wtorek, 23 września 2008

Nako i przecudny trekking do Tashigang & Somang

Początek przygody!!
Wyruszamy z Kaza do Nako..chłopcy pakują plecaki na dach autobusu:)
Tu zepsuł sie nasz autobus:)



Ja jednak wykorzystalam czas naprawy na podziwianie widokow...
.. oto kilka z nich:)



A to juz droga dalej.. zmierzamy do NAKO:)



Jak widac nie ma wiele miejsca miedzy kołami autobusu, a zboczem..
Ale to i tak lagodniejsza wersja.. czasem ta odleglosci liczona moze byc w milimetrach:)









Typowy dla Himachal strój kobiecy!





Autobus piął sie coraz wyzej, przemierzal coraz wiecej zakretow.. nie ma jak podrozowanie w Himalajach:)


Za tym zakretem czekalo na nas zwalisko:)
Niemal dojezdzamy do Nako:)






Dojechalismy do Nako, przyszedl wiec czas na poszukiwanie noclegu:)
Nako pochloniete bylo zniwami w te dni:)









Tybetanskie elemnty widzoczne byly w kazdym miejscu wioski:)








Widok na Nako (3663 m npm) i Himalaje w oddali:)











Droga do Maling:)
I przecudowne nepalskie pociechy:)










Niestety przez caly dzien, gdy rodzice pracuja, pozostawione sa same sobie:(




Nako o pranku:)

Nako w celej okazlosci:)





Przystanek w drodze do Tashigang!

Kolejne zdjecia to widoki z drogi do Tashigang!




























A to MY i Himalaje:)




























A to nasi towarzysze podróży.. pojawiali sie na kazdym kroku:)










Ostatni przystanek przed wioska:) Dwa leniuchy:)

Dotarlismy do Tashigang, skad rozposcieraly sie piekne widoki na okolice!!

Widok spod Gompy, gdzie leniuchowalismy:)


Mieszkanka Tashigang...Wydawalo sie, ze ma okolo 90 lat:)
Takie pola to jedyne rozwiazanie dla mieszkancow na takiej wysokosci!

Tashigang Gompa!
Tu wlasnie odpoczywalismy...Pod murem mozna zobaczyc dwoch leniuchow:)
A to widok w druga strone z Gompy:) CUDO!







Za tym masywem znajduje sie Tybet:)


Podobnie tu.. za zakretem rzeki - po prawej stronie zaczyna sie Tybet:)

Niesamowite wejscie do domu:) Nie ma jak himalajska wioska:)
Widok z naszej chatki i piekny ksiezyc w gorach...wysokich gorach:):)

A tym sie rzadzilismy tego wieczora:) Warunki moze spartanskie, ale jedzonko wysmienite:)


A to juz widok, o ktorym wspominalam...towarzyszyl nam przez cala noc:)
Co sie dziwic, ze nie nmoglam spac:)








We wnetrzu tej chatki spedzilismy noc:)


W drodze do Somang... widok na Himalaje i pola uprawne mieszkanców Tashigang u podnoza:)






Manu jak zwykle objął przewodnictwo i zajal sie gotowaniem:)
w koncu jest królem kazdej kuchni:)
A to sympatyczny Lama, ktory mieszka w Somang
Manu pochloniety praca:)



Widoki z Somang:)




Wielka trójca po wyjsciu z Gompy:)


Lama posiada niesamowita zdolnosc przywolywania ptakow...
jak widac to jego najblizsi przyjaciele na takim pustkowiu:)

Niestety przyszedl czas zejscia i powrotu:(











Takie miejsca zdarzaly sie wielokrotnie. Czasem byly bardzo niebezpieczne, gdyz kamienie obsypywaly sie niespodziewanie...



Zerwany most na rzece... przyszedl czas na przygode:)

A to kosz, ktorym nalezy sie przedostac na druga strone:)
No i Drahanka w koszu:):) Hurraaa!!!
Jak widac sprawilo mi to wielka frajde:)



W oczekiwaniu na autobus do Nako!

Typowa himalajska droga:)





Widoki w drodze do Nako:)











Wioska Leo, do ktorej zawitalismy (powyzej pasa zieleni:):)







