poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Vang Vieng - miedzy nami jaskiniowcami:)






















































































1.04-7.04.2008
Vangvieng przywitalo nas pieknym widokiem- gory, strome skaly, piekne chmury i slonce chylace sie ku zachodowi. Mimo swego niepowtarzalnego uroku Vangvieng to bardzo turystyczne miejsce. Na licznych miejscowych atrakcjach szaleje mlodziez z calego swiata. A jest tu co robic- jaskinie, kajaki, rowery, tubing...My, jak to zwykle bywa, postanowilysmy sprobowac wszystkiego po trochu. Ale od poczatku.Nocleg znalazlysmy w jednym z licznych GH- Chathala Guesthouse (30.000k/pokoj). Glowna ulice zajmuja jednak nie tylko hotele. Vangvieng slynie z pewnego typu restauracji. W sumie nie sa to prawdziwe restauracje, bo posilek je sie usadowionym w "lozach" na miekkich poduszkach. W niemal kazdym takim miejscu wisza telewizory, w ktorych puszczaja kolejne odcinki "Przyjaciol". To juz jakas taka swoista kultura tego miejsca. Do tego jeszcze smakowite shake'i owocowe....pychota! Mozna sie poczuc naprawde jak na egzotycznych wakacjach:) Nastepnego dnia mialysmy wypozyczyc rowery i smigac po okolicy, jednak tak nam sie udzielil wakacyjny nastroj, ze wstalysmy dosyc pozno i nie oplacalo sie juz wyruszac na dwoch kolkach. Ale co sie odwlecze to nie uciecze. Rowery beda innym razem, tymczasem penetrowalysmy okolice na wlasnych nogach.I tak trafilysmy do jednej z licznyc w tych okolicach jaskin -Lusi Cave. Dobrze, ze bylysmy zaopatrzone we wlasne latarki, bo wiekszosc tutejszych jaskin nie jest oswietlona i bez wlasnego dodatkowego wspomagania mozna polamac nogi.. A zostalo nam jeszcze zbyt wiele rzeczy do zobaczenia, zeby lazic z polamanymi nozkami:) Jaskinia byla przepiekna- faliste formy skale na podlodze, stalagmity i stalaktyty w najprzerozniejszych ksztaltach! W tak dziewiczej jaskini poczulysmy sie naprawde jak prawdziwi odkrywcy. Polecamy to kazdemu. Niestety na reszte dnia pogoda popsula sie i deszcz skrocil nasze wedrowki po sciezkach wokol malowniczych pagorkow Vangvieng. Skoro jednak nadszedl deszcz, to zawsze mozna zaszyc sie w jednej z licznych knajpek poogladac "Przyjaciol":)
Nastepnego dnia wsiadlysmy w koncu na rowerki. Oczywiscie Drahanka znowu dostala za maly model, bo jej nogi sa za dlugie na azjatycki sprzet. Ciekawe czy gdziekolwiek w Azji uda jej sie znalezc pasujacy na nia rower? Nasza trasa okazala sie bardzo kamienista i ucierpialy na niej przede wszystkim nasze biedne cialka, ktore porzadnie wytrzesione taka dawka drgawek nie byly w stanie pedalowac w morderczym upale. Ale moze i lepiej, bo mialysmy wiecej czasu na podziwianie zachwycajacych widokow, ktore rekompensowaly wszelkie cierpienia fizyczne:) Co i rusz przejezdzalysmy przez malutkie wioski przycupniete u podnoza skalistych gorek (Phonexay Village, Napo Village, Namoung Village), malownicze rzeki otoczone soczysta zielenia. Po prostu raj na ziemi:) Kolejnego dnia wyruszylysmy na wyciezke, ktora wykupilysmy w agencji turystycznej. Za 90.000 k/os spedzilysmy caly dzien w jaskiniach oraz na kajakowaniu. Podczas wycieczki spotkalysmy kolejnych Polakow :) Jak to milo uslyszec w Azji nasz ojczysty jezyk! Agnieszka i Pawel byli niestety tylko na dwutygodniowych wakacjach i zaliczali bardzo szybki tour po Laosie i Tajlandii. W takich momentach doceniamy, ze my mamy znacznie wiecej czasu na poznanie zakatkow Azji. Pierwsza jaskinia tego dnia byla Elephant Cave (Tham Sang). Jest to dosyc mala jaskinia. W skodku naturalnie znajdowal sie posag Buddy. Jednak najbardziej interesujacym elementem jaskinii jest pewien stalagmit, ktory swoim ksztaltem faktycznie przypomina slonia. Ale poza "skalnym" sloniem jaskinia nie zaskoczyla nas niczym szczegolnym. O wiele bardziej podobalo nam sie w drugiej jaskinii- WATER CAVE (Tham Nam). Jak sama nazwa wskazuje jest to jaskinia z woda i nie spodob dostac sie do niej na piechote, dlatego korzysta sie tutaj z popularnego w Vangvieng "tubingu". Tubing to plywanie na duzych, napompowanych detkach, przypominajacych swoimi rozmiarami kola od traktoru. Kojarzony jest glownie ze splywem po rzecze, ale jak widac mozna tez poplywac na nich w jaskiniach. Tak wiec ulozone wygodnie na na naszych tubach udalysmy sie wraz z cala grupa na penetrowanie jaskini. Ta jaskinia nie byla oswietlona, takze nalezalo miec czolowke. Kto mial- ten szczesliwy, a kto nie mial to dostawal od organizatorow jakas przedpotopowa konstrukcje skladajaca sie z czegos na ksztalt lampy gorniczej, ktora zakladalo sie na czolo i jakiegos malego akumulatora, ktory wieszalo sie na szyi. Borowka z braku wlasnego sprzetu dostala wlasnie taka "profesjonalna" latarke. Wygladala z nia jak czlowiek z tranzystorem na piersiach :) No ale coz, to jest Laos a nie Ameryka wiec trzeba sie przyzwyczajac do roznego typu atrakcji :):) Tubing po jaskini to cos, czego jeszcze nie robilysmy- bylo to bardzo ciekawe doswiadczenie i polecamy taka zabawe kazdemu:)
Po przewie na lunch nadszedl czas na kajaki- mielismy splywac rzeka do Vangvieng. Niestety podczas pory suchej poziom w rzece nie jest wysoki (miejscami siega tylko do kolan) a nurt woloniejszy wiec nie bylo zadnych ekstremalnych sytuacji. Zdarzylo sie pare szybszych momentow na rzece, jednak Drahanka jako zaprawiaony juz kajakarz czula pewien niedosyt. Ale nie martwcie sie- znalazla tego dnia inne atrakcje, ktore podniosly jej adrenaline i sprawily, ze w koncu czula sie w swoim zywiole. Plywajac kajakami po rzece mijalismy liczne ekipy na tubach, ktore co jakis czas zatrzymuja sie w przybrzeznych barach. My na naszych kajakach tez zatrzymalismy sie w dwoch. Bary oferuja na wejsciu "free wisky shot", czyli jeden kieliszek miejscowej whisky gratis. No coz, przydaje sie na oswojenie strachu, bowiem przy kazdym barze znajduje sie skocznia, z ktorej na linie niczym Tarzan skacze sie do wody. Jest to na pewno atrakcja dla ludzi o mocnych nerwach i zadnych przygod. A ze Drahanka sie do nich zalicza to naturalnie postanowila zostac