sobota, 31 maja 2008

Chongqing - drapacze chmur, trzypoziomowe drogi i tysiace autobusow



























20.05- 24.05.2008
Po czterech godzinach jazdy dojechalismy do Chongqing. Wysadzili nas na wielkim skrzyzowaniu. Musielisbyscie zobaczyc moje oczy i zdziwienie, gdy opuscilam autobus. Skrzyzowanie bylo trzypoziomowe, trzy poziomy drog, a ja nie wiem gdzie jestem. Wokolo olbrzymie wiezowece i nic wiecej. Upsss.. a ja nie ma dobrej mapy tego miasta, jest godzina 22.15, ciemno, nic nie widac. Oczywiscie taksowkarze potwierdzili, ze nie dostane sie do hostelu Perfect Time Youth Hostel (25Y/lozko) autobusem, bo juz nic nie jezdzi. Jednak ja sie nie poddalam. Spotkalam kolejne dobre duszyczki, ktore studiuja nieopodal hostelu i razem wzielismy najpierw autobus (1Y), potem taksowke i po pol godzinie jazdy dotalismy na miejsce. Hostel zlokalizowany jest w dzielnicy Ciqikou, oddalonej o pol godziny jazdy autobusem od samego centrum. Polecam go bez wahania. Miesci sie w centrum starowki Ciqikou, wsrod waskich brukowanych uliczek z kramami, malych drewanianych domkow (cos na ksztalt malego Lijiang). W LP niby jest to opisane, ale bez wiekszego entuzjazmu, a ja jestem zachwycona tym miejscem. Nie ma tu wielu atrakcji, ale zawsze warto zajrzec, aby popodziwiac widoki:) Pierwszego dnia musialam nieco odpoczac po nieprzespanych dwoch nocach. Zwiedzialam wiec starowke, a potem autobusem 261 (3Y) pojechalam do centrum. Tu przywitaly mnie ogromne mosty, olbrzymie wiezowce i tysiace ludzi na ulicach. Glownym placem w miescie jest Jiefangbei z wieza "Liberation Monument" w samym centrum. Czlowiek stojac w tym miejscu czuje sie jak mrowka, wszystko dookola takie wielkie, wokolo chinskie stado mrowek. Istne mrowisko:):) No coz. Zostalam jedna z nich. Szkoda tylko, ze przerastam ich wzrostem. Moze zostane ich krolowa, przeciez ta jest zawsze najwieksza:) To by pasowalo:) hihihi...Krolowa Iwona.. hihihi...
Poszwedalam sie wiec miedzy wiezowcami, a potem poszlam do portu Chaotianmen Dock. Tu widoki byly przepiekne. Wokolo rzeki Jaling River i Yangtze River schodzace sie w tym samym miejscu. Zadko ktore miasto posiada takie polaczenie:) Do tego wielkie oswietlone wiezowce wokolo i swiatla odbijajac sie w wodzie. Czego wiecej zapragnac:):)
Problem pojawil sie tylko jak trzeba bylo wracac, jak tu znalezc autobus w tym pomieszaniu z poplataniem. Zajelo mi to pol godziny i schodzilam pol miasta, ale udalo sie:):)
Tego dnia zasmucialam sie bardzo, bo zaplanowalam rejs po rzece Jangcy nastepnego dnia. Niestety wszystkie zostaly odwolane, bo wprowadzono oficjalana kontrole wszystkich lodzi. Tym sposobem przez trzy dni zadne statki nie opuszcza portu. Tak wlasnie zostalam tu usidlona na ten czas. A co tu robic?? Jedne dzien jest ok, ale co dalej... chyba ostane myslicielem i odpoczne za wszeczasy:) Pojawilo sie pytanie, czy by nie odpuscic tej atrakcji, ale boje sie, ze jak nie teraz to juz nigdy. Za rok w 2009 rejsy beda niedostepne, wiec to chyba jedyna okazja. Trzeba wiec czekac