7-10.09.2008
To byl przecudowny czas gorach!!
Wczesnym porankiem (7.09.2008) wyjechalismy lokalnym autobusem z Kaza do Nako. Niestety wczesniejszego dnia zatrulam sie jakas potrawa i przez caly dzien dolegala mi niestrawnosc, co wcale nie pomagalo w przemierzaniu gorkich szlakow i tysiacach zakretów:):)
Jednak krajobrazy za oknem dodawaly energii. Wjezdzalismy naprawde wysoko, autobus piął sie coraz wyzej, mijal kolejne przepascie! Po bokach wznosily sie cudowne indyjskie Himalaje. Nie moglam uwierzyc, ze tu jestem, ze kazdego dnia jest coraz piekniej:)
Oczywiscie nie obeszlo sie bez przygod. Juz po godzinie jazdy autobus sie zepsul i spedzilismy godzinke w malej wioseczce czekajac na jego naprawienie. Byl to jednak mily przystanek, ktory pozwolil nam popodziwiac otoczenie, jak i podelektowac sie lokalnymi momos (tybetanska potrawa, podobna do naszych pierozkow:). Potem ciag dalszy jazdy...w dalszym ciagu droga do Nako byla powalajaca:)
Jak sie okazalo mielismy szczescie, gdyz jakis tydzien wczesniej kilka kilometrow przed Nako obsunela sie droga i nie bylo przejazdu. Autobusy dojezdzaly do zablokowanego miejsca, pasazerowie wysiadali, przechodzili zwalisko, a po drugiej stronie czekaly trucki, ktore dowozily ich do miasteczka. Tego dnia jednak droga zostala odblokowana... jezeli tak to mozna nazwac:), bo nadal autobus przejezdzal przez zwalisko z milimetrowa dokladnoscia. Brakowalo centymetrow, aby kola zwalily sie w przepasc. To bylo ciekawe doswiadczenie, przynajmniej ja to tak odebralam. Niestety inni podeszli do tego znacznie powazniej i wrecz zaczeli panikowac. Jednymi z pasazerow byli Izraelici, i jak to na nich przystalo, po raz kolejny robili halas i afery. Co chwila biegali do kierowcy, aby zwolnil, ze jedzie jak wariat, ze im zycie mile. Przyznam, ze bylo to bardzo przesadzone. To prawda, ze kierowcy jezdza w Himalajach stosunkow szybko, ale ich wiedza i umiejetnosci sa olbrzymie i niepodwazalne. Poczatkowo zawsze czlowiek ma obawy, ale widzac, jak sa w tym sprawni, pewni kazdego ruchu kierownica, nalezy im zaufac. Jak widac Izraelici jak zwykle woleli zwrocic na siebie uwage:)
Gdy przejechalismy zwalisko zostalo nam juz tylko kilka kilometrow do Nako. Widoki powalaly na kolana, nie mogalam sie napatrzec, nie moglam sie nadziwic i nacieszyc, ze tu jestem. Oczywiscie Manu i Gautam spali.. no i teraz nawet nie wiedza ile stracili:) Dobrze, ze ja nigdy nie spie w autobusie:)
Nako okazalo sie przepiekna wioska, polozona na wysokosci 3663 m npm. Jest to zarazem najwyzej polozona wioska w dolinie Kinnaur:) Nocleg znalezlismy w Nako View Lake Guesthouse (350 rupii za pokoj z widokiem na jezioro), polozonym tuz przy jeziorze. Co ciekawe przed nami guesthouse odwiedzili wspomniani wyzej Izraelici. Pytajac o wolny pokoj uslyszeli negatywna odpowiedz..no coz.. jak widac opinia na ich temat siega nawet takich zakamarkow jak Nako. Niemal w calych Indiach wlasciciele hoteli, czy restauracji narzekaja na Izraelitow, ktorzy imprezuja, hałasuja, niszcza wszystko co jest w pokojach. Coz sie dziwic skoro celem ich wizyty w Iniach jest tylko picie i palenie:(.
Pokoj byl przepiekny, wioska jeszcze bardziej. Tego popoludnia udalismy sie na spacerek po Nako. Ogladalismy piekna tybetanska zabudowe, ludzi, ktorzy pracowali przy zniwach, kobiety, ktore znosily snopki siana do wioski z okolicznych wzgorz. Nako to tybetanska wioska i taka atmosfera tu panuje. Jest uroczo!!! Na zachod slonca poszlismy na okoliczne wzgorze, skad rozposcieral sie widok na cala wioske i przecudowne Himalaje na horyzoncie.
Czulam, ze fruwam ze szczescia!!!:)
Po dosc ciezkiej nocy (ciag dalszy zatrucia), poranek tez nie nalezal do przyjemnych. Cale szescie, duza dawka kropli zołądkowych i jakos przeszlo:) Tego dnia zostalismy w Nako. Gautam, jako profesjonalny fotograf, postanowil oddac sie sesji fotograficznej wioski. Od rana wczuwal sie wiec w atmosfere mieszkancow, ich zycia i pstrykal zdjecia:) Ja z Manu wybralam sie na spacer do okolicznej wioski Maling. Widoki powalaly, a my czulismy sie jak w niebie. Po drodze spotkalismy grupke Nepalskich dzieciaczkow, niestety pozostawionych na drodze samym sobie. Rodzice zajeci praca na okolicznych drogach nie maja mozliwosci odpowiedzniego zatroszczenia sie o maluchy. Ja jednak wykorzystalam sytuacje i oddalam sie hucznej zabawie z nimi. Po 20 minutach nie chcieli mnie puscic... chcieli podnoszenia, biegania za nimi... to bylo slodkie. A usmiech na ich twarzach byl jeszcze bardziej budujacy:):)
Kolejnego dnia wybralismy sie na trekking z Nako do Tashigang. Udalo nam sie wstac wczesnie rano, moj zolądek nie wzywal pomocy, wiec w droge:) Pogoda byla przepiekna, a widoki nieziemskie:) Otoczeni Himalajami wedrowalismy pięć godzin przed siebie. W dolinie ciagnela sie National Highway no 22, a my tuptalismy dalej. Tashigang jest mala wioske u zejscia dwoch rzek - Satluj i Spiti w okregu Lahaul i Spiti. Lahaul i Spiti sa dwoma dolinami w prowincji Himachal, ktore leza na granicy indyjsko-tybetanskiej. Stad w kazdym elemencie krajobrazu, czy zabudowy wiosek widoczne sa wplywy tybetanskie.