Tarzanem...i sprobowac:) Chwila zawahania, zamach...i leeeciiiiiiii.... Spodobalo jej sie na tyle, ze jeszcze kilkakrotnie wyprobowala ta atrakcje tego dnia. Borowka pozostala przy rozkoszowaniu sie widokami i robieniu zdjec latajacej na linie Drahance. Takie wyczyny nie leza w jej naturze. Drahanka zawsze moze rozwinac swoje smocze skrzydla i uratowac sie przed upadkiem, a Borowka?? Ta na pewno wpadlaby z wielkim pluskiem jak sliwka w kompot. Nasza kajakowo-jaskiniowa wycieczke zakonczylysmy pieknym zachodem slonca, ktore powoli chowalo sie za szczytami stromych gorek. Kolejny dzien znowu stal pod znakiem rowerow i jaskin. Mialysmy w planie co prawda 3 jaskinie za miastem, ale oczywisice upal znowu pokrzyzowal nam plany. Zanim dotarlysmy bowiem do pierwszej z jaskin bylysmy juz kompletnie morke, ale nie od deszczu a od potu ktory splywal z nas strumieniami. Pierwsza jaskinia jaka ogladalysmy tego dnia byla Tham Chang (wstep 15.000k/os). Jest to niestety dosyc komercyjna jaskinia ze sztucznym oswietleniem oraz betonowymi chodnikami w srodku. Jaskinia sama w sobie moze i ladna, ale taka wybetonowana calkowicie traci swoj klimat. Dlatego nie spezilysmy tam zbyt wiele czasu i udalysmy sie w kierunku pozostalych jaskin, jakie zaplanowalsysmy na ten dzien. Okolica Vangvieng obfituje w liczne jaskinie, niestety nie sposob zobaczyc wszystkich. My wybralysmy Tham Hoi i Tham Loup . Za wstep do tych dwoch jaskin zaplacilysmy 5000k- w cene mial byc wliczony przewodnik. Poszlo z nami zatem 2 chlopakow, ktorzy oprowadzali nas po jaskini. I dobrze, ze byli, bo pierwsza jaskinia okazala sie przeogromna i same na pewno bysmy sie tam pogubily.Tu nie bylo juz zadnych betonoiwych chodnikow ani sztucznych swiatel- waskie przejscia, sliskie kamienie i 4 latarki...z ktorych na koniec zostala tylko jedna (niezastapiona czolowka Drahanki:):)... reszta padla:) Dobrze zatem, ze mielsimy az cztery, bo nie mogac wydostac sie z jaskini wiodlysbysmy teraz zycie jaskiniowcow:) W pewnym momecie doszlismy do wody i dalej trzeba bylo przemiezac jaskinie droga wodna. Niestety mogla pojsc tylko jedna z nas, wiec Drahanka zglosila sie na ochotnika do odkrywania dzikich zakamarkow podziemi Vangvieng. Miejscami woda siegala jej do szyi,a czasem nawet glebiej i trzeba bylo plywac nie widzac nic wokolo, nogi kaleczyly sie o niewidoczne w mroku kamienie, ale bylo warto! Koniec podziemnej rzeki wienczyl bowiem wodospad. Czegos takiego Drahanka w zyciu jeszcze nie widziala! To byla prawdziwa eksploracja jaskini, tylko nikle swiatlo z dwoch czoloweek, waskie przejscia zalane woda, gdzie trzeba bylo uzywac rak aby sie przedostac dalej...Genialne wrazenia! Nawet dla Drahanki, ktora juz troszke jaskin w zyciu zwiedzila. Borowka zostala co prawda z dokumentami i aparatem i nie bylo jej dane odkrywac dzikich zakamarkow tej podziemnej jaskini, ale siedzenie w zupelnym mroku w cichej jaskini tez robi niesamowite wrazenie- calkowita ciemnosc, cisza i samotnosc daja niezapomniane wrazenie PUSTKI. Czlowiek czuje sie jak zawieszony gdzies w prozni.
Jaskina byla naprawde piekna i mialysmy spora frajde zwiedzajac ja, jednak na koniec pojawil sie niemily incydent. Nasi "przewodnicy" zazadali dodatkowej oplaty za oprowadzanie, mimo tego, ze przy zakupie biletow twierdzili ze oprowadzanie jest wliczone w cene. Jednak nie z nami takie numery- nie dalysmy sie naciagnac na takie gry i nie zaplacilysmy zadnych dodatkowych pieniedzy. Obrazeni "przewodnicy" nie chceli juz z nami pojsc do drugiej jaskini. Jednak same tez dalysmy rade, bo druga jaskinia nie byla az tak rozlegla, a poza tym nie zaglebialysmy sie juz we wszelkie mozliwe zakamarki bo zostala nam jedna latarka. Z reszta po wyjsciu z drugiej jaskini okazalo sie ze i tak jest juz dosyc pozno i lada moment zacznie sie sciemniac, a my musimy jeszcze dotrzec na rowerach do Vangvieng...tylko...hmmmm...nasze rowery nie maja zadnego oswietlenia...upssss...a do tego zaczela nas scigac jakas burza, wiec osiagnelysmy zawrotna predkosc i juz po godzinie czasu bylsmy spowrotem w naszym guesthousie. Tym razem sie udalo :) ale moze nastepnym razem przyjdzie nam spedzic noc w jaskini? To byloby cos:)
Ostatni dzien w Vangvieng spedzilysmy na tubingu, czyli na atrakcji z ktorej slynie ta miejscowosc. Wypozyczenie tuby kosztuje 40.000k, jednak nalezy pamietac, by zwrocic ja przed 18.30. Jesli zwroci sie ja pozniej, placi sie dodatkowa oplate w wysokosci 20.000k. Tuk-tuk podwiozl nas 8km za miasto nad rzeke (cena tuk-tuka wliczona w koszty wypozyczenia tuby) skad zaczyna sie splyw. Nie zdazylysmy wyplynac za daleko i juz pojawily sie pierwsze bary ze skoczniami, gdzie robi sie przystanki. Drahanka ponownie sprobowala swoich zdolnosci w skokach do wody. Tym razem strach byl silny, ale zostal pokonany i po 40 min zastanawiania w koncu skoczyla. Borowka tym razem tez postanowila sprobowac swoich sil i odwazyla sie na pierwszy (i jedyny) skok. Ale skakania dzisiaj byloby na tyle. Potem nurt rzeki prowadzil nas wzdluz kolejnych barow, oferujacych liczne napoje wyskokowe i inne atrakcje- mozna na przyklad pograc w ping ponga, badmintona czy siatkowke. Drahanka jak to Drahanka chciala sie wyszalec i jak tylko zobaczyla boisko do gry w siatkowke poszla wlaczyc sie do akcji. Trzeba przyznac, ze dobrze jej szlo:) Moze wesprzec nawet nasza druzyne narodowa:)
Plynac dalej na wodzie podziwialysmy piekne widoki na okoliczne gorki a takze....znowu spotkalysmy Polakow. Nasz narod sposrod krajow azjatyckich chyba faktycznie upodobal sobie Laos:) Nasza tubingowa przygode konczymy po 19tej, zatem musimy zaplacic 20.000k kary za zbyt pozne oddanie tuby. No coz, za to wymoczymysmy sie dokladnie bo pokonanie 8km rzeki zajelo nam w sumie z przerwami ok 7h. Na tym konczymy nas pobyt w Vangvieng. Zakladalysmy ze spedzimy tu 3 dni, a tymczasem zabawilysmy tydzien! Chyba kazdy znajdzie tu cos dla siebie, wiec polecamy Vangvieng nie tylko jaskiniowcom, ale rowniez wodniakom czy tez milosnikom gor. Dla nas nadszedl czas aby wyruszyc dalej na polnoc- do Phonsavan.

