środa, 19 marca 2008

Nowy Kraj, nowe przygody:):) Kambodza i Phnom Penh wita!

10-13.03.2008
Z Sajgonu wyjechalysmy wczesnie rano autobusem lini An Phu Travel. Niby bilety byly najtansze (10$ za przejazd z Ho Chi Minh do Phnom Penh), ale jak sie potem okazalo wiadomo dlaczego. No wiec wyjechalysmy rano okolo 8mej. Podroz do granicznej miejscowosci nie zajela zbyt duzo czasu, ale co sie po drodze okazalo... Poniewaz plan zakladal zalatwienie wizy na granicy, myslalysmy, ze normalna procedura bedzie, ze kazdy zalatwia wize samemu. Ale nie... Jak sie okazalo opiekun autobusu zbieral pieniadze i sam szedl je zalatwiac, z ta tylko roznica, ze bral duza prowizje za wypelnienie dwoch swistkow. Nie spodobalo nam sie to, zwlaszcza, ze aby nas zniechecic podkreslal, ze autobus nie bedzie czekal przy granicy az same sobie zalatwimy wizy. Tym sposobem niemal wymuszal aby kazdy pasazer ulegl presji i zaplacil 5$ za zalatwienie wizy. Ale co zrobily Polki?! Nie ugiely sie, ale postanowily zalatwic wize same. To prawda, ze potem czekala nas polgodzinna przechadzka do miejsca postoju autobusu, ale to nie byl problem. Samo zalatwienie wizy na granicy to formalnosc. Wypelnia sie dwa formularze, placi 20$ i zbiera pieczatki. Ot cala filozofia, a do tego fajnie przezycie. Zawsze lepiej cosik zalatwic samemu:):)i tak tez zrobilysmy. Opiekun nas nie polubil, ale my bylysmy z siebie dumne:) Tak wiec nauczka dla innych podrozujacych. Przed kupieniem biletu na autobus przekraczajacy granice nalezy sprawdzic ile firma transportowa bierze sobie za wyrobienie wizy na granicy:):)
Granice przekroczylysmy w miejscowosci Moc Bai/Bavet. Potem jeszcze dwie godzinki jazdy od granicy, o dziwo cala droga byla asfaltowa, a nie jak od granicy z Tajlandia, gdzie 5 godzin jedzie sie po drodze szutrowej z ogromnymi muldami (to dopiero byly cwiczenia dla posladkow:). A tu obylo sie spokojnie, nasze posladki cale, a my zadowolone zawitalysmy do Phnom Penh - Stolicy Krolestwa Kambodzy.:)
Kambodza przywitala nas niemilosiernym upalem. Jak tylko wysiadlsymy z autobusu, skwar z nieba niemal nas powalil, slonce swiecilo, a my po sekundzie bylysmy mokre. Tu nie trzeba chodzic pod przysznic, jestesmy mokre caly czas. Pot i mokre ubranie to stan permanentny:) Wiec zapraszamy bywalcow sauny:):) Tu mozna miec saune za darmo, 24 godziny na dobe:):):)
Sama Kambodza to calkowicie inny krajobraz niz Wietnam. Zancznie bardziej sucha, wszystkie domki na palach, kryte liscmi bambusa czy bananowca, badz tez drewniane. Do tego wszystkie domki otoczone sa palmami i to tworzy niesamowity klimat i krajobraz. Zreszta trzeba przyznac ze palmy sa charakterystycznym znakiem dla Kambodzy. Sa wszedzie i wygladaja nieziemsko:):) Poza tym inna roslinnosc wegetuje z powodu goraca. Ziemia czesto jest brunatna badz jaskrawo brazowa. Nam sie tu bardzo podoba, a Drahanka twierdzi, ze to najpiekniejszy kraj pod wzgledem uroku wiosek i pol. Taki bardzo odlegly od naszej cywilizacji:)
Jezeli ktosik ma ochote pomieszkac w domku na palach, gdzie jest tylko jedna izba wraz z mata na podlodze i moskitiera:) Zapraszamy!:):)
Phnom Penh jest ogromnym miastem, o czym przekonalysmy sie szukajac noclegu. Dworzec autobusowy zlokalizowany jest w centrum tuz przy markecie Psar Thmei, skad na wszytkie strony rozchodzi sie niezliczona ilosc ulic. Na szczescie Phnom Penh ma swietne rozwiazanie na ta platanine ulic. Nie ma nazw ulic, ale sa numery. Na mapach i w przewodnikach sa ulice z numerami i uwierzcie... to sie sprawdza. Faktycznie nie ma najmniejszego problemu aby sie tu odnalezc. Jest to dla nas szokiem po takich przezyciach jak w Wietnamie, gdzie w Hanoi czy Sajgonie czlowiek gubil sie po pieciu minutach:):)A tu nie. Masz mape, to nie zabladzisz:) I to nam sie podoba:)
Po poltorej godzinie poszukiwania znalazlysmy nocleg w dzielnicy, a moze nawet ulicy, ktora swoim wygladem przypomina China Town. Smiesznie, bo jest to ulica z wieloma gusethouse'ami i cala infrastruktura dla turystow. Przy czym co ciekawe, wyglada jak slamsy:) To ulica No93 w Phnom Penh. Kazdy musi tu zawitac, bo jest to niesamowity widok:) Ulica polozona jest nad jeziorem , wiec widok tez jest przyjemny, a niemal z kazdego hotelu mozna wyjsc na taras z widokiem na ten zarosniety zbiornik:):) Nocleg znalazlysmy w Lake Side Guesthouse (4$/pokoj).
Co ciekawe przybywajac do Kambodzy musimy zmienic nawyki. Do tej pory nasza codzienna waluta byl dong. Teraz staje sie dolar badz lokala waluta riel. I co?? Znow trzeba sie nauczyc kalkulowac ceny, oceniac czy nas oszukuja, czy sprzedaja za drogo:) Smieszne bylo to ze na poczatku wszystko przeliczalysmy na dongi. Nie na PLn czy $, ale na walute wietnamska:) Jak to po miesiacu czlowiek sie przyzwyczaja nawet do innej waluty:):)Teraz poslugujemy sie riel'em(1$=4000riel). ...po kilku dniach nabralysmy juz wprawy:)
Pierwszego dnia nie udalo nam sie juz zobaczyc wiele. Z lokalnej kuchni wyprobowalysmy ciekawego przysmaku. Poszlysmy do przyulicznej restauracji, gdzie podali nam garnek na palniku i wszytkie skladniki osobno. Nie wiedzialsmy co z tym zrobic, zaczelysmy probowac na sucho, ale potem przemila pani pokazala, ze cala zielenine, a wiec chwasty z ogrodka, nalezy wrzucic do tego wywaru:). Niby miala to byc zupa z kaczki, ale czy tak smakowala:) no nie wiemy:) Byla calkiem niezla...choc jedzenie goracej zupy przy takim upale czasem powala:):)
Nastepnego dnia rozpoczelysmy zwiedzanie Phnom Penh. Ale juz od rana upal nas powalil i nie mialysmy sily na wielkie wyczyny. Zaczelysmy zwiedzanie od Wat Phnom(wstep 1$), potem w parku zajadalysmy sie owocem lotosu (wyglada ciekawie bo jak makowka, ale taka zielona i duza; ze srodka wydlubuje sie male kulki, ktore sie obiera i wcina; smakuja jak niedojrzale orzechy:), dwie sztuki 2000KHR). Potem ogladalysmy National Museum (wstep 3$). Trzeba przyznac ze to najciekawsze muzeum jakie dotychczas widzialysmy. Zrobilo na nas najwieksze wrazenie, bo bylo tam wiele figur Buddy, Shivy, Vishnu i innych swietych postaci. Super. Naprawde polecamy. Muzeum robi wrazenie:)Wieczorkiem siedzialsymy nad rzeka przy Royal Palace i delektowalysmy sie widokami. Drahanka nawet sprobowala pajaka. Otoz... tuz przy palacu wystawione byly kramy z ichniejszymi smakolykami, a wiec wszelkiego rodzaju smazonymi owadami, chrzaszczami i innymi insektami. W tym rowniez pajakami. Drahanka nie mogla sie powstrzymac i sprobowala kawalek. Smakowal jak chips, bo byl bardzo przyprawiony....nic wielkiego:):) choc w wygladzie nie byl apetyczny:):)
Kolejnego dnia rano zwiedzalysmy Royal Palace. To naprawde przepiekny obiekt. Wstep jest stosunkowo drogi, bo kosztuje 6$, niemniej nie mozna tego przeoczyc bedac w Phnom Penh. Tu miala miejsce koronacja obecnego krola Kambodzy, tu tez sa sale koronacyjne, budynki spotkan, swiatynie. Wszystko pozlacane, swiecace, niesamowicie ogromne. Polecamy. To naprawde mistyczne miejsce.
Tego samego dnia wyruszylysmy dalej w droge. Do Siem Reap skad udalysmy sie na zwiedzanie Angkor'u, najwiekszego zabytku i arcydziela na swiecie:)