Do Tashigang dotarlismy okolo 15-tej. Wioska polozna jest na stoku wysokiej gory, skalada sie z kikunastu domow i jednej tybetanskiej gompy. Widoki i atmosfera tego miejsca byla tak niesamowita, ze postanowilsimy zostac tu na noc. Oczywiscie nie ma tam zadnego hotelu, wiec liczylismy tylko na dobroc mieszkanki gompy - lamy (co ciekawa byla ona kobieta:) . Niestety jak sie okazalo, przychodzi ona do wioski tylko wieczorem, wiec czas oczekiwania na nia spedzilismy intergrujac sie z mieszkancami na polu (byli tak niesamowici, ze podarowali nam uprawiane warzywa - miedzy innymi cosik na ksztalt białej rzodkwi, ale znacznie wiekszej i słodszej:). Potem leniuchowalismy pod gompa, a na koniec ja wybralam sie na spacerek na okoliczna gore. Tam na skalkach potrenowalam sobie wspinaczke:):) Widoki byly niesamowite. Tuz przed nami wznosila sie przepiekna gora, za ktora juz byl Tybet. Bylismy na granicy z Tybetem!!!:) Niestety na druga strone nie ma dostepu i prowadzi tam tylko jedna droga, obslugiwana jedynie przez straz graniczna:(.
Około 19-tej, gdy siedzielismy na herbatce w gospodarstwie jednego z mieszkancow wioski, przybyla nasza wyczekiwana. opiekunka gompy. Byla tak kochana, ze dala nam schronienie tuz przy gompie. Warunki byly spartanskie, ale to wlasnie dodawalo niesamowitego klimatu temu miejscu. Dala nam wszystkie skladniki na ugotowanie obiadu, przygotowala ogien i chwiele zabawila swoim towarzystwem. Jak szybko sie pojawila, tak szybko znikla.. moze to taka tybetanska cecha:):)
Zostalismy sami i przy swietle swiec ugotowalismy jeden z przepyszniejszych posilkow, jakie dotychczas jadlam w Indiach:) Wcinajac warzywa z ryzem delektowalismy sie widokiem na 6 -ciotysieczniki. Niesamowite bylo to, ze w naszym domku w gornej czesci stropu byly swoiste okna (oczywiscie bez szyb), przez ktore rosposcieral sie widok na szczyty Himalajow. Taki widok mielismy przez cala noc, lezac na matach przykryci duza iloscia kocow podarowanych przez. lame.Obok szczytow widzoczny byl rowniez ksiezyc, ktory wedrowal z jednego konca na drugi. Az mi sie nie chcialo spac!!! Chlopcy oczywiscie smacznie chrapali, a ja wlepialam sie w otwor na scianie:) To byl niesamowity wieczor!!!
Kolejnego dnia (10.09.2008) wczesna pobudka o 6:30 i zbieranie sie w droge. Niestety z naszej ekipy tylko Gautam mial na tyle sily, aby wstac na wschod slonca. Ja i Manu wybralismy leniuchowaie w spiworach... no coz... czasem trzeba poleniuchowac:):) Spakowalismy plecaki, zrobilismy porzadek i nawet bez sniadania wybralismy sie w droge. Przed nami dojscie do Somang, miejsca gdzie znajduje sie kolejna przpiekna tybetanska gompa i gdzie w samotnosci zyje jeden lama:) Droga nie byla trudna. Poczatkowo schodzila stromo na dol, a potem piela sie pod gore. Po dwoch godzinach z pieknymi widokami po bokach dotarlismy na miejsce:) Somang to nic wiecej jak jedna gompa i przytwierdzona do niej mala chatka na stoku wysokich gor. Zamieszkujacy ja lama ugoscil nas nieziemsko. Pozwolil ugotowac makaron z warzywami, a nawet dolaczyl sie do nad do posilku. Oczywiscie za przodownika w kuchni robił Manu:):) On gdziekolwiek sie pojawi zaraz brata sobie wszystkich ludzi i staje sie szefem kuchni. Taki to juz jego urok:):)Gdy Manu zajal sie gotowaniem, ja oddalam sie podziwianiu okolicy. Siedzialam przed chatka i nie moglam uwierzyc, ze takie krajobrazy istnieja. I pomyslec, ze za przeciwleglym szczytem znajduje sie Tybet:) Miejsce, ktore tak bardzo pragne odwiedzic:)
To byl piekny, spokojny czas. Jedzonko, pyszna herbatka, a na koniec odwiedziny w malej swiatyni wykutej bezposrednio w skale. Tu Lama pokazywal nam zwoje z tybetanskimi modlitwami sprzed setek wiekow (Genialne!!). Znajduje sie tu równiez odbicie stopy lokalnego guru!.
Niestety okolo poludnia przyszedl czas powortu. Zejscie stosunkowo dlugie, z pieknymi widokami i sloncem prazacym prostu w twarz:) Po okolo trzech godzinach marszu zeszlismy do rzeki.. I tu niespodzianka. Okazalo sie, ze trzy lata temu zawalil sie most na rzece i dotychczas jeszcze nikt nie zajal sie jego naprawa. Aby przedostac sie na druga strone rzeki nalezalo wykorzystac specjalny kosz, ktory przeciagalo sie na druga strone:) Niezla frajda. To prawda na poczatek pojawia sie adrenalina, bo kosz zawieszony jest na duzej wysokosci, a ponizej plynie bardzo wartka gorska rzeka.. wiec wywoluje to emocje:):) Wystarczylo jednak ruszyc, a caly strach znikal i pojawial sie wielki banan na twarzy:) SUPER:)
Po tak interesujacej przeprawie przez rzeke mielismy kolejne szczescie. Wraz z Manu zlapalismy stopa, ktory podwiozl nas do glownej drogi (ominela nas godzinna przechadzka). Tu okolo pol godziny oczekiwalismy na autobus. Przyjechal, zabral nas i odjechal dalej. Jak sie jednak okazalo droga do Nako nie byla tak prosta i szybka, jak przypuszczalismy. Otoz po drodze odwiedzilismy jeszcze dwie pobliskie wioski, m.in Leo. Ja wykorzystalam ten czas na pstrykanie zdjec, bo jak zwykle widoki powalaly.
Do Nako dojechalismy okolo 18-tej. Najpierw na obiadek do Tibetan Kitchen, a potem odpoczynek. Niestety tego wieczora mialam mala sprzeczke z Gautamem, ale jakos udalo sie z tego wybrnac:)
Nastepnego dnia wczesnym porankiem opuscilismy Nako i udalismy sie w droge do Rekong Peo.
Czas w Nako i okolicy by CUDOWNY i na pewno zapamietam go do konca zycia:):)