sobota, 12 kwietnia 2008

Vientiane- oaza spokoju wsrod azjatyckich miast

31.03-01.04.2008

Stolice Laosu przywitalysmy o godzinie 6.00 rano. Po opuszczeniu naszego luksusowego VIPowskiego autobusu ( no coz, tak wazne osobistosci jak my musza sie czasem dowartosciowac i jezdzic w pojazdach dla VIPow:)) zlapaysmy tuk-tuka do centrum miasta. W miare szybko udalo nam sie znalezc nocleg- tym razem koszt 50.000k za pokoj, ponoc najtaniej w calym miescie. W naszym GH spotkalysmy ...no wlasnie- kolejnego Polaka! cos oni zaczynaja nam sie tu mnozyc w tym Laosie. To jakis drugi cel emigracji? No coz, ale chyba nie tej zarobkowej, bo tutaj ludzie zarabiaja naprawde niewiele. Daniel, ktory jest z Torunia, podrozuje juz po swiecie kilkanascie lat. W porownaniu do naszyc 4 mies to juz weteran. Na nas ludzie w naszym kochanym kraju patrza troche jak na kosmotow, ale wierzcie nam- 4 miesiace to wcale nie tak duzo!Sa lepsze oryginaly, przy ktoryc my wypadamy naprawde blado.
Co do samego Vientiane...no coz, jak na razie to najmniejsza stolica jaka udalo nam sie zobaczyc. Miasto jest spokojne, bez uciazliwego halasu i wszechobecnych w pozostalych azjatytckich miastach motorow. Az trudno uwierzyc, ze to stolica panstwa- Vientiane da sie bowiem w ciagu jednego dnia przejsc na piecote. Jeden dzien zajmuje nam tez zwiedzanie atrakcji stolicy Laosu.
Najpierw udalysmy sie do dwoch swiatyn. Pierwsza z nich- Wat Si Saket zawiera ponad 2000 posagow Buddy. To naprawde cos niesamowitego! Cala swiatynia ma swoj niepowtarzalny klimat, nie wyglada moze jak pieknie odremontowany budynek z pocztowki, tu i owdzie widac slady uplywajacego czasu, ale moze wlasnie to sprawia, ze Wat Si Saket roztacza magiczny klimat. Druga swiatynia, jaka zwiedzalysmy tego dnia-Haw Pha Kaew nie jest juz tak imponujaca.
Potem udalysmy sie do centralnego punktu miasta, jakim jest budynek na ksztalt Luku Triumfalnego. Mozna z niego podziwiac panorame miasta. Widok naprawde cudowany- stolica, a brak jakichkolwiek wysokich budynkow! Wszystkie domy i zabudowania jakby przycupniete przy ulicach:) Za to wlasnie bardzo lubimy Vientiane- za niepowtarzalny spokoj i brak zgielku jaki panuje w Hanoi, Sajgonie czy Phnom Penh.
Na koniec udalysmy sie jeszcze w morderczym upale do najwiekszego zabytku w calym Laosie- Pha That Luang. Jest to zlota stupa, symbolizujaca buddyzm a takze suwerennosc i niepodleglosc Laosu. Reszte popoludnia spedzilysmy na wypoczynku pod drzewami i dosypianiu po nieprzespanej nocy w VIP autobusie. Potem spacerowalysmy jeszcze uliczkami Vientiane, az dotarlysmy nad Mekong. O tej porze roku poziom wody jest bardzo niski i widac niemal cale koryto rzeki. Miejscowa mlodziez wykorzystuje je na spotkania towarzystkie i gre w pilke. Niestety deszcz zmusil ns do szybkiej ewakuacji z tego miejsca (no tak, znowu deszcz, a to ponoc pora sucha, czy jakos tak mialo byc...). Rozlokowalysmy sie w przytulnej restauracji nad Mekongiem i tak skonczylysmy nasz pierwszy dzien w Vientiane.
Nastepnego dnia udalysmy sie do oddalonego o ok. 20 km od Vientiane "Buddha Park" ( Xieng Khun)- dojazd autobusem miejskim linia 14, bilet 4000k w jedna strone. Buddha Park to "ogrod" betonowych rzezb, przedstawiajacy rozne wizerunki Buddy. Ogrod rzezb nie jest zadnym starym zabytkiem, wybudowano go stodunkowo niedawno, bo w XXw, ale jest to z pewnoscia niezwykle interesujace miejsce. Nam najbardziej spodobal sie posag lezacego Buddy oraz kula, symbolizujaca 3 poziomy zycia duchowego- pieklo, czysciec i niebo. Na szczycie wiezy spotkalysmy mnicha, z ktorym udalo nam sie chwilke porozmawiac. Niestety musialysmy sie szybko zbierac, by na czas dotrzec do miasta skad dziesiejszego popoludnia lapalysmy jeszcze autobus do Vanvieng.
Poniewaz postanowilysmy penetrowac Laos glownie autobusami lokalnymi ( no dobra...raz wzielysmy luksusowy autobus. Ale to tylko dlatego, ze nic innego nie bylo. Poza tym odrobina luksusu od czasu do czasu nam sie nalezy. I to nie tylko w azjatyckiej formie pod postacia chrabaszczy na patyku :)) postanowilysmy udac sie do Vanvieng wlasnie takim srodkiem transportu ( bilet 25.000k/os). Ten autobus nie byl moze tak zatloczony, jak to poprzednio bywalo, no ale jakies atrakcje tez musialy byc. Drahanka postanowila sie sprawdzic w nowym zawodzie-odzwiernego i pakowacza bagazy. To zawod laczacy wszystkie jej pasje- sa podroze, ciagle cos sie dzieje, poznaje sie nowych ludzi...Kareira w Laosie murowana!
Droga do Vanvieng byla cudowna. Poczatkowo plaski teren zaczal stopniowo przeksztalcac sie w gorki z malowniczymi rzekami i lasami. Jeszcze piekniejszymi widokami przywitalo nas samo Vanvieng, jednak co tam dokladnie robilysmy i co mozna tam podziwiac, napiszemy juz w kolejnym poscie:)