Nastepnego dnia wybralam sie sama do odleglego o 160km Dazu z buddystycznymi rzezbami (Baoding Shan). Nie bylo to latwe, aby sie tam dostac, ale sie udalo. Oczywiscie wszyscy wykupuja wycieszki (240Y), ale ja lubie niezaleznosc i wszystkie przygody po drodze. Wzielam wiec autobus 503 na dworzec, tam kupilam bilet do Dazu (50Y) i po dwoch godzianch jazdy dotarlam do miasta. Tu jednak juz nie bylo tak latwo. Wydaje sie, ze ludzie nie widzieli tu turystow, wiec poza ciagla obserwacja nie byli w stanie mi pomoc. Ale spotkalam milego dziadka, ktory zaprowadzil mnie na kolejny dworzec, tu wykupilam bilet za 4 Y nie wiem dokad (dziadek wytlumaczyl gdzie chce jechac, pani dala bilet i na tym sie skonczylo, ale czy tam dotre?? oto jest pytanie:). Wsiadlam do busa, przejechalismy 5 minut, a tu nispodzianka. Kazali wysiasc i przesiasc sie do kolejnego, tym razem zapchanego lokalnymi. Jechalam wiec z dzieciaczkami, koszami zieleniny, motykami i grupa rolnikow jadacych na pole. Wyobrazcie sobie ich zdziwienie. Ja w srodku, razem znimi.. Co ja tu robie??.. Jestem na pewno z kosmosu:) I wlasnie tak sie czualam:):) Po 20 minutach dojechalismy do Boading Shan. Deszcz lal niemilosiernie, wiec nie obylo sie bez zakupu parasola, bo na taka okazje nie bylam przygotowana (10Y).
Potem zakup biletu (80Y) i moi oczom ukazaly sie przecudne rzezby Boading Shan. Pochodza z 1179 - 1249 roku, wszystkie zostaly wykute w skale przez te sama osobe. Oczywiscie wszystkie maja znaczenie religijne i mozna opowiadac tysiace historii i znaczen kazdej z rzezb. Dla mnie byl to genialny zbior rzezb zgromadzonych w tym samym miejscu. Nie dziwie sie ze Unesco uznalo je za skarb dziedzictawa kulturowego. Po dwoch godzinach zwiedzania wsiadlam do lokalnego busiaka. Kolejna arakcja... 30 par oczu skupionych na mnie, dzieciaczki usadzane na moich kolanach, okrzyki na moja czesc. To atrakcje z drogi powrotnej, za cale 2.5Y:):) Po dojezdzie do Dazu, obiadek -zupka w przyulicznym barze - 4Y,a potem powrot autobusem do Chongqing (43Y). Szkoda tylko, ze i tym razem wysadzili mnie znow nie wiadomo gdzie. Po dwoch zmianach autobusow dotarlam jednak do hotelu:):) Takie miasta chyba mnie przeastaja, mimo ze czulam sie mistrzem orientacji:):)
Nastepnego dnia wybralam sie na typowa sichuanska opere (wstep 5Y). To bylo dopiero przezycie:):) Aktorami byli wiekowi staruszkowie, ich srednia wieku na pewno miescila sie w granicach 60-70 lat:) Tak tak.... wydawalo sie, ze ledwo trzymaja sie na nogach, a ilosc makijazu na ich twarzach mozna oszacowac w kilogramach. Moze to nie kwestia wieku, ze ledwo trzymali sie na swych malych stopkach, ale powodem byl zbyt wielki ciezar ich pudru do twarzy i innych upiekszajacych specyfikow:) Co o tym sadzicie??:( Ale powaznie. Mieli przepiekne kolorowe stroje, typowe chinskie wzory, na twarzach bialy make up, na glowie peruki, liczne ozdoby, szpilki we wlosach. Mezczyzni z kolei dlugie tuniki, przepasane pasami. A co jezeli chodzi o spiew.. hmm.. no ciekawy. Przypominal troche wycie do ksiezyca, ale po pol godzinie czlowiek sie przyzwyczail:):):) Sama opera w Chinach trwa wiecznosc - kilka godzin, co jakies pol godziny sceny sie zmieniaja, wychodza nowi aktorzy, ktorzy improwizuja przez kolejne 30 minut. Wokolo siedza sami dziadkowie, pipijajac herbate i palac paierosy. Oczywiscie na takie widowiska nie uczeszczaja mlodzi Chinczycy, ta rozrywka zarezerwowana jest tylko dla wiekowych. Mlodzi w tym czasie wariuja po klubach:) Niemniej dla mnie bylo to ciekawe doswiadczenie. Nasuwa sie jednak pytanie kto jest na tyle cierpliwy, aby wytrzymac calosc:):) Moze ktos zglosi sie na ochotnika? Ja po dwoch i pol godzinie poddalam sie:):) Ale na pewno polecam to przedstawienie. Jest charakterystyczne tylko dla Chin:)
kolejne wiesci z rejsu po Jangcy.