Kaza - deszcz, chmury i przyjaciele

4-6.09.2008

Wyprawa na szczyt Kanamo (5963 m npm)

31.08-3.09-2008

Trekking w dolinie Spiti - Langza, Hikim, Comic, Damul, Lalung, Dhankar - raj na ziemi

27-30.08.2008

Kaza - niespodziewane spotkanie

26-27.08.2008
Kaza to glowne miasteczko w dolinie Spiti. Tak jak wspomniałam wczesniej dojechaliśmy tu z Kunzum Pass (4551 m npm) mijając po drodze takie miejscowości jak Losar (gdzie przypadkiem spotkalam napotkanego w Batal przewodnika), czy Rangrik. Kaza podbija serce swoja wielkością, położeniem wsrod wysokich 6-tysiecznikow, a takze swojskim klimatem jaki w niej panuje. Pokochalam to miejsce od samego poczatku. Przybylismy tu z Govend’em okolo 16-tej. Poniewaz Govend wielokrotnie przyjezdzal tu na market i znal Kaza na wylot, od razu znalazlismy pokoje. Tym razem nie musialam sie wysilac i ominela mnie brudna robota zwiazana z szukaniem noclegu. Pozostalo mi tylko wymyslenie co robic dalej… co ciekawe nawet nie mialam przewodnika, bylam totalnie nieprzygotowana do dalszej podrozy.. w koncu planowalam spedzic nastepne 3 tygodnie na odludziu w wysokich gorach…!! No tak.. przewodnik zostawilam w Manali:), wiec przyszedl czas improwizacji:)
Jak zwykle los jednak przyszedl mi z pomoca i pokazal droge. Nastepnego poranka (27.08.2008), gdy wedrowalam z Govend’em po miasteczku, niespodziewanie spotkalam Manu i Gaultam’a. Szczerze powiedziawszy to oni mnie szybciej wypatrzyli, ja nawet nie przypuszczalam, ze ich osobki nadal moga tu przebywac, w koncu planowali wyjsc na trekking kilka dni wczesniej. Ale sie ucieszylam, zreszta i ze wzajemnoscia:). Manu wyslal mi maila z opisem ich planow, jednak mi ostatnio nie w glowie sprawdzanie poczty. Dodatkowo internet w Kaza czasem dziala, czasem nie, a do tego kosztuje niezle pieniadze, bo 80 rupii za godzine (standardowa cena w Indiach to 15-30 rupii/godz).
Tym bardziej moja radosc byla wielka, gdy pojawili sie na mojej drodze. Od razu poinformowali mnie, ze za dwie godziny wyruszaja na 4-dniowy trekking w gory i czy nie wybiore sie z nimi. To prawda moje plany nie byly jeszcze sprecyzowane wiec pomylalam raz sie zyje…po pol godzinie wrocilam do nich z odpowiedzia – “Jade z wami”. Polecialam spakowac swoje ciuszki, pozegnalam sie z Govend’em (bylam mu naprawde wdzieczna za opieke, pomoc i towarzystwo w ostatnich dniach) i wrocilam do wesolej ferajny. Umowilam sie z chlopakami przy siedzibie organizacji “Ecosphere”, ktora prowadzona jest przez przyjaciela Manu –Sunil’a. To on pomogl im przygotowac ten kilkudniowy trekking. Zreszta nasze drogi spotkaly sie jeszcze pozniej, gdyz ta wlasnie gromadka wyruszylismy zdobyc szesciotysiecznik, ale o tym pozniej.
Bylam zadowolona, nie spodziewalam sie takiego obiegu sprawy.. ale coz, raz sie zyje. Zrobilismy zakupy, zapakowalismy manatki na jeepa i wyruszylismy w droge….Przed nami skarby doliny Spiti – Lalung, Komik, Langja, Damul i Dhancar:)