niedziela, 16 marca 2008

Sajgon... czy tam faktycznie panuje Sajgon??

9.03.2008
Do Sajgonu (Ho Chi Minh) przybylysmy autobusem wczesnie rano. Znalezienie noclegu o 6tej rano nie bylo najlatwiejsze, ale udalo sie po pol godzinie poszukiwania (10$ za pokoj). Planowalysmy spedzic w tym wielkim miescie tylko jeden dzien, gdyz nastepnego dnia musialysmy wyjechac z Wietnamu. Powod - konczyla nam sie wiza:( a szkoda, bo nie udalo nam sie zobaczyc delty Mekongu:(:(
Ale i tak jeden dzien spedzony w Sajgonie to ciekawe doswiadczenie. Miasto jest ogromne. Oczywiscie wszedzie male uliczki, pelne motocykli i kabli zwisajacych na niebezpiecznie niskiej wysokosci:):):) Czyli widok normalny dla kazdego wiekszego wietnamskiego miasta:):)
W Sajgonie zwiedzilysmy glowne zabytki, a wiec Muzeum Wojny (wstep 15000D) i Reunification Palace (dawny palac prezydencki Poludniowego Wietnamu, ktory obecnie sluzy jako miejsce politycznych spotkan, wstep 15000D).
W ramach doswiadczen kulinarnych trafilysmy do swietnego baru, gdzie oczywiscie nie wiedzac jak sie porozumiec z miejscowymi zamowilysmy to co wszyscy (nie wiedzac co:):):) Ku naszemu zaskoczeniu jedzenie bylo super. Najpierw podano nam ogromna miske z zielenina (byly tam chyba wszytkie dostepne krzaki, chwasty z okolicy.. u nas takie rosna na lace), potem na osobnym talerzu podano warzywa i miesko, a na koniec cosik na ksztalt bardzo, bardzo cienkich nalesnikow (ale w smaku one nalesnikow nie przypominaly, byly cienkie jak bibulka). Zabawa polegala na tym ze wszystko to trzeba bylo zawijac w te pseudonalesniki. Oczywiscie wszyscy na nas patrzyli jak na kosmitki, bo na poczatku nie wiedzialsymy co z tym robic. Cale szczescie mila obsluga uratowala dwie sierotki z Polski i wskazala co nalezy z tym zarelkiem zrobic:) Jedzenie bylo super, chyba najlepsze jakie do tej pory wcinalsymy:):) Polecamy, choc nawet nie wiemy co to bylo i jak sie nazywalo:) Tak to jest w naszym pieknym Wietnamie, zamawiasz cos, ale nawet po zjedzeniu nie wiesz co to bylo:):):)
ps. nie wyrywjcie chwastow w ogrodkach.. zawsze moga sie przydac do nalesnikow:):)
Na koniec naszego pasjonujacego pobytu w Wietnamie zakupilysmy na pamiatke pikne wietnamskie kapelusze "non". Mamy je.. pytanie tylko jak mamy je teraz przetranspotowac do Polski?!?! Moze ma ktosik ochote zabawic sie w kuriera i odebrac je od nas.. a moze zabwaic sie w tragarza?!?! Nam sie taka pomoc na pewno przyda:)
Kolejne wiesci z Kambodzy!

niedziela, 9 marca 2008

Mui Ne - Welcome to "Bahama Beach"