poniedziałek, 31 marca 2008

Bolaven Plateau- czas na leniuchowanie

28-30.03.2008

Atrakcje Pakse zaliczylysmy w 1 dzien, zatem czas udac sie dalej- tym razem w najblizsza okolice na Bolavean Plateau. Wyruszylysmy w kierunku Paksong, aby podziwaic polozony nieopodal wodosapd Tat Fan. Przejazd jak zwykle lokalnym autobusem, wszak to sama atrakcja (koszt blietu 15.000k/os). Znowu podroz z zielenina, kapusta i innymi towarami. Autobus mial wyruszyc o godzinie 9tej jednak jak to zwykle bywa przy tego typu srodkach transportu nastapily male opoznienia. Ale jak to mowi przewodnik, w Laosie nalezy wyrzucic zegarki:) Jak dobrze, ze nasz popsul sie jeszcze w Chinach:)
Po ok. 1 h czasu kierowca wysadzil nas na drodze, skad juz tylko kilkanascie minut marszu doprowadzilo nas do pieknego wodospadu Tat Fan (wstep 5000k). Tyle tylko, ze sam wodospad nie byl dostepny na wyciagniecie reki. Punkt widokowy usytuowany ok. 300 m od wodospadu nie zadowolil naszych serc. Dlatego tez postanowilysmy przedostac sie blizej. Kreta, stroma sciezka prowadzaca przez gesty las poszlysmy szukac lepszych widokow. Po 20 min marszu udalo nam sie dojsc do szczytu jednego z wodospadow, gdzie urzadzilysmy sobie maly piknik. Tym razem kapiel niestety nie byla mozliwa, gdyz sam wodospad polozony jest w pieknej, acz niedostepnej kotlinie. No coz, moze uda sie nastepnym razem.
Po odwiedzeniu wodospadu sprobowalysmy przedostac sie dalej do Paksong. Kierowca wysadzil nas jednak chyba nie w tym miejscu co trzeba, gdyz na miejscu zastalysmy jedynie kilka zabudowan, piekne wzgorza i nadciagajaca burze. Nocleg w tym miejscu okazal sie niemozliwy, wiec postanowilysmy wrocic do Pakse. Idac wzdluz drogi i machajac lokalnym mieszkancom zlapalysmy powtotnego busa do Pakse. Tym razem jechalysmy z gromadka sprzedawczyn zieleniny- razem z nami na pace autobusu jechalo 16 osob...plus liczne kosze oczywiscie. Wszak bez dodatkowego bagazu to nie zadna podroz autobusem!
Nastepngo dnia postanowilysmy jeszcze raz zaglebic sie w zakatki Bolaven Plateau. Tym razem nasyzm celem byla wioska Tat Lo. Jest ona bardzo polecana w przewodniku Lonely Planet, jednak my nie mozemy zaliczyc jej do spektakularnych atrkacji na trasie naszej podrozy. Dojazd zajal nam ok. 3,5h a na miejscu zastalysmy...no wlasnie. Malutka wioska z wodospadem Tat Hang, trzema guesthousami....i nic poza tym! No moze poza antenami satelitarnymi, ktore umieszczone byly obok kazdego wiejskiego, drewnianego domku. Widok jak w centrum lotow kosmiczbych NASA. A moze to ich druga baza?!?! To juz wiadomo dlaczego nas tu ponioslo...wszak juz pisalysmy, ze niektorzy patrza sie na nas jak na kosmitow:)
Nocleg w przytulnym bungalow (25.000k/pokoj), oczywiscie w otoczeniu przyjaznych pajakow i innych stworzen tego pokroju. Nasze plany na ten dzien pokrzyzowal jednak znowu deszcz. Jak tylko dotarlysmy do bungalow zaczelo padac i grzmiec, wiec nastepne 2 godziny moglysmy poswiecic tylko na siedzenie przed nasza chatka. Tam tez spotkalysmy nasza krajanke Ewe. Oczywiscie najpierw zaczelo sie od rozmowy po angielsku. Wszak podroznik z innym podroznikiem zaczyna konwersacje w tym jezyku. I tak zaczelysmy gadke o tym jak dlugo podrozujemy, jakie kraje odwiedzilysmy i jakie mamy jeszcze plany na najblizsze miesiace. Jakie bylo wzdychanie ehhh, ahhhh jak to pieknie i wspaniale podrozowac. Ile sie natrudzilysmy zeby jak najlepiej wyrazic po angielsku to, czego pragnie nasza dusza. Po 15 min padlo najciekawsze pytanie tej rozmowy: skad jestescie? I tu wszystkie wybuchnelysmy smiechem, bo dopiero wtedy okazalo sie ze jestesmy z tego samego kraju a gadamy sobie po angielsku:) tak to dogaduja sie Polacy na obczyznie:) Jaki ten swiat jest czasami maly i zaskakujacy! Ewa pochodzi z Nysy i podrozuje juz po swiecie 9 miesiecy, wiec wieczor spedzilysmy na wymianie doswiadczen i opowiesciach z drogi.
Co wiecej robilysmy tego dnia? Ano leniuchowalysmy. Wybralysmy sie na maly spacer do wioski, odwiedzilysmy lokalny market, gdzie kuiplysmy banany...bo nic wiecej zjadliwego tam nie sprzedawano, a na koniec zjadlysmy na kolacje smakowita zupke (7.000k) - to chyba stanie sie naszym glownym daniem przez najblizsze dni:) Ale na razie jeszcze nam smakuje. Zawsze to mila odmiana od ryzu.
Nastepnego dnia po krotkiej przechadzce po okolicy ewakulowalysmy sie w trojke z wioski. Autobus do Pakse mial byc o godzinie 13. Dlatego juz o tej godzinie czekalysmy na "lokalnym przystanku", czyli na drodze. Ale nie moze byc tak latwo. 13 minela a autobusu brak. No ale tu znowu sprawdza sie rada, ze zegarki w Laosie to kwestia drugorzedna. Autobus pojawil sie po 14- takie male opoznienie. O dziwo nasze bagaze nie wyladowaly na dachu tylko jechaly z nami. Kur tym razem tez nie bylo, wiec wszelkie ciekawe przygody podczas tej przejazdzki ominely nas(koszt przejazdu z Tat Lo do Pakse 25.000k).
W ramach atrakcji kulinarnych Pakse musimy wspomniec o pysznych pierozkac sprzedawanych na ulicy. My skusilysmy sie na dwie wersje- jedna z nadzieniem przypominajacym nasze krokiety, a drugie na slodko z wiorkami kokosowymi ( koszt za 1 szt 1000k). Oba smaki wysmienite! Polecamy i w ramach pamiatek zabierzemy te azjatyckie smaki do Polski:)
Tego samego dnia wykupilysmy jeszcze bilety do Vientiane (150.000k), gdyz Pakse i najblize okolice nie pozostawily nam juz zadnych zakatkow do spenetrowania. Podroz autobusem nocnym trwala 10h. To odmiana po dziennych autobusach, jakimi przyszo nam sie ostatnio poruszac. Poza tym autobus, ktorym odbylysmy podroz nalezal do klasy VIP- klimatyzacja,kocyki, poduszeczki, jedzonko na pokladzie i duzo miejsa na nogi. Nie czesto nam sie zdarzaja az takie luksusy...no ale coz, cena tez zupelnie odbiegajaca od tych, z ktorymi ostatnio mialysmy do czynienia. Drahanka niestety nie przespala ani minuty, wiec nastepnym razem stawia na lokalny transport. Tam chociaz zapach smierdzacej kapusty moze ululac do snu kazdego:) Tu takich atrakcji nie bylo....