Batal and Chandra Tal... Himalaje witaja

22-26.08.2008
No wiec wyruszyliśmy. Nie powiem, ale poczatek był naprawde bardzo meczacy. Poniewaz poprzedniego wieczoru sporo czasu spedzilam na internecie rozmawiajac z rodzicami, bratem, bratowa i moimi bliskim przyjaciolmi, nie bylo zbyt wiele czasu na pakowanie. Wrocilam do hotelu okolo 1-szej, a jeszcze musialam posegregowac rzeczy, ktore biore, a ktore zostawiam w hotelu. Odbiore je za jakis miesiac, a cokolwiek wezme, bedzie moim dobytkiem przez najblizsze tygodnie. Wybor wiec powinien byc trafny.. ale jak to z Drahanka bywa nie bylo czasu na zbyt dlugie myslenie. Samo pakowanie zajelo mi dwie godziny, wiec jak latwo skalkulowac moj sen zostal ograniczony do minimum:) Z Olivierem bylam umowiona na 4-ta, bo czekala nas jeszcze droga z Old Manali na dworzec (pol godziny spacerkiem). Wydawalo sie, ze nasze plecaki wazyly tone. Tak w rzeczywistosci to waga mojego wahala sie w przedziale 35-37 kilogramow:) Niezly balast. Jedno jest pewne z takim ciezarem nie uniose sie w powietrze ani nie porwie mnie wiatr:).
Myslelismy, ze autobus bedzie bezposrednio z Manali, ale jak sie okazalo przyjezdzal z Kullu. Wraz z Olivierem zapakowalismy plecaki w plastikowe maty (ochrona przed deszczem) i wrzucilsimy je na dach. Moj plecak wazyl okolo 36 kilogramow, wiec nawet taka czynnosc nie nalezala do najlatwiejszych... ale cale szczescie mam mezczyzne w towarzystwie:).
Poczatek jazdy nalezal do nieciekawych. Za oknem totalna ciemnosc, w moich oczach zmeczenie, wiec z chinska muzyka na uszach przemierzalismy okolice. Olivier siedzial z przodu, ja przy oknie zaraz za nim. Nie omieszkam wspomniec, ze siedzenia w autobusie stworzone byly chyba dla Chinczykow.. malutkie, krociutkie, weziutkie. Poczatkowo mi to nie przeszkadzalo, gdyz moglam sie rozlozyc na dwoch siedzenich. Z czasem jednak, gdy dosiadali sie kolejni towarzysze zaczelo mi to przeszkadzac, zaczelam przyjmowac pozycje joginow:). Gdy zrobilo sie jasniej droga zaczela nas zachwycac. Pielismy sie coraz wyzej i wyzej, a wydawalo sie, ze stan naszego pojazdu na to nie pozwoli. Autobusy w Indiach wydaja sie byc z makabrycznym stanie, ale ku zaskoczeniu wszystkich maja wiele mocy i mozliwosci, aby wjechac na niewyobrazalne wysokosci. Tak sobie mysle, ze nawet polskie piekne autobusy Volvo mialyby niezle problemy w przejechaniu chocby kilku kilometrow na takich wysokosciach i w takich warunkach. No coz, nasz pial sie genialnie i nie mial najmniejszych trudnosci. Naszymi towarzyszami w autobusie byla grupa zolnierzy – wsrod nich usmiechniety Sikh, para przesympatycznych Hiszpanow, jak i sliczny kierowca. To twarze, ktore zapamietalam z celej podrozy.
Po pieciu godzinach pieknej jazdy dotarlismy do Batal, autobus przemierzyl droge z wysokosci 2000 m npm (Manali) na 4000 m npm (Batal). Batal to jedna dhaba przy glownej drodze... tak naprawde to pustkowie!!! Nawet droga, ktora tu prowadzi wiedzie przez kamienna pustynie z wielkimi szczytami po obu jej stronach. Tak wygladaja Himalaje. Wysokie gory i NIC wiecej. Genialne! Niezapomnianym doswiadczeniem byl moment, gdy nasz autobus ruszal dalej w droge. W mojej glowie pojawila sie zaskakujaca mysl ”odjezdza moje zycie”. Zostajemy na putkowiu, pozostajemy zdani tylko na siebie. Dopiero setki kilometrow dalej znajduja sie jakies oznaki cywilizacji, czy zycia:(. No coz… to bedzie ciekawe doswiadczenie! Z jednej strony byl to moment euforii, bo wokolo tylko gory i nicosc, ale z drugiej strony jakis nieuzasadniony strach. Cale szczescie zniknal sekunde po tym jak sie pojawil:). Zostalo tylko szczescie z pobytu w Himalajach. To przeciez cos o czym marzylam od lat. Himalaje i Ja:):):)
Zapomnialam dodac, ze w autobusie spotkalam Polaka – Kube, ktory obecnie pracuje w Pakistanie. Niestety nie dane nam bylo zbyt dlugo porozmawiac, gdyz poznalismy sie podczas wysiadki w Batal. Ale mimo wszystko bylo to bardzo mile spotkanie. Polacy na takim pustkowiu:).
Autobus odjechal, a my zostalismy na pustkowiu. Poniewaz bylo stosunkowo pozno, postanowilsimy zostac na noc wlasnie w tym miesjcu. W dhabie zaproponowali nam nocleg w kamiennym schronie, ktorego dach stanowila zwykla folia:). W koncu musimy sie cwiczyc w chlodzie.. przed nami trzy tygodnie w namiocie:). Po obiedzie (ryz i dhal) poszlismy w ramach aklimatyzacji na spacer na pobliskie wzgorza (jezeli jeszcze wysokosc 4100 m npm mozna nazwac wzgorzami:)). Bylo pieknie i sympatycznie... smialismy sie, rozmawialismy.. wydawalo sie, ze jest to dobry poczatek trekkingu. Niestety tylko sie wydawalo:(.