6-8.03.2008
No i mamy nasze oczekiwane Bahama Beach. Juz sama droga byla przepiekna. Najpierw musielismy zjechac z gorek, wiec busik mknal dolinami, stokami gor, skad mozna bylo podziwiac cudowne widoki na wysokie gorki. Potem krajobraz sie zmienil, wjechalismy niemal w pustynne pola, gdzie tylko w niektorych miejscach mozna bylo zobaczyc drobne, wynedzniale zielone drzewka, a ziemia byla koloru brunatnego. Nawet w autobusie czulo sie skwar i niemilosiernie wysoka temperature. Czy to juz pieklo?!?! Przeciez bylysmy grzeczne:) Wyjscie z autobusu za potrzeba to wielki wyczyn, a powrot zywemu to jeszcze wiekszy! Ufff jak goraco.. moze wracamy w gorki?!?!
Do Mui Ne dojechalsymy okolo 11.30. Cala atrakcja polegala teraz w znalezieniu normalnego w naszym rozumieniu noclegu. Niby prawda, ze mialo byc Bahama Beach, ale nie stac nas na kurorty za 30$/os i wiecej. Tu przypominamy sie o mozliwosciach wsparcia nas nie tylko duchem, ale i portfelem:):) Numerem konta chetnie sie podzielimy:)
Koniec koncow musialysmy szukac czegos tanszego. Po 1.5 godzinie chodzenia w skwarze, z wielkimi plecakami znalazlysmy pokoj za 12$. I tu zrobilysmy baze na kolejne 3 dni. Mialo byc dwa, ale nastapilo male obsuniecie. Czy tak nam sie spodobalo??...no powod byl nieco inny:)
Po zrzuceniu plecakow, niezwlocznie udalysmy sie na upragniona plaze. Trzeba dodac, ze to nas ostatni pobyt nad morzem. Gdy pojedziemy do Kambodzy, Laosu i Chin nie bedzie juz takich okazji, wiec postanowilysmy wykorzystac ten czas na leniuchowaniu.
Mui Ne to bardzo turystyczna miejscowosci z trudem znalazlysmy ciche i odosobnione miejsce na plazowanie. Ale morze jak zwylke piekne. Mui Ne to raj dla kitesurfing'owcow, stad takie tlumy turystow. My jednak delektowalysmy sie lezeniem na piasku i snem w cieniu drzewek. Fale i szum morza, jak zwykle urzakajace. Tego samego dnia w ramach porannej rozrywki wykupilysmy sobie na kolejny dzien wycieczke jeep'em po okolicznych atrakcjach (5$/os).
Po co wyspac sie w ramach plazowego odpoczynku. Przeciez mozna wstac o 4tej rano i udac sie jeepem na oddalone 30km od Mui Ne Biale Wydmy, skad mozemy podziwiac wschod slonca. I faktycznie wrazenia byly niesamowite. Wspaniale bylo uczucie, gdy mknelysmy jeepem, a naokolo otaczala nas czern nocy, z radia kierowcy rozprzestrzeniala sie wietnamska muzyka. To uczucie godne polecania:)
I faktycznie, piekny wschod slonca podziwialysmy na Bialych Wydmach. Wokolo bialy piasek usypany w niesamowite ksztalty i my.. odludki z Polski:) Sesja zdjeciowa i kolejna atrakcja. Tym razem Czerwone Wydmy. Jednak zeby sie za bardzo nie nudzic trzeba tam bylo sprobowac czegos innego. Zjazd na sankach po piasku stanie sie niedlugo nowa specjalnoscia Drahanki:) Szczegolnie z glowa w dol.. to dopiero adrenalinka:) Polecamy:) Zabawa na calego.
Kolejny punkt programu to wizyta w wiosce rybackiej, gdzie w zatoce zacumowane byly setki statkow. Widok naprawde oszalamiajacy, a na koniec spacerek po strumieniu Fairy Stream. Potok wije sie w malowniczej dolinie, przypominajacej marsjanskie widoki. Ale w koncu pisalysmy juz kiedys ze zostajemy ufoludkami. Wiec wszystko sie zgadza:) I tak zakonczyla sie nasza wyprawa jeepem. Przyszedl czas na plazowanie.
Caly dzionek spedzilysmy na plazy, Drahanka nawet zanurzyla swe cialo w cieplym morzu, ale ta sol.. bleee....Wolimy basenik na Gliniankach:)
Jak sie potem okazalo calodzienne plazowanie nie bylo dobrym pomyslem. Drahanka dostala bzika (patrz: udaru slonecznego) i kolejny dzien spedzila jak inwalida w lozku, wstajac tylko do toalety. NIE POLECAMY!!!
Borowka, jako milosierna siostra Katarzyna (plus opieka w ramach prezentu z okazji Dnia Kobiet dla Drahanki) stosowala zimne oklady z recznikow i naciarenie balsamem. Zrozumiale by to bylo, gdyby zamiast Drahanki byl maz, ale jego nadal brak:)Ale na kims trzeba trenowac i dochodzic do wprawy:)
Drahanka przezyla i ma sie juz lepiej, czyli Borowka ma rece, ktore lecza... Nowy Kaszpirowski?!?!?
Tym sposobem nasz wyjazd do Sajgonu zostal przesuniety o jeden dzien.Wyjezdzamy nocnym autobusem o 1.30, a wiec Sajgon przywitamy o 6tej rano. (bilet - 4$/os).
Kolejne wiesci z Sajgonu!

Dalat - gory, wodospady i betonowe kuraki:)

