zrywac:) Polecam kazdemu, od najmlodszego do najstarszego.. kazdy znajdzie tu cosik dla siebie:) Potem wizyta w kolejnym barze i tym sposobem do hotelu zawitalismy okolo 3ciej w nocy:)
Nastepnego dnia wybralam sie do miejscowosci Tongli - kolejnego wodnego miasta. Okolo 10tej zlapalam autobus z Suzhou do Tongli (8Y), gdzie dotarlam po 50 minutach jazdy. Wstep do miasta to 80Y, przy czym za odwiedziny w Muzeum Seksu nalezy zaplacic osobno (Sex Culture Museum - wstep 20Y). Tak, tak... to miejsce slynie nie tylko z pieknej starowki, licznych kanalow i mostow, ale rowniez pierwszego w Chinach muzeum seksu. Trzeba przyznac, ze jest to ogromny postep na drodze otwierania sie Chin na tematy tabu.... Samo muzeum miesci okolo 1600 figur, statuetek, rzezb i innych eksponatow zwiazanych z seksem. Trzeba przyznac ze nadal czuje sie tu mala cenzure, jednak i tak wiele ciekawych rzeczy mozna sie dowiedziec i zobaczyc (np. figurki przedstawiajace postacie podczas uniesienia z okresu 3000 lat przed nasz era - a wiec jakies 5000 lat temu). To sie nazywa eksponat:):)
Oprocz poznawania tajnikow chinskiego seksu miasto sprzyja licznym spacerom wzdluz kanalow, przez bardzo waskie i dlugie uliczki. W ramach biletu rowniez mozna odwiedzic wiele muzeow, pagode (The Pearl Tower), holli (Yiayin Hall, Gengle Hall, Chongben Hall), ogrody (Tuisi Garden). Slawnym miejscem jest plac, w ktorym rzeka rozchodzi sie na trzy strony, a na kazdym odgalezieniu znajduje sie most. Sa to tzw trzy slawetne mosty Tongli - Jili, Changqing i Taiping Bridge. Miejsce z niesamowitym klimatem!!!
Okolo 18tej zlapalam autobus do Suzhou (8Y), gdzie na dworcu kolejowym nabylam bilet do Shanghaju na kolejny dzien (15Y).
Nastepne opowiesci z miasta wiezowcow i ukrytego slonca.