czwartek, 27 marca 2008

Champasak i zaskakujace spotkanie z... wietnamska wycieczka:)

26-27.03.2008

Don Det opuscilysmy wczesnie rano przedostajac sie najpierw lodka na "staly lad", skad mialysmy autobus do Champasak. Lokalny autobus to otwarta naczepa ciezarowki, gdzie na trzech rownoleglych lawkach podrozuja lokalni pasazerowie wraz z wszelkimi paczkami i ladunkami. My mialysmy okazje jechac z kiszona kapusta, ktorej zapach zapamietamy chyba do konca zycia. Nasze bagaze wyladowaly dla odmiany na dachu. Ale co najwazniejsze dojechaly z nami :) Podroz zajela nam ok. 2h. Po drodze Drahanka nie opuscila sposobnosci by zasmakowac kolejnych lokalnych przysmakow- tym razem podawali pieczone chrabaszcze na patyku. Jak sie to je? Obiera sie owada ze skrzydelek, pancerzyka i glowki i zjada sam korpusik. Moze nie jest to apetyczne, ale w rzeczywistosci smakuje wyborowo. Po powrocie do Polski bedziemy sie stolowac na lakach jedzac insekty i wszelkiego rodzaju chwasty:) To chyba bedzie ekonomiczne zycie- w sam raz dla bezrobotnych :)
Co ciekawe autobus zamiast zawiezc nas bezposrednio do Champasak, jak przypuszczalysmy, wysadzil nas na bezdrozu, skad w olbrzymim upale z wielkimi plecorami na grzbietach wedrowalysmy 5km do nadbrzeza, gdzie dopiero po drugiej stronie rzeki lezy Champasak. Zadne z przejezdzajacych aut, mimo tego ze byly puste, nie zaoferowalo podwiezienia. A szkoda- tak bardzo na to liczylysmy. Tu jest 40 stopni a nasze plecaki jak zwykle bardzo ciezkie. Na prom, ktory zabiera ludzi i auta na druga strone rzeki nie musialysmy czekac zbyt dlugo- koszt przejazdu 5000k/os. Na promie spotkalysmy grupe wietnamskich lekarzy, ktorzy przybyli do Laosu na misje medyczna i urzadzili sobie wlasnie mala wycieczke po Laosie. Widzac nasze ogromne plecaki zaproponowali nam podwiezienie do oddalonego o 6 km Wat Phu Champasak. To bylo niesamowite!!! Po doswiadczeniach w Wietnamie nigdy nie spodziewalaybysmy sie takiej bezinteresownej pomocy ze strony Wietnamczykow. Nie tylko nas podwiezli, ale rowniez oplacili bilety wstepu (30.000k/os), czestowali jedzeniem (korzen na ksztalt bialej rzodkiweki, ale smakujacy zupelnie inaczej, jest bardziej slodki) jak i zaoferowali droge powrotna a wiec transport do Pakse wlacznie z oplaceniem promu. To naprawde niesamowite doswiadczenie. Brakowalo nam takiej ludzkiej zyczliwosci. A do tego wszyscy byli bardzo mili, usmiechali sie na kazdym kroku. Ta pomoc byla dla nas prawdziwym zbawieniem, bo nie chcialysmy zostac dluzej w Champasak a tak zobaczylysmy Wat Phu Champasak i tego samego jeszcze dnia dotarlysmy do Pakse. Co do samego Wat Phu- jest to swiatynia przypominajaca swoim wygladem swiatynie w Angkor, jednak polozona jest zupelnie inaczej. Otoczona jest malowniczymi gorami oraz drzewami lotosu. Wyglada to naprawde bajecznie! Do swiatyni prowadza zniszczone, strome schody, po ktorych obu stronach kwitna biale kwiaty lotosu. Zapach jest niesamowity! Na zwiedzanie poswiecilysmy ok. 40 min- co prawda troche krotko, ale za to udalo nam sie przeciez ewakuowac z Champasak i udac w dalsza podroz.
W Pakse znalazlysmy nocleg bez wiekszych problemow- 35.000k za maly pokoj z towarzyszami- malymi jaszczurkami gekonami:)
Niestety nastepnego dnia mialysmy sie udac na Bolaveau Plateau, ale nasze plany pokrzyzowala pogoda. O dziwo padal deszcz a to przeciez miala byc pora sucha!!! To jakas anomalia pogodowa! W Polsce biale swieta wielkanocne z gora sniegu a tutaj deszcz i pochmurny dzien w samym srodku pory suchej! Ale coz, deszcz widzialysmy ostatnio w Hanoi, wiec to tez jakas odmiana od morderczego upalu. Zostalysmy wiec caly dzien w Pakse, ktore nie dostarcza niestety zbyt wielu atrakcji do zwiedzania. Odpoczywalysmy nad Mekongiem i spacerowalysmy po lokalnym markecie. Takie leniuchowanie i nicnierobienie tez jest jednak czasem potrzebne.