3-6.03.2008
Klejne dni spedzilysmy na zwiedzaniu regionu Central Highlands w okolicach miejscowosci Dalat. Samo Dalat jest co prawda turystycznym miastem, ale nie czuje sie natloku turystow, a ludzie sa bardzo przyjazni i pomocni. Miasto polozone jest w gorkach, wiec widoki sa bardzo malownicze i inspirujace. Centrum miasta skupia sie w okolicach jeziora, po ktorym mozna poplywac lodka w ksztalcie labedzia...niemal jak na wesolym miasteczku. Zamiast labedzi my wolalysmy podziwiac drob i betonowe kurczaki, ale o tym dalej...
Pierwszy dzien minal nam na znalezieniu noclegu (6$/pokoj) oraz rozpoznaniu oferty proponowanej przez Easy Rider'ow, a wiec przewodnikow na motorach, ktorzy zabiora cie gdzie tylko chcesz. Ale moze lepiej nie pytac o cene, bo wtedy usmiech znika z twarzy obiezyswiatow...pojawia sie smutek, ze przygoda nas ominie ze wzgledu na koszt (jeden dzien wyprawy z Easy Rider'em kosztuje 20$, ale to wycieczka tylko po okolicy, malo interesujaca; wyprawa dwu badz trzy-dniowa kosztuje 60$/os za dzien, a wiec koszty znacznie wieksze i znacznie przewyzszajace nasz skromny budzet).
PS. Jakby ktos mial ochote nas wspomoc finansowo chetnie podamy numer konta w mailu:):) Za wszelkie wplaty dziekujemy:) Mozecie tez dzwonic na nasze telefony....niestety odkad jestesmy w Wietnamie nie dzialaja, wiec moze lepiej posilkujcie sie mailem:)
Co do naszych odczuc dotyczacyh srodkowego i poludniowego Wietnamu. Ludzie sa tu znacznie milsi, usmiechaja sie, machaja, zaczepiaja, nie sa tak nachalni jak na polnocy i nie ma sie odczucia, ze kazdy chce cie oszukac. Nawet na autobusach sa wypisane ceny przejazdow... WOW.. to dopiero luksus!! Wsiadasz i wiesz za ile jedziesz:) Jako dowod ludzkiej zyczliwosci w tym rejonie mozemy podac przyklad kobiety, ktora prowadzila mala knajpke. Gdy poprosilysmy o herbate, dala ja nam za darmo i absolutnie nie chciala zadnych pieniedzy. To sie nie zdarza na polnocy:( Kolejny przyklad - mily pan motocyklista na dworcu autobusowym, ktory byl nam bardzo pomocny, wskazywal, ktorym autobusem mamy jechac, ile placic. To bylo naprawde mile. Nie mialysmy takich sytuacji wczesniej.
Drugiego dnia, w ramach oznaki samodzielnosci i hartu ducha, zamiast wykupic wycieczke w gorki za 11$ postanowilysmy udac sie tam samodzielnie (i tym sposobem zaoszczedzilysmy 17$, bo za caly dzionek wydalysmy 3$/2os.. jak widac czasem nie warto ulegac biurom podrozy:):) Rano wzielysmy lokalny autobus do Lat Village (7000D/os), skad droga prowadzila juz prosto na szczyt gorek Lang Bian. Nie mialysmy mapy, ani innych drogowskazow, byl busz i krzaki, wiec w ramach przygody raz zabladzilysmy. Ale czy Polki nie dadza rady?? oj nie nie...Za wsparciem lokalnego przewodnika, ktory podazal za nami z grupa koreanskich turystow dotarlysmy na szczyt Lang Bian (2469m), z ktorego roztaczal sie przepiekny widok na najblizsza okolice. Maly odpoczynek na szczycie ...sloneczko swiecilo, wiec wrocily do Dalat jak raczki, ale trzeba sie przyzwyczajac, w koncu za dwa dni jedziemy na plaze:) Tak, tak.. bedzie Bahama Beach i drinki z parasolka:) Wyjazd niskobudzetowy to sciema, caly czas oszczedzalysmy by zaszalec na plazy:)
Tymczasem nadal jestesmy w gorach. To byla pierwsza czesc naszego dzionka. Po powrocie do Dalat z pomoca milego motocyklisty zlapalysmy kolejny lokalny autobus, tym razem do Chicken Village (7000d/os). Huurra.. bedziemy podziwiac jakiegos wielkiego kuraka:) Jedni moga miec pomnik Kopernika tudziez Fredry, inny (patrz Wietnamczycy) pomnik wielkiego kurczaka z betonu. A niech nas ges kopnie, ci to maja pomysly.
Na nas wieksze wrazenie zrobila bardziej sama wioska i ludzie pracujacy na polach, anizeli sam pomnik. Musimy dodac, ze centralny i poludniowy Wietnam to rolnicze rejony i wszedzie rozposcieraja sie pola uprawne (warzywa, zieleniny, owoce).
Kolejnego dnia rowniez zorganizowalysmy sobie wyprawe same. Tym razem do oddalonego o 57km wodospadu Pongour. Wzielsymy dosc drogiego busa z dworca (30000d/os) i juz po godzinie bylysmy w miejscowosci Duc Triang. Niestety zadne autobusy nie dojezdzaja bezposrednio do wodospadu i przed nami byla 7-mio kilometrowa przechadzka wsrod wzgorz, plantacji kawy i bananow. Widoki byly naprawde piekne, szkoda tylko, ze slonce swiecilo tak niemilosiernie. Niesamowity byl zapach kawy unoszacy sie po okolicy. Palona kawa pachnie pieknie, ale kwiaty krzewow kawy powalaja na kolana. A do tego tak pieknie wygladaja!
I tak powalone na kolana przeszlysmy 7 km, dziwne tylko ze pecherze mialysmy na stopach, a nie na kolanach:) Ale coz, z nami wszystko jest mozliwe. Nastepnym razem zapewne beda na lokciach:)
Sam wodospad Pongour okazal sie ciekawym miejscem do zwiedzenia, niestety obecnie w porze suchej ilosc wody splywajaca po skalnej scianie nie byla oszalamiajaca. Choc trzeba przyznac, ze lokalizacja wodospadu i przylegly kanion robily wrazenie. Spedzilsymy tam pol dnia, moczac zmeczone nogi w chlodnej wodzie. Niestety brak strojow kapielowych uniemozliwil nam kapiel w wodach wodospadu.. ale to moze nastapi na ukochanej plazy juz za kilka dni:)
Powrot do Dalat tym razem zlapanym na drodze lokalnym autobusem (10000d/os).
Wyglodniale taka dluga wyprawa udalysmy sie na poszukiwanie kolacji. Lokalna kuchnia rowniez tym razem nas nie rozczarowala. Zjadlysmy w czyms co przypomina lokalny bar (takie bary sa w calym Wietnamie, siedzi sie na plastikowych malych siodelkach, jak dla dzieci, na stole cerata i czasem chlewik, a pani podaje na talerz jedzonka swoimi lapkami:) Oczywiscie najwieksza atrakcja jest dogadanie sie co zamowic. Nie ma szans, aby ktos mowil po angielsku. Dlatego po kazdym zamowieniu chwile napiecia i pytania.. co tym razem pojawi sie na talerzu:) Czy bedzie sie ruszac?? Achhh, uwielbiamy ten dreszczyk emocji:) Tym razem zamowilsymy cosik, co jedli inni lokalni glodomorzy. I wybor byl trafiony, za 30000d najadlysmy sie obie ze smakiem.
Miesko, zupa pho, warzywa, zielenina i ryz. To standarwowy zestaw wietnamskiej kuchni:)
Nastepnego dnia wyjechalysmy na wybrzeze...Nie obylo sie oczywiscie bez przygod. Najpierw wstalysmy o 4 rano, aby na 5-ta zdazyc na dworzec autobusowy oddalony o okolo 40 min marszu od naszego hotelu. I dotarlysmy... umeczone wielkimi plecakami i wchodzeniem pod gore, ale dalysmy rade. Co z tego skoro nastepny myk przed nami.Obiecany autobus do Phan Thiet przyjechal, ale cena wskazana przez kierowce (100000D) dwukrotnie przewyzszala cene standardowa na tej trasie. Wiec mimo, ze juz siedzialysmy w autobusie, ze plecaki zadomowily sie z kurami, nastapila ewakuacja w trybie natychmiastowym. Postanowilysmy pojechac turystycznym busem bezosrednio do Mui Ne, za 96 000D. A zatem plecaki ponownie na grzbiety i 40 min spacerku do miasta. Tym razem w druga strone. Ale my lubimy spacerowac:)
Tylko tyle, ze bez plecakow na naszych pieknych barkach.
Jak sie potem okazalo Sinh Cafe, oferujace przejazdy do Mui Ne, nie mialo juz wolnych miejsc, wiec postanowislymy podzielic trase na kilka odcinkow i popodrozowac lokalnymi autobusami (aby cosik sie dzialo:). Ale jakims sposobem na dworcu dorwal nas mezczyzna ktory wskazal, ze jedzie do Mui Ne i moze nas wziac za 90000D/os. No dobra, niech i tak bedzie, w koncu Bahama Beach czeka:)
Kolejne opowiesci z Mui Ne.