Po dwoch godzinach doszlismy do pobliskiego lodowca, zjedlismy ostatnie jablko z naszgo prowiantu, obejrzelismy zachod slonca i udalismy sie w droge powrotna. Wieczor spedzilismy w dhabie objadajac sie pysznymi gotowanymi warzywami, dhal, chapati i slodziutka chai. Niestety juz wtedy w mojej glowie kolowala sie mysl, w jakis sposob mam zmienic zachowanie Oliviera. Jego ironia i sarkazm naprawde mi nie odpowiadaly:(. Niestety mysli te nie odstepowaly mnie na krok przez kolejne dwa dni:(
Pierwsza noc w gorach byla bardzo zimna, ale przezylismy ja:). Przed nami kolejny dzien w Himalajach.
Kolejnego dnia (22.08.2008) pogoda niestety nas nie wynagrodzila. Przez caly poranek padalo, a nawet nie padalo, ale lalo. Nie bylo jak sie wydostac z chatki. Dopiero okolo godziny 12-tej niebo sie rozjasnilo i pojawila sie szansa na wyruszenie w droge. Wczesniej spacerowalam po pobliskich wzgorzach, podziwialam pasterzy z wielkimi stadami owiec i koz i zastanawialam sie jakie to niesamowite zycie prowadza. Takie odlegle i odmienne od naszego europejskiego, bez biegu, bez skupiania sie na dobrach materialnych. Takie proste i zwyczajne. Chyba wlasnie takie mi sie marzy?! Kto wie…
Po dlugich rozwazaniach podjelismy decyzje – idziemy. Spakowalismy plecaki, pokrylismy je nieprzemakalna folia i mimo malej mrzawki wyruszylismy do Chandra Tal. Ja czulam sie jak ptaszek, niemal fruwalam. Czulam sie tak szczesliwa.. wokolo mnie Himalaje, a ja wedruje sobie po himalajskich bezdrozach. Warto jest miec marzenia, bo czasem sie spelniaja. Jestem w Himalajach!!!
W przeciwienstwie do mnie Olivier obumieral. Mimo swojej dobrej kondycji czul sie slaby, nie mial sily isc. Jak sie okazalo wysokosc zrobila swoje. Ja nie mialam tego problemu, z 36 –kilogramowycm plecakiem fruwalam, on nie mial sily na kolejne kroki. Chcialam mu pomoc, ale jak to bywa w przypadku niektorych mezczyzn nie ma wiekszego upokorzenia anizeli swiadomosc, ze kobieta jest silniejsza. Od tego rozpoczely sie klotnie.. chcialam pomoc, a on tego nie docenial i nie szanowal. To byl jeden z powodow, dlaczego nasze drogi w ostatecznosci sie rozeszly. Nie moglam sobie pozwolic na trekking z kims kto ze wzgledu na swa dume nie da sobie pomoc. Co by sie stalo, jakbysmy byli na 6000 metrow co bylo naszym planem i musielibysmy stawic czola jakiejs niebezpiecznej sytuacji. Czy wtedy tez odrzucilby moja pomoc? Nie chcialam tego probowac?!:(
Droga do Chandra Tal byla przepiekna, nie zapomne jej do konca zycia. Po drodze mielismy mala przerwe w chatce pasterzy, ktorzy w tej czesci Himalajow spedzaja ponad pol roku. Spotkailismy ich przy drodze i jeden z nich zaprosil nas na chai. Pomimo braku czasu zgodzilismy sie, gdyz Olivier naprawde nie byl w dobrej kondycji. Chatka przypominala niemal szalas, ale jej budowa swiadczyla o geniuszu budowniczego. Mimo ze na dworze bylo zimno, w srodku panowala pokojowa temperatura. Przemily pasterz (niestety mowil tylko kilka slow po angielsku, wiec w ruch poszly rece i mowa ciala:)) poczestowal nas chai, a potem smacznym jedzeniem. W miedzyczasie pojawil sie kolejny pasterz, ktory przyniosl poczeta godzine wczesniej owieczke. Byla mala i wystraszona. Dal mi ja do potrzymania na rekach. To bylo niezapomniane doswiadczenie trzymac takie male i bezbronne zwierzatko na swoich rekach. Ja, Hilaje i nowonarodzone stworzenie!:)
Kolejnym genialnym doswiadczeniem byla sama rozmowa z pasterzem. Tu wyszly prawdziwe hinduskie zwyczaje. Poniewaz przybylismy do niego razem, mam na mysli - Ja i Oliwier- potraktowal nas jako malzenstwo, a gdy powiedzielismy, ze tak nie jest, byl niemilosiernie zszokowany. Ale to nie wszystko. Poniewaz bylismy razem zwracal sie tylko i wylacznie do Oliviera jako mezczyzny. W Indiach panuje tradycja, ze obcy mezczyzna nie moze zwracac sie do obcej kobiety, a szczegolnie w towarzystwie jej partnera. Bylby to wielki nietakt. Dlatego tez w calej rozmowie czulam sie jak piate kolo u wozu. Niestety. Ale mimo tego czas w pasterskiej chatce byl niesamowity. Pasterz zaproponowal nam nawet nocleg, ale postanowilsimy isc dalej.
Olivier czul sie coraz gorzej, a przed nami byla naprawde dluga dorga. Kilka klotni w zwiazku z moja propozycja pomocy… I nie bylo wyjscia. Musielismy dojsc do Chandra Tal. Odrzucil nawet propozycje zatrzymania jeep'a, ktorym mogl dojechac do celu. No coz… Jak sie potem okazalo tym jeep’em jechali Manu, Gaultam, Emma i Nagu.
Gdy dotarlismy nad Chandratal Lake bylo juz naprawde bardzo ciemno. Cale szczescie znajduje sie tam kilka namiotow, w ktorych moglismy przenocowac. Rozpakowalismy rzeczy i udalismy sie do glownego namiotu, w ktorym Govend (wlasciciel i prowadzacy oboz) serwowal jedzenie. Tu tez spotkalam po raz pierwszy Manu i jego ferajne. Nie spodziewalam sie jednak, ze ten moment i ten wieczor odmieni moje pozniejsze zycie. Czekajac na jedzonko rozmawialismy we wspolnym gronie, smialismy sie, wymienialismy doswiadczenia. Pamietam tego wieczoru Manu byl chory i wymeczony, choroba wysokosciowa nie dawala mu spokoju. Jednak cos dodawalo mu energii do rozmowy, bycia aktywnym…..to cos potem zmienilo moje i jego zycie:):).