Laos i sielankowe 4 Thousand Islands

24.-26.03.2008

Niestety musialysmy juz opuscic zakurzone Ratanakiri i udac sie w dalsza droge. Tym razem czekal na nas Laos. Jednak zeby sie tam dostac, musialysmy zmieniac srodki transportu az pieciokrotnie. Koszt przejazdu do granicy z Banlung to 12 $, a podroz byla naprawde komfortowa. Najpierw jechalysmy w malym busiku-vanie z grupka miejscowych kambodzanskich "gwiazdeczek". Kazda wystrojona w sztuczna bizuterie: zloto, srebro i brylanty. Wszystko z innego kompletu. Czy wygladaly pieknie? Chyba im sie tylko tak wydawalo. A moze tu panuje taka moda i my sie nie znamy? Ale najlepsze bylo upakowanie calego auta. W vanie, ktory teoretycznie miesci 8 miejscowek podrozowalo razem z kierowca 14 osob...naturalnie plus bagaze:) To sie nazywa skuteczne pakowanie i doskonala logistyka. Trzeba by to zastosowac w Polsce- ilosc aut na drogach uleglaby znacznemu zmniejszeniu :):)
Po dotarciu do Stung Treng przesiadka na prom, ktory przewiozl nas na drugi brzeg rzeki, skad mialysmy nastepnego busa. Jednak najpierw bylo poltoragodzinne oczekiwanie na Khmera, ktory dotarl do nas z paczka stu jaj:) Jak widac jaja wazninejsze niz grupa 8 zachodnich turystow:) W koncu jaja to obok ryzu ich glowne pozywienie.
Granica kambodzansko-laoska (Dom Kralor/ Voen Kham) nie jest zbyt okazala. To dluga droga ( wciaz w budowie) , na ktorej ustawione sa 2 male budki kontroli paszportowej. Najpierw stajesz w pustkowiu i dostajesz jedna pieczatke kambodzanska, za ktora placisz 1$, a po przejechaniu 200m kolejna budka - tym razem laoska i koszt pieczatki jak zwykle 1$. Tu jednak zaburzyslysmy spokoj i slodki sen straznika, ktory musial wdziac swoj uniform i przedostac sie z hamaka do budki...To sie nazywa ciezkie zycie. Rozumiemy juz dlaczego pieczatka kosztuje az 1$:)
Juz w Losie przesiadka do trzeciego busa (bilet od granicy do Don Det 5$/os). Co wazne bilet nalezy zakupic w Stung Treng bo granica to szczere pole i pustkowie. Ostatnim srodkiem transportu byla mala lodka, ktora zawiozla nas juz bezposrednio na jedna z licznych na Mekongu wysepek- Don Det.
Wyspa ta polaczona jest z kolejna wyspa Don Khon starym mostem kolejowym, za ktorego przekroczenie trzeba zaplacic 9000 kipow. A wlasnie- kolejna zmiana kraju i kolejna waluta. Tym razem bedziemy liczyc w kipach. I znow nauka cen ( 1$= 8500 kip).
Nocleg na wyspie znalazlysmy w jednym z licznych bungalow'ow - cena 20.000k. Oczywiscie bez oswietlenia i z lazienka na zewnatrz. Ale coz- prysznic z pajakami i konikami polnymi to tez atrakcja, ktora nie jest dla nas dostepna w Polsce :) A co do swiatla to moze lepiej ze go nie bylo- przynajmniej nie widzialysmy co pelza po scianach i suficie. A bungalow polozony pieknie- nad sama rzeka.
Nastepnego dnia wynajelysmy rowerki - 10.000k/szt (tym razem sprawne, choc na Dranahnke i jej dlugie nogi nieco przykrotkie) i udalysmy sie na rowerowie zwiedzanie obu polaczonych mostem wysp. Miejscowa atrakcja jest piekny wodospad, polozony w kanionie, skladajacym sie z wielu kaskad. Niestety tym razem kapiel nie byla mozliwa. Co prawda znalazlysmy plaze, jednak nurt w tym miejscu byl zbyt wartki a piasek tak nagrzany, ze nawet nie dalo sie po nim chodzic, a co dopiero na nim lezec. No coz- kolejny upalny dzien z temperatura siegajaca chyba 40 st. Jak my lubimy byc mokre i spocone:) Ale nie pddalysmy sie i pedalowalysmy dalej az dotarlysmy do zatoki, z ktorej wyplywa sie ogladac delfiny. My delfiny ogladalysmy w Kratie, wiec tym razem zrezygnowalysmy z tej atrakcji i zamienilysmy ja na delektowanie sie kapiela i popoludniowym sloncem nad rzeka. Borowka nie pierwszy juz raz podczas tej podrozy miala przejsciowe klopoty z zoladkiem...no coz, azjatyckie jedzonko nie kazdemu sluzy. Teskinimy za schabowym z ziemniorami....ehhhh. Na koniec jeszcze odbylysmy przejazdzke po wiosce na Don Khong, gdzie mialysmy okazje sprawdzic jak spokojnie i sielankowo potrafia zyc ludzie. Tu nie ma pospiechu i zabiegania. Ludzie zyja zgodnie z rytmem natury, pol dnia spedzaja na hamakach ze wzgledu na upal, a pozostala czesc dnia pracuja albo jedza. Wyglada to troche inaczej niz w Europie. A jak wyglada wioska? bardzo podobna do kambodzanskiej- domki drewniane, badz kryte liscmi bananowca i dookola wszechobecne palmy.
Nastepnego dnia ewakuowalysmy sie jednak juz z tej malowniczej wyspy by podazyc dalej na polnoc w kierunku Champasak lokalnym autobusem (45.000k).