wtorek, 4 marca 2008

Hoi An - miasto dla artystycznej duszy

1.03.2008 - 2.03.2008
Hoi An powitalo nas cudowna pogoda. Jak nam juz brakowalo sloneczka i ciepla:) Ciepla niby mieli dostarczyc wietnamscy mezczyzni, ale tylko Drahanka znalazla meza i doznala tych blogich chwil. Tymczasem Borowka usychala i zamarzala. Czy to Syberia?!?!
Hoi An to bardzo turystyczne miasteczko, z dobrze rozwinieta baza noclegowa i gastronomiczna. Turysta to tutaj nie przypadek, nikt nie patrzy sie na ciebie jak na kosmite, a na ulicach widujesz wielu "Bialych". Mimo calego swojego uroku dla nas to misato wydalo sie troche za bardzo zatloczone przez turystow. Ale od poczatku.
Po szybkim znalezniu noclegu (6$ za pokoj Mai Chau Hotel) udalysmy sie na starowke, gdzie mieszcza sie wszystkie zabytki i atrakcje. Nie moglo sie oczywiscie obyc bez lokalnego targu, ale do takich widokow powoli sie przyzwyczajamy, choc fajnie jest poprzygladac sie babcinkom w wietnamskich kapeluszach siedzacym na ziemi i sprzedajacym zielenine. A te kapelusze najfajniejsze:) Sprawimy sobie takie i po powrocie do Polski nie sciagniemy ich z glowek:) Nawet na rozmowach o prace:)
Hoi An.. artystyczne miasteczko z niska zabudowa i licznymi starymi kamiennicami i pagodami. Uliczki waskie, dostepne tylko dla pieszych, rowerow i wszechobecnych motorow. Zwiedzilsymy tylko kilka atrakcji, poniewaz bilety do zwiedzania udostepnione turystom obejmuja zestaw 5 atrakcji, wybieranych sposrod 5 kategorii. Wybiera sie jedna atrakcje z kazdej kategori, tak wiec nie mozna zobaczyc 3 pagod, czy dwoch swiatyn. Naszym zdaniem ten system nie do konca sie sprawdza, bo nie ma swobodnego wyboru co sie chce ogladac, a cena za jeden bilet 75000d jest stosunkowo wygorowana i nie mozna sobie pozwolic na zakup np 3 szt.
Pierwszego dnia popoludniu postanowilysmy zaznac kolejnych atrakcji, poczawaszy od jazdy lokalnym autobusem, a skonczywszy na zwiedzaniu Marble Mountains (10 km na poludnie od Dannang). Autobus nie dostarczyl zadnych zaskakujach atrakcji (znow leciutko przeplacilysmy, ale tym razem mniej, bo sprytnie wypytalysmy w biurze podrozy o jego cene - tym razem 15000D).
Gory Marmurowe (wstep 15000D) to kilka wystajacyh marmurowych skal, ktore kryja w sobie male jaskinie i swiatynie na ich stokach. Zwiedzilysmy je stosunkowo szybko, bo gdy ze szczytu jednej z nich ujrzalymy widok morza, nasze nozki nie mogly ustac w miejscu. Pragnely popluskac sie w wodzie i dlatego potuptaly szybciutko w strone plazy. Morze bylo poprostu cudowne, Plaza pusta, fale wysokie, szum morza, a na horyzoncie zachod slonca. Co za romantyczna atmosfera:) Szkoda, ze meza obok brak:) Hai.. gdzie jestes?!?!:):)
Sesja zdjeciowa na plazy, w lodkach (o ksztacie polowki owocu kokosa), ale niestety uciecha nie trwala dlugo. Zaczelo sie robic ciemno i trzeba bylo wracac do miasta:( Zaplanowalysmy powrot tradycyjna droga, czyli lokalnym busem, ale gdy spacerowalysmy wzdluz szosy, zatrzymal sie jakis Wietnamczyk w busie i zaproponowal podwiezienie. Oczywiscie chcial kaske za to, ale nie zrobil na nas wielkiego biznesu, bo dalysmy mu tylko 10000d, a wiec normalna oplate za transport z kurami:)
Nastepnego dnia wykupilysmy wycieczke do My Son (cena: 5$/os z lunchem na lodzi). My Son to siedziba dawnych wladcow Champy. Niestety nie mozna sie tam dostac samemu, wiec wbilysmy sie w grupe tysiaca turystow, zadnych zwiedzania:) Wietnamczycy wynosza My Son na piedestal i porownuja do Angkor Wat. Niestety dla nas porownanie to wypada blado:(. Choc fajnie jest zobaczyc ruiny swiatyn i siedzib dawnych ludow, ktorzy obecnie mieszkaja na poludniu Wietnamu w delcie Mekongu. Choc My Son nie powala to na pewno warto je zobaczyc przy okazji wizyty w Hoi An.
Do Hoi An wrocilysmy lodka, na ktorej zaserwowali nam maly lunch. Milo bylo plynac glowna rzeka w centralnym Wietnamie wsrod otaczajacyh pol arbuzowych:) Niestety nie jest to jeszcze pora zbioru, wiec nie udalo nam sie skosztowac arbuzow prosto z pola:( Popoludniu poszukiwanie pamiatek po malutkich straganach i sklepikach umiejscowionych w waskich uliczkach Starowki, a potem odpoczynek nad rzeka na laweczce wcinajac pyszne miejscowe owoce (jedne z nich to nieznane dla nas kulki wygladajace jak male jezyki, z wystajacymy kikutkami. Je sie tylko srodek, ale smakuja wysmienicie, nazwy jeszcze nie odkrylysmy:); tak dla orientacji kilogram owocow kosztuje okolo 10 000-20000D).
O 18tej wyruszalysmy z Hoi An nocnym autobusem do Da Lat, wiec pozegnanie z miastem, przepakowanie plecakow i dalej w droge.
Wykupilysmy najtansze bilety (220000d/os), a wiec w autobusie z siedzeniami, a nie sleepery, jak kazdy normalny turysta. Liczylysmy na wolne miejsca i mozliwosc rozlozenia sie na dwoch siedzeniach. Niestety autobus byl prawie pelny, ale Borowka zadzialala. Dorwala jedyne wolne dwa siedzenia. Jaka byla zazdrosc innych pasazerow. Ale coz...kto pierwszy ten lepszy.
Tym sposobem podroz do Nha Trang, gdzie mialysmy przesiadke uplynela nam na smacznym snie:) O 5tej, tuz przed wschodem slonca wjechalismy do Nha Trang, gdzie zaskoczyl nas widok tysiaca Wietnamczykow uprawiajacyh jogging, gimnastyke, badz jakies inne wygibasy na ulicach o 5tej rano. W Polsce o tej porze wszyscy smacznie spia:)
Nha Trang to oaza plazowa dla turystow. Wiekszosc ludzi kojarzy Wietnam wlasnie przez to miejsce. To takie Bahama Beach w Azji. Trzeba przyznac, ze plaza jest cudowna i zagospodarowanie terenu wokolo rowniez. Nawet wielkie hotele tuz nad morzem jakos nie raza i ladnie komponuja sie z calosia krajobrazu. Udalo nam sie spedzic ponad 1.5 godziny na plazy, bo oczekiwalysmy na kolejny autobus do Da Lat (0 7.45). Tym sposobem mialysmy mozliwosc zobaczyc wschod slonca w tym pieknym miejscu. Na szczescie takie widoki sa za darmo i nie trzeba przeplacac, a tylko sie nimi delektowac. Do tego ogromne fale, takich chyba jeszcze nie widzialysmy. Rozbijaly sie o podloze wydajac w tym momencie olbrzymi huk. To bylo naprawde super przezycie. Niestety poltorej godziny szybko minelo i trzeba bylo wsiadac do autobusu. Do Da Lat jechalysmy 5 godzin. Autobus byl niemal pusty (rezerwacja w Sinh Cafe), wiec moglysmy wybierac w miejscach.
Do Da Lat dojechalysmy o 1-szej, ale to juz w kolejnym poscie.
Do nastepnego!