Po dwoch godzinach Olivier poszedl zmeczony do namiotu,a ja zostalam w towarzystwie milych Hindusow. To byl naprawde mily wieczor. Okolo 23-ciej odprowadzilam ich do namiotow (jelonki nawet nie mialy latarek:)), a potem po pierwszym wspolnym spacerku z Manu udalam sie na zasluzony odpoczynek.
Nastepnego dnia (23.08.2008) obudzilam sie naprawde wczesnie, nie moglam spac. Ubralam ciuszki i poszlam na poranna przechadzke wokol jeziora Chandratal. Wokolo gory wznoszace sie na 5000-6000 metrow i ja – mala istotka w przestworzach. Niesamowity byl wschod slonca i rozblyskujace na sniegu i zboczach barwy. Bylo cudownie. Po okrazeniu jeziora w drodze powrotnej spotkalam Manu i Nagu. Wlasnie skladali namioty i pakowali manatki – tego dnia wyjezdzali do Kaza. Zaproponowali mnie i Olivierowi zmiane planow i dolaczenie do ich wesolej ferajny. Ja jednak wiedzialam, ze Olivier odmowi, a z drugiej strony nie wiedzialam jak nasze losy nadal sie potocza. Sytuacja jednak szybko wyjasnila sie sama. Po powrocie do obozu czekala mnie kolejna awantura z Olivierem, mialam dosc. Manu i Nagu jeszcze kilkakrotnie zaproponowali mi przylaczenie sie do ich trekkingu, ja jednak nie chcialam sie poddac. Obiecalam popracowac nad nasza relacja z Olivierem, a jak nie uda mi sie znalezc porozumienia, obiecalam hinduskim kolegom, ze nastepnego dnia dolacze do nich w Kaza. Wymienilismy wiec adresy mailowe, numery telefonow i czekalismy co sie wydarzy.
Poniewaz Olivier nadal byl chory tego dnia postanowilismy zostac w obozie. Przedpoludnie spedzilismy z ferajna Manu.. bylo naprawde fajnie. Niestety okolo 2-giej musieli wyjechac, wiec ze smutkiem na twarzy machalam im na pozegnanie. Nie zapomne widoku Manu, ktory wspinal sie na wzgorze, gdzie czekal jeep, co chwile przystawal, odwracal sie i ze smutkiem odmachiwal. Czy juz wtedy spodziewal sie co sie wydarzy pozniej?!:)
Ja zostalam z Olivierem i nie bylo latwo. Poszlismy na dlugi spacer, rozmawialismy, oboje mielismy wiele zalow. Mimo ze rozumialam jego wyjasnienia, nie potrafilam ich przyjac. Posluchalam swojej intuicji - postanowilam nie isc dalej. Czasem sprzeciwiam sie instynktom z wnetrza siebie, tym jednak razem oddalam im sie calkowicie. I jak sie okazalo byla to dobra decyzja- jednak dla mnie, nie dla Oliviera. Jak tylko ja podjelam Olivier zmienil sie nie do poznania. Dla mnie jednak bylo juz za pozno. Nie chce ponosic ryzyka, ktore przeczuwalam, ze odbije sie negatywnie na mojej osobie. Bylo mi przykro, ze zostawiam go samego w tym trekkingu, szczegolnie ze tyle potem obiecywal, chcial naprawic. Niestety badz stety - nie ugielam sie.
Kolejnego dnia (24.08.2008) przyszedl czas rozstania. Padalo od rana, jednak mimo tego Olivier postanowil wyruszyc w droge. Wraz z Govend’em odprowadzilsimy go do najblizeszj rzeki, ktora musial przekroczyc. Bylo mi smutno i przykro, ze tak to sie poukladalo, ze nie ide dalej, ale nie zalowalam decyzji. Cos mi mowilo, ze dobrze robie. Patrzylam jak Olivier odchodzi w nieznane, jak jego mala postura znika za kolejnym pagorkiem. Mam nadzieje, ze dojdzie do Leh caly i zdrowy. Powodzenia Olivier! Bede myslami z Toba.
Tego dnia zostalam w Chandratal. Nie mialam ochoty ruszac sie stad. Wokolo przecudowne gory, wiec chcialam podelektowac sie ich pieknem. Wiedzialam tez, ze nie dojade na czas na spotkanie z Manu i ferajna (zreszta na ta chwile nie bylo to moim priorytetem), wiec zostalam w Chandratal kolejne dwa dni. To byl niesamowity czas, spacerowalam po pobliskich 5-tysiecznikach, kapalam sie w rzece, jadlam pyszne indyjskie jedzonko. Czego wiecej pragnac. Zaprzyjaznilam sie z Govend’em i wiele czasu spedzalismy razem. Co mnie jedynie denerwowalo to fakt, ze nie pozwolil mi placic za nocleg i jedzenie. Tak nie powinno byc. No coz.. kolejna roznica kulturowa.
Po dwoch dniach (26.08.2008) postanowilam opuscic to piekne miejsce. Govend musial zrobic zakupy do obozu, wiec udal sie razem ze mna do Kaza. Wczesniej jednak czekala nas droga powrotna – 9 kilometrow po himlajskim szlaku z Chandratal do Kunzum Pass (4551 m npm). To byla piekna przechadzka, Himalaje wokolo powalaly. Niestety gdy dotarlismy do Kunzum Pass okazalo sie, ze ostatni autobus wlasnie nam uciekl. Nie pozostawalo wiec nic innego jak zlapac stopa.. a na to nie czekalismy dlugo. W koncu mam w tym wieloletnie doswiadczenie jeszcze z Europy:) Rodzinka Australijczykow dorzucila nasze skromne osoby do swojej taksowki. Po dwoch godzinach trzesawki dojechalismy do Kaza:)