Ratanakiri- kraina kurzu i pylu

20.03-23.03.2008

Tym razem zaczelysmy penetrowac okolice polnocno-wschodnioej Kambodzy- prowincja Ratanakiri. Najpierw jednak trzeba bylo sie wydostac z Phnom Penh i dojechac do celu naszej dzisiejszej podrozy, jakim bylo Banlung- stolica Ratanakiri, chyba najbardziej zakurzonego zakatka malowniczej Kambodzy. Transport z Phnom Penh do Ratanakiri zajal nam niestety prawie caly dzien. W Kambodzy nie ma nocnych autobusow, ktore pozwalalyby zaoszczedzic czas, ale z drugiej strony podroz za dnia moze dostarczyc wielu atrakcji w postaci pieknych widokow zza szyb mknacego busika, ktory niczym rozgrzany piekarnik ( upsss...chyba kilmatyzacja nie dziala) mknal po rownej drodze...
Hmmm...tzn rowna droga byla, ale tylko do Stung Treng. Potem odbilismy na droge wiodaca juz bezposrednio do Banlung i wraz z nia zaczely sie atrakcje w stylu "droga 1000 wybojow". Wyboje wybojami, bo to juz przerabialysmy w Wietnamie...ale ten kurz! Coz, wspominalasmy juz o zakurzonej drodze z Dien Bien Phu do Son La w Wietnamie, ale ta niczym nie odbiegala od swojej poprzedniczki. Z cala pewnoscia mozemy stwierdzic, ze Ratanakiki to chyba najbardziej zakurzona czesc Kambodzy a nasze ubrania doczyscimy chyba dopiero jak wrocimy do Polski:)
W Banlung dosyc szybko znalazlysmy nocleg (Tribal Hotel- 5$/pokoj) a to za sprawa przewodnika Mr. Chaang'a, ktory namierzyl nas przy wysiadaniu z autobusu i zaoferowal pomoc za darmo:) Coz za mile zaskoczenie;) Bezinteresowna pomoc nieczesto nam sie zdarza.
W zakatki Ratanakiri postanowilysmy sie zaglebic na 2 kolkach- pierwszego i drugiego dnia na rowerach, a potem przesiadka na motor. W koncu trzeba miec w zyciu jakies urozmaicenie:) Z rowerami (wypozyczenie 1 $/szt/dzien), jak sie okazalo nie bylo jednak tak prosto... Pierwszego dnia Borowka trafila sprzet bez hamulcow. Ale co tam hamulce. Lepsze przygody miala Drahanka:) Najpierw po przejechaniu niespelna 200m zlapala gume...Ups, chyba drogi i ulice Banlung sa naprawde pelne wybojow i niespodzianek, tym bardziej ze conajmniej polowa ulic w tym prowincjonalnym miasteczku to drogi bez asfaltu- ot piach i wertepy. Po zmianie opony dalej w droge...dalej, tzn 100m i tym razem Drahanka rozciachla o rower noge. Jak by tego bylo malo po przejechaniu kolejnych 500m spadl lancuch:) No coz, niektorzy mowia do trzech razy sztuka- u nas byly 4 proby i za czwartym razem udalo sie w koncu ruszyc z kopyta:)
Nasz cel na ten dzionek- dwa malownicze wodospady, oddalone od Banlung o ok 10 i 12 km: Katieng Waterfall oraz Kachanh Waterfall. Po drodze mijalysmy male wioski i zagubione wsrod drzew bananowych zagrody. Podstawowa roznica miedzy tymi wioskami, a wioskami jakie zwiedzalysmy na rowerach kilka dni wczesniej wokol Kratie to taka, ze te sa 10 razy bardziej zakurzone. Pora sucha przypomina o sobie z cala stanowczoscia i my po przejechaniu 10 km wygladalysmy nie lepiej niz cala okolica- kurz byl wszedzie- na naszych wlosach, ubraniach i nawet pod ubraniami:) Zaczelysmy sie ladnie komponowac z okolica a kolorem skory przypominac chyba Aborygenow:) Taka nowa opalenizna :):) Niestey nietrwala , bo po dotarciu do pierwszego z wodospadow ( Katieng Waterfall) skorzystalysmy ze znakomitej sposobnosci kapieli wsrod szumu wody:) Katieng Waterfall mimo pory suchej zachwycil nas swoim pieknem i malownicza okolica. Kaskady wody splywaly wprost do malego jeziorka, ktore az zachecalo by sie w nim wykapac. Zatem nie zwlekajac zbyt dlugo zazylysmy orzeziwiajacej kapieli polaczonej razem z prysznicem pod wodami wodospadu:) Na upalne dni polecamy kazdemu- w ramach srodkow zastepczych mozna wykorzystac fontanne:):) Sa bardziej dostepne w miescie:)
Oczywiscie nie bylysmy jedynymi osobami, ktore postanowily zazyc kapieli pod strugami wodospadu. Lokalni turysci tez pluskali sie w wodzie, jednak co zadziwiajace wskakiwali tam w calych ubraniach: w bluzkach, dzinsach a nawet w kapeluszach! To taki kambodzanski zwyczaj. Nie uwidzisz lokalnego bez odzienia w wodzie- chodzi o to zeby cale ubranie bylo mokre. My postanowilysmy jednak pranie zrobic osobno:)
Drugi wodospad, Kachanah Waterfall, tez byl pieknie polozony i otoczony jeziorkiem, w ktorym mozna poplywac. Co prawda byl chyba mniej malowniczy od pierwszego, ale nie mialo to wiekszego znaczenia jesli czlowiek szuka kazdej sposobnosci ochlody przed morderczym sloncem i kurzem. Potem juz tylko powrot do wiecznie zakurzonego miasta- tym razem juz bez zadnych specjalnych przeszkod:) Na koniec dnia mialysmy za to jeszcze jedna atrakcje- trafilysmy do lokalnego sklepu z plytami karaoke- taki Empik Megastore w baraku z desek:) Jak jestesmy w poludniowo wschodniej Azji to trzeba sie wczuc w klimaty i zapoznac blizej z lokalna muzyka. Pierwsze doswiadczenia zebralysmy juz podrozujac autobusami- zarowno w Wietnamie jak i w Kambodzy kierowca w autobusie niemal zawsze wlacza plyty z miejscowymi plytami karaoke:) Niektore utwory znamy juz prawie na pamiec, ale w celu lepszego utrwalenia materialu trzeba bylo nabyc jakies pomoce edukacyjne- przebieralysmy zatem na stojakach, sprawdzalysmy kolejne plyty...i w koncu jest! Jest upragniona piosenka, ktora leci w kazdym autobusie! Jak wrocimy do Polski nagramy wlasna wersje i rozeslemy demo do kazdej wytworni- sukces i kariera gwarantowane:):) Udane zakupy poprawily nam humory nie pustoszac za bardzo naszych kieszeni- 1 plyta to koszt 1500r.