17 godzin w wietnamskim pociagu na drewnianych lawkach!!

29.02.2008 - 01.03.2008
Nastepny etap naszej podrozy zakladal wydostanie sie z Hoa Binh i podazanie na poludnie Wietnamu. Zwleklysmy sie z lozka o 4:00, zeby zdazyc na poranny autobus do Thanh Hoa. Oczywscie na dworcu robilysmy za atrakcje. Nikt nie mowi po angielsku, ale kazdy chce rozmawiac. Co ciekawe Drahanka spotkala Wietnamczyka niemal jej wzrostu. WOW. To sie niemal nie zdarza:):) nie potrafil powiedziec ani slowa po angielsku, ale ze pasujemy do siebie to tak:) Wiec jak widac komunikacja jest mozliwa nawet w kazdych warunkach:)
O 5:30 wsiadlsymy do autobusu. O dziwo tym razem nasze bagaze wyladowaly razem z nami w srodku. Co za ulga, tym razem moze nie przybiora ksztaltow balwanka:) Droga do Thanh Hoa (50000d/os) minela nam w miare szybko. Tym razem nie bylo dziur na drogach, nie bylo arbuzow, ale w autobusie panowal mroz:) Atmosfere podgrzalo dwoch oszustow karcianych, ktorzy wsiedli do naszego wesolego busika, wykiwali kilku biednych dziadkow (ale nam szkoda bylo szczegolnie jednego - takiego staruszka ze slicznym babcinym beretem z antenka) i znikneli tak szybko, jak sie pojawili. Dla nas byl to szok, ze mozna uwierzyc w takie zagrywki, ale jak widac Wietnamczycy sa bardzo ufni. Dodatkowo w naszym autobusie co chwila pojawialy sie nowe towary, od kabli, po slome i tysiace innych rzeczy. Trzeba dodac, ze w Wietnamie lokalne autobusy sluza obok przewozenia ludzi rowniez jako transport towarowy. Wszystko podrozuje z nami:):)
W Thanh Hoa nikt nie mowil po angielsku, ale jakims sposobem udalo nam sie dojsc, ze zjazd na poludnieWietnamu mozliwy jest tylko pociagiem. Czemu nie, taka opcja nam sie podoba. Tym bardziej ze mialo to byc 17 godzin w hard seat'erze, czyli na drewnianych, twardych lawkach. Jak sie okazalo wietnamskie twarde siedzenie to calkowicie cosik innego niz chinskie, ktore juz mialysmy okazje wyprobowac:) Ale od poczatku.
Co bylo ciekawe kupilysmy bilety do Dannang z miejscowka za 160000d/os z widniejacym na bilecie napisem "foreigners", co oznacza, ze mamy specjalne ceny. Ale ciezko uwierzyc, ze sa one nizsze... pytanie ilokrotnie wyzsze?!?? Niestety dodatkowych luksusow brak. Co nas zaciekawilo, na bilecie byl wskazany numer wagonu, ktory korespondowal ze wskazanym miejscem zatrzymania pociagu na peronie. A ludzi na peronie bylo sporo.. powiedzialybysmy nawet, ze bardzo duzo.. Co ciekawe my mialysmy wagon numer 1... a cala reszta spytacie??... wagony od 3 wzwyz. Co oznacza, ze stalsymy same jak dwa pajacyki na wskazanym do tego miejscu, a kazdy patrzyl na nas jak na ufoludki:) A jeszcze zielone nie jestesmy i nie swiecimy w ciemnosciach:) Swoja droga ciekawe kiedy to nastapi:)
Tak stalysmy i stalysmy, pociag oczywisacie mial opoznienie. Ale nadjechal. Jakie bylo nasze zdziwienie, gdy zobaczylysmy jak wyglada. Przypominal pociagi wazace ludzi do Oswiecimia. Okratowany, caly stalowy, zardzewialy..a przeciez udajemy sie na egzotyczne poludnie z palmami:) Ciekawe czy w srodku serwuja drinki z parasolka?!:) Na 17 godzin jazdy to chyba przydalyby sie butelki z parasolkami, a nie male drinki.. ale niestety tego nie serwowali:)
Spytacie jak w wyglada hard seat'er w Wietnamie. Otoz to wagon z dwoma rzedami drewnianych, koszmarnie twardych lawek. Niestety sa one skrojone jak zwykle na krotkie wietnamskie nozki. Poczatkowo siedzialysmy same na dwoch przeciwleglych lawkach, wiec jakos dalo sie wytrzymac. Widok z okna?!?! Zero. Jest krata i brudna szyba. Nic nie widac:(
Ale co nas zaskoczylo to fakt, ze w pociagu serwowali obiad. Najpierw myslalysmy, ze to dla wyzszych klas, a nie dla najtanszych hard seat'erow. Ale jedzenie dostawali wszyscy. WOW. Nie pyatjcie jak smakowalo...chwasty, ryz i mieso sprzed tygodnia:) Ale milo ze serwuja. Dziekujemy za to wietnamskiej kolei:)
Pierwsze godziny spedzilysmy na jedzeniu slonecznika (w tym celu kupilysmy caly kilogram:). Potem przerabialysmy notatki i przewodniki o Chinach. Kochamy Chiny, ale ile mozna:) W pewnym momencie nadszedl czas na ukladanie sie do snu, albowiem nasza podroz zaczela sie o 14:00, a skonczyla sie o 5:00 nad ranem. Wiec troszke czasu dla siebie mialysmy. Spanie!?!?! Ach jak o tym marzylysmy. Gdy pojawily sie dodatkowe osoby, ktore zajely miejsca na przeciwko nas, nasza przestrzen zyciowa drastycznie sie zmniejszyla i juz tylko moglysmy pomarzyc o snie. Zwinelysmy sie w klebki (zarowno z zimna, jak i niewygody)....niestety my dwie na jednej lawce to male przegiecie. Wietnamczycy niemal ukladali sie we trzy osoby. Ale my ciutke wieksze:) Ups...
Poszlysmy spac dopiero, gdy pociag minal Hue, a nam na sen zostalo okolo 3 godzin. Nie za wiele, jak na cala noc:( Oczywiscie jedyne co czulysmy podczas jazdy to nasze cudowne kosci ogonowe i wszystkie kregi... tak poznalysmy anatomie ludzkiego ciala. Jak ktos ma zamiar korzystac z wietnamskich hard seat'erow polecamy gruntowne przytycie. Kazdy kologram jest na miare zlota:)
Ale jak widac da sie przezyc 17 godzin w wietnamskim pociagu. To bylo ciekawe doswiadczenie, a nastepnym razem bedziemy sprytniejsze. Do pociagu trzeba wziac ze soba mate i ukladac sie pod siedzenie. Tylko pytanie czy my jestesmy w stanie sie tam wcisnac tak jak Wietnamczycy?!?! Oto jest zagadka do rozwiazania na przyszlosc. Jesli komus z was uda sie ta sztuczka obiecujemy nagrode:)
Oczywscie w pociagu robilysmy za atrakcje, bo ktory obcokrajowiec podrozuje hard seat'ermai. Chyba tylko turystki z Polski:)
Do Dannang przybylysmy o 5:00, gdzie zlapalysmy miejscowy autobus do Hoi An (25 000d/os, ale znow bardzo przeplacilsymy, co nas bardzo zdenerwowalo). Wietnamczycy zeruja na turystach, a my tego nie lubimy:(:( A jedyna przyjemna rzecza bylo to, ze tym razem udalo sie jechac z kurami:):) Cel osiagniety mozemy wracac. Ale kury nie mialy miejscowek:)
I tak dotarlysmy do Hoi An, ktory byl kolejnym etapen na naszej trasie podrozowania przez malowiniczy Wietnam.