środa, 20 sierpnia 2008

Trekking z Batal do Leh - to moja przyszlosc:)

Tak.. przyszedl czas ruszyc moje zesztywniale cialo. Jutro nad ranem wyruszamy wraz z Olivierem na trekking z Batal do Leh. Zajmie nam to okolo miesiaca, jezeli wszystko pojdzie zgodnie z zalozonym planem. Pierwsze 4 dni to proba dla naszych organizmow i czas na aklimatyzacje. 4 dni na wysokosci 4000 metrow, przedarcie sie przez 3 gorskie rzeki, a potem wkroczenie do Ladhak'u, najpiekniejszego stanu Indii:):):)
To bedzie wielka proba dla mnie, mego organizmu. Brak kontaktu ze swiatem, innymi ludzmi. Tylko ja, gory i moj towarzysz Olivier!!!:):)
Nasz plan zaklada:
Pierwsze 4 dni - trekking z Batal 4550 metrow do Baralacha La (4950 m) - z przystankami w Chandra Tal, Tokpo Yongma, Tokpo Gongma.
Kolejne 10 dni - trekking z Baralacha La do Padum (gdzie pierwsze spotkanie z ludzmi po dwoch tygodniach:):):). Planowane przystanki to: Kilang Sarai, Lingti Camp, Chumik Marpo, Phitse La (5250m), Tanze, Purne, Mune, Padum.
Kolejne 11 dni - trekking z Padum do Leh, przystnki w : Zangla, Sumdo, Cha Cha LA, Tilat Sumdo, Rubrang La, Markha, Skiu, Ganda La, Yurutse, Jingchan, Spitok i LEH:):)

Tak wiec do zobaczenia nastepnym razem:):)
Rozpoczynam swoja przygode z gorami:)
papa