Nastepnego dnia rowniez penetrowalysmy okolice na dwoch kolkach. Drahanka znowu dostala rower ze spadajacym lancuchem. Borowka model bez hamulcow zamienila na model bez przerzutek. Tzn przerzutki byly, ale nie dzialaly:) Na takim sprzecie dojechalysmy do trzeciego w poblizach Banlung wodospadu- Cha Ong Waterfall. W LP opisywany jest on jako najladniejszy z 3 wodospadow, jednak na nas nie zrobil az tak oszalamiajacego wrazenia. Dlatego tez szybko zmienilysmy kierunek i udalysmy sie nad pobliskie jezioro- Boeng Yeak Laom Lake. Tam spotkala nas kolejna atrakcja pod postacia lokalnych grajkow, ktorzy rozlozyli sie nieopodal nas na trawie i swietowali niedziele. Drahanka dolaczyla do wspolnego biesiadowania i juz po chwili bratala sie z miejscowym folklorem, pobierajac przy okazji prywatnych lekcji gry na zakupionym w Siem Reap instrumencie- trou. Nabyte umiejetnosci w sam raz przydadza sie do przygotowania plyty karaoke z naszym udzialem:) Niestety dzien sie konczyl, rowery musialysmy oddac i wspolne biesiadowanie nie trwalo zbyt dlugo. Po powrocie do miasta spotkalysmy znow przewodnika Mr. Chaag'a, z ktorym umowilysmy sie na nastepny dzien na motorowa wyprawe. Taki maly prezent z okazji Wielkanocy:)
Na koniec dnia zostalo jeszcze malowanie jajek - w koncu sobota wielkanocna i jajka malowane musialy byc:) Czlowiek musi sobie radzic w kazdych warunkach i dlatego pisanki byly wykonane tylko za pomoca dlugopisu ale efekt byl olsniewajacy.
Niedziele Wielkanocna zaczelysmy od smakowitego sniadanka. Jajka byly jednak jajkami " z niespodzianka"- zawieraly gotowane pisklaki. Cala anatomia na wierzchu. Takie 2 w 1. Tylko tym razem zamiast zabawki zylki, flaczkii inne czesci malego pisklaczka. Mniami....tylko ze nie przeszlo nam to przez gardla. Pieknie malowane pisanki poszly tym razem do kosza. Zostaly nam lokalne slodkosci- ryz z kokosem i ryzowe galaretki. Wszystko przyprawiane bananami. Ach jak my tesknimy za polskimi ciastami! Moze ktos na ochotnika wysle nam jakas mala paczke?
Po takim pysznym sniadaniku czas na wyprawe dnia. 2 motory przygotowane a my zwarte i gotowe ruszylysmy na kolejne spotkanie z przygoda. A przygoda to byla wielka. Zakrapiana pylem, kurzem i brudem wszelakiej masci. Zostalysmy prawdziwymi smoluchami:) Pytacie jak wygladalysmy po zejsciu z motorku po godzinnej przejazdzce szutrowa droga z liczbnymi wybojami?!? Otoz nie bylo widac prawdziwego koloru naszych cial ani naszych ubran:) Jesli myslalysmy ze po przejazdzce rowerwoej jestesmy zakurzone to bylysmy w bledzie- teraz wygladalysmy juz jak rodowite Murzynki:) Dopranie ciuchow na koniec dnia zajelo nam 2 godziny. To chyba dowod na to, ze faktycznie bylysmy brudne:) Ale co tam. Smoluchami zawsze fajnie byc:) Pozdrowienia dla psa Smolucha:) Przeciez mozna zazyc jak zwykle kapieli w rzece i tak tez zrobilysmy. Wczesniej jednak wynajelysmy lodke (koszt 15 $) i wraz z naszym przewodnikiem pomknelysmy do Chunchiet Village. Tam zwiedzalysmy miejscowy cmentarz lokalnej mniejszosci ludu Tampun. Cmentarz polozony jest w dzungli, zarosniety drzewami i innymi zaroslami a groby skladaja sie z dwoch rzezb: kobiety i mezczyzny, drzewa bananowca oraz dachu-baldachimu. Co ciekawe groby nie sa remontowane ani odnawiane jesli ulegna zniszczeniu- wszystko ma pierwotny kszalt i pozostawione jest naturze. To naprawde magiczne miejsce. Potem w drodze do kolejnych wiosek wyladowalysmy na malej wyspie na srodku rzeki, gdzie zazywalysmy kapieli w chlodnej wodzie. Lany poniedzialek mial byc dopiero jutro ale u nas byl dzien wczesniej:) Mr. Chaag skutecznie wpakowal Drahanke kilka razy pod wode, a wiec lany poniedzialek zaliczony:):) Na koniec wizyta w Lao i Chinese Village. Potem powrot naszymi kochanymi motorkami przez zakurzone wertepy- nasze ciala i ubrania juz nie mogly wygladac lepiej:) Wzorki z kurzu we wszystkie strony- niestety wszystkie w kolorze miedziano-rudym... Na koniec tego ekscytujacego dnia zasmakowalysmy lokalnego rarytasu- koktajlu kokosowego zmiksowanego z lodem. Pychotka:) Tak zakonczylysmy niedziele wielkanocna. Nie byla podobna do tradycyjnych swiat, ale my ja spedzilysmy naprawde znakomicie i polecamy kazdemu takie przejazdzki na motorkach. Nawet za koszt prania potem ubran przez 2 godziny:)