poniedziałek, 3 marca 2008

Vietnam by local bus :)

26.02.2008 - 28.02.2008
To byly przezycia.. wietnamskie autobusy!!!
Ale zacznijmy od poczatku.
Wyruszalysmy z Sapy, wiec pierwszym wyzwaniem bylo znalezienie dworca w tej jakby sie wydawalo malej miejscowosci. Tylko znajdzcie dworzec, jezeli nie jest on podpisany, a wokolo nikt nie mowi po angielsku, tylko sie podejrzliwie przyglada:) Dworcem okazal sie skrawek chodnika 2x2m przy jednym z lokalnych sklepow. To tak jak szukanie dworca przed polskim warzywniakiem, z ta tylko roznica, ze tu warzywniakiem byl blat, na ktorym pani cwiartowala swinke na porcje obiadowe:) Pytasz o autobus, a przemila wietnamska pani proponuje watrobke. Co wybierasz?!?
W koncu metoda "body language" ustalilysmy, w ktorym miejscu powinien zawitac autobus:). Pierwszy podjechal - maly zagracony, miejsca tylko na dachu, choc Wietnamczycy sie spieli, jeden siadl na drugiego i znalazlby sie maly kacik dla dwoch wielkoludow z Polski. Ale nie skorzystalysmy, bo cena byla wygorowana... jak szalec i jechac z kurami to mozna i poczekac godzine na nastepny:)
Na "pseudo przystanku" nie bylysmy same. Spotkalysmy kolejnego podroznika, Peter' a z Australii, ktory jak sie potem okazalo towarzyszyl nam przez caly dzien. On rowniez podazal w tym samym kierunku i kiedy zjawil sie autobus sprawnie wyszukalismy trzy miejscowki w srodku (nasze bagaze oczywiscie wyladowaly na dachu autobusu.. upsss. niczym nieprzymocowane, wiec odczucie ich posiadania badz nie towarzyszylo nam do samego Lai Chau:). Co prawda tym razem z kurami nie udalo sie jechac, ale co sie odwlecze to nie uciecze.. tym razem byly inne atrakcje. To prawda, ze miejscowki sie znalazly,ale nikt nie gwarantowal gdzie:) Czy podroz na kartonie z arbuzami moze byc przezyciem?? Zapytajcie Drahanke. Arbuzy twarde, pupa miekka... jakie sa tego efekty... chyba nikt nie chce ogladac....arbuzow oczywiscie:):)
Mimo wygod jakie oferowal nasz dylizans za 70000D/os widoki za oknem rekompensowaly ubytki na ciele:)
Jechalysmy przez najwyzsza przelecz w Wietnamie Tam Tom Pass (1400m), a wokolo rozposcieraly sie widoki na przepiekne gory zatopione w chmurach. WOW!!! Tak wiec w Wietnamie zdarzylo nam sie bujanie w oblokach.
Do Lai Chau, oddalonego o 126km od Sapy dojechalysmy o 11.00. Poczatkowy plan zakladal nocleg w Lai Chau, jednak po krotkim spacerku po okolicy stwierdzilysmy, ze miejsowosc ta nie oferuje niczego ciekawego i najlepiej byloby sie stad wydostac jeszcze tego samego dnia (choc miejscowosc pieknie polozona, wsrod gorek i zielonych lasow, niemniej bez turystycznych atrakcji).
O 13tej zjawilismy sie wraz z towarzyszem Peter'em na dworcu w Lai Chau. Poniewaz cena wywolawcza za przejazd do Dien Bien Phu opiewala na 95 000D/os nie moglysmy sie oprzec pokusie targowania. W Wietnamie istnieje zasada, ze kazda cene nalezy targowac, srednio 35% ceny wywolawczej odpowiada faktycznej wartosci. Dodatkowo biorac pod uwage, ze kazdego turyste (obcokrajowca) stara sie oszukac i zawyzyc cene nawet 10-krotnie trzeba sie miec zawsze na bacznosci.
Tym razem nasze negocjacyjne umiejetnosci nie wsytarczyly na tak upartych przeciwnikow. Peter poddal sie w przedbiegach, my nie.. ale udalo nam sie zbic cene tylko do 85000D (zawsze lepszy rydz niz nic:) I tak rozpoczela sie malownicza jazda przez tysiace zakaretow, serpentyn, przeleczy... niestety nie wszyscy mieli okazje rozkoszowac sie ta przejazdzka. Borowka pamieta pierwsze piec minut, potem odplynela w zaswiaty.. poszukujac spokoju dla swojego zoladka:):)
Wiec kilka opowiesci ze wspomnien Drahanki:) Droga trwala 6 godzin, a wiec stosunkowo dlugo i ciagle wila sie przez zalesione wzgorza, z licznymi wioskami umiejscowionymi na najwyzszych partiach. Na dole widac bylo piekna rzeke, kaniony. Zmienial sie rozniez krajobraz wiosek, tym razem przejezdzalysmy przez wioski z domami na palach, drewianymi, pokrytymi liscmi bananowca, badz tez wylepianymi z nienznanej nam gliny. Wokolo widac bylo normalnych ludzi z mniejszosci H'Mong, Thai.. ludzi przy normalnych pracach na polu, podworkach. Tego nam brakowalo w Sapie, gdzie wszystko jest pod turystow. To byla naprawde piekna droga, ktora kontynowalysmy nazajutrz, ale z wiekszymi niespodziankami.
Rano udalo nam sie zwiedzic Dien Bien Phu - miejscowosc znana z bitwy francusko-wietnamskiej w 1954r. Dlatego tez podziwialysmy armaty, czolgi (niestety nie zezwolono nam na probna jazde:( a szkoda bo wydaje nam sie ze zostalybysmy mistrzami jazdy gosienicowej). Zwiedzilsymy wiec muzemu Dien Bien Phu (gdzie obejrzalysmy bardzo dokladny film -niewiele zrozumialysmy, bo na strategiach wojennych sie nie znamy:), potem Cmentarz wojenny i zielone pola ryzowe tuz za miastem , ktore byly najciekawszym elementem naszego planu zwiedzania Dien Bien Phu.
Jednak to co najlepsze wciaz bylo przed nami.
Nie myslcie ze pokonanie wczorajszego odcinka (100km) to nasz rekord. Na dworcu w Dien Bien Phu zjawilysmy sie o 11.30, od razu wpakowali nas we wlasciwy autobus, ale czy na pewno wlasciwy?? to sie okaze:)
Autobus byl malutki, najmniejszy jakim podrozowalysmy. Bagaze wyladowaly w bagazniku, ale nie pytajcie w jakim stanie je stamtad wyciagnelysmy. Smoluchy to malo powiedziane. Poznalysmy je jedynie po ksztaltach i umiejscowieniu...na pewno nie po kolorach. Wezcie taczke pylu i nasypcie na plecacki.. mniej wiecej tak to wygladalo, dwa male balwanki:)
Ale wracajac do samej jazdy....
Start o 11.30.. meta 20.30 w Son La.. a zgodnie z rozkladem miala byc 16.00:):) male opozniene, badz zboczenie z drogi!??!?!? No coz.. ale skoro najpierw laduje sie pod granica wietnamsko-laotanska, nie wiadomo po co i dlaczego.. to juz pojawiaja sie pierwsze opoznienia. Co ciekawe, najpierw w autobusie byla tabliczka Son LA (tam gdzie jechalysmy), ale tuz za granica miasta kierowca ja zdjal i poinformowali na migi, ze najpierw jedziemy do Laosu, ale mamy sie nie martwic... Wszystko swietnie, ale tam mamy trafic dopiero za miesiac:):) Wysadzili nas 14 km przed granica, kazac zostawic bagaze w srodku. Wiec stalysmy na rozstaju drog na bezdrozach, rozmyslajac, czy ten autobus wroci, czy tez nie.. drugie pytanie czy z bagazami czy tez nie:):) 40 minut oczekiwania umilali nam Wietnamczycy (6 chlopakow nie znajacych slowa po angielsku).. ale Drahanka poznala meza:):) Szkoda tylko ze nie znal jezyka. Ale co tam jezyk:):) Wystarczyly rozmowki i slowniczek wietnamski, a romans w autobusie wybuchnal pelna para:) A kandydat byl calkiem calkiem.. Niestety Borowka meza nie znalazla wiec pozostala jej rola przyzwoitki:)
Straszne to.. Drahanka rozkwitla i nawet teraz przesyla Hay'owi usmieszki prosto z glebi serca (nie ma zielonego pojecia jak to jest po wietnamsku, ale to juz bylby romans na wyzszym poziomie). Niestety maz wysiadl w polowie drogi, wiec Drahanke ogarnela rozpacz. Pozostal kurz, lzy i wpomnienia:) Ale nie martwcie sie, na pewno jakis odpowiedni kandydat pojawi sie na horyzoncie:):) Na pewno dla nas obu:):)
Wracajac do drogi. Po 40 minutach autobus sie zjawil, z ta tylko roznica, ze mial na dachu tysiace bagazy, ktore co chwila w czasie dorgi spadaly, wiec kolejne przystanki na ich mocowanie. Potem ku naszemu zaskoczeniu wrocilysmy do miasta, z ktorego wyruszlysmy 2 godziny wczesniej, na tym jednak nie koniec. Tuz przy granicy miasta kolejny postoj, nie wiadomo dlaczego, po co. Jak sie okazalo oczekiwalismy na jakiegos waznego goscia. Co tu robic, zeby sie nie nudzic. Zawsze mozna wypasc przez okno z autobusu:) Spytajcie Drahanki jak sie to robi (pouczenie - nie rob tego sam:):):) Plan Drahanki zakladal wyjscie przez okno, bo przeciskanie sie do drzwi bylo nie lada akrobacja:) A okno stalo otworem i zapraszalo:) wiec czemu nie skorzystac:) Ale chyba bylo za male i noga zostala... ale w srodku:) Z peryspektywy Borowki... jest Drahanka.. a za chwile jej nie ma.. tylko przerazajace "lup" o asfalt.. juz wiadomo dlaczego tyle dziur w ich drogach:) na pewno nie sa liczone na takie przeciazenie:) To dopiero zabawa:):)
Po 4 godzinach od wejscia do autobusu w koncu udalo nam sie przekroczyc granice miasta:) Nasz pojazd mknal po kretych, piaszczystych, remontowanych, badz nawet wlasnie budowanych drogach. Polne drogi wygladaja u nas lepiej niz ta lokalna i jedyna w okolicy autostrada. To prawda ze widoki za brudnym oknem umilaly nam przejazd - gorki, serpentynki, lokalne wioski. Pieknie i uroczo. Poza kurzem, ktory yl w nawet najbardziej skrytych zakamarkach naszych cial:):) Kilometry lecialy wolno, gestniejacy mrok zapadal nad szczytami,a my wciaz jechalysmy.. nie wiedzac gdzie jestesmy i kiedy osagniemy Son La... a moze nie dojedziemy tam dzisiaj.
Droga bylaby tym bardziej przyjemna gdybysmy czasem stawali do toalety. W Wietanmie podrozujec lokalnymi srodkami transportu trzeba sie nastawic na zalatwianie potrzeb fizjologicznych na srodku drogi, metr od autobusu. Kazdy wysiada, staje kolo autobusu i po sprawie. Nie ma prywatnosci, po co??? .. Dlatego nasze potrzeby fizjologiczne na czas tej podrozy zostaly wstrzymane:)
Do Son La udalo nam sie jednak dojechac. O 21.00, a wiec 5 godzin pozniej, ale sukces odniesiony:):) Nocleg w Son La (110 000d/pokoj) i nastepnego dnia przeprawa do Hoa Binh (tu rowniez mialysmy problem z znalezieniem dworca, ale tym razem autobus sam nas znalazl). Niestety uzgadnianie enie bylo najlatwiejsze, bo znow mialysmy poczucie, ze nas bardzo oszukuja. Ale dotarlysmy do Hoa Binh bez wiekszych atrakcji. Tego wieczorka atrakcje kulinarne to pyszne pierozki, ktore nam bardzo posmakowaly i placki z jakims wypelnieniem (chyba korzen miejscowej rosliny). Zapewne to rekompensata smazonego ryzu, ktory wczesniej zamowilysmy:):)