poniedziałek, 19 maja 2008

Chengdu - wielkie miasto ze slynnym hot pot'em:)























18-20.05.2008
Do Chengdu dojechalam z Leshan po dwoch godzinach (koszt 43Y). Juz na wjezdzie przyszla mi mysl.. kolejny wielki moloch. I jak tu sie odnalezc?!?!? Autobus wysadzil nas na dworcu XinnanMen. Tak naprawde to nawet nie na dworcu, ale na jakiejs bocznej ulicy... no coz, jakos trzeba sie bylo stamtad wydostac. Wokolo olbrzymie wiezowce, tysiace samochodow i autobusow na ulicach, totalnie nie wiadomo co sie dzieje. Zaplanowalam nocleg w Mix Hostel (20Y/lozko) i po dwoch przesiadkach jakims sposobem dotarlam na miejsce. Czy polece ten hostel? Tak i to od reki. Jest po pierwsze zlokalizowany blisko centrum, niedrogi, a atmosfera jest iscie genialna. Wielu turystow, mila angielskojezyczna obsluga i do tego sliczne pokoje (a to sie nie zdarza czesto w dormach w Azji:). Tego wieczoru spotkalam sie jeszcze z Shun'em. Pojechalismy na drugi koniec miasta, aby poogladac najbardziej rozrywkowa czesc stolicy prowincji Sichuanu. Wiele swiatel, tysiace Chinczykow, biesiadujacych w knajpkach. To typowy widok jaki mozna zobaczyc poznym wieczorem.
Nastepnego dnia planowalam udac sie do pobliskiego Osrodka Hodowli Pandy (10 km od Chengdu), jednak jakims sposobem moj sen byl silniejszy ode mnie.. wstalam za pozno. Ale nic straconego. Spedzialam miluchno czas w hostelu. Niesamowite jak drogi niektorych ludzi sie splataja. Otoz spotkalam Marie i Mat'a, ktorych wczesniej mialam okazje widziec najpierw w Kambodzy, a potem w Laosie. Czy to niesamowiete, ze po dwoch miesiacach podrozowania spotykamy sie w tych samych miejscach:):) Siedzieleimy do poludnia i wymienialismy wrazenia. Tak milo spotkac przyjaznych ludzikow i to po takim czasie:) Pytanie czy nasze drogi sie jeszcze skrzyzuja? Mat pochodzi z Nowej Zelandii i leci teraz do Norwegii. Maria zostaje w Chinach, a potem przez Kazachstan i pozostale republiki wraca do domu do Francji (na rowerze!!!):) Moze z Maria jeszcze gdzies sie spotkamy poza Chinami. Kto wie.. kto wie:):):)
Ale wracajac do pobytu w Chengdu. Pomimo olbrzymiego upalu udalo mi sie podreptac do pobliskiej swiatyni - Wenshu Monastery (wstep 5Y). Swiatynia ciekawa tymbardziej, ze byla niedziela i odprawiali wlasnie jakies specyficzne modly:) Potem spacerkiem przeslam na centralny plac w Chengdu, gdzie mozna podziwiac ogromny pomnik Mao Zedonga - Tianfu Square. Stoi tam dumnie i patrzy z wysokosci na wszystkich. Plac ogromny, z kazdej strony otoczony ogromnymi wiezowcami. To juz nie jest mala tybetanska wioska, gdzie biegaja zwierzaczki po ulicy. Tu wrecz poruszaja sie wielkie zwierzaki w postaci dwupietrowych autobusow, czy wielkich ciezarowek (ps. polecam przejazdzke na drugim pieterku takiego autobusu. Krazac miedzy wiezowcami czuje sie jakby sie lewitowalo w powietrzu; naprawde robi wrazenie:):) Potem biegiem musialam leciec dalej, bo wraz z Shun'em zaplanowalismy wizyte w operze w drugiej czesci miasta. Niestety jak sie okazalo nie da sie kupic biletow i wszystkie spektakle zostaly odwolane ze wzgledu na trzesienie ziemi. To sie nazywa szczescie:( No coz.. czas zagospodarowalismy w inny sposob. Poszlismy na jedzonko.. pyszne jedzonko - albowiem na slawetnego HOT POT'a. Goscislimy sie w "The pretty house", gdzie choc mimo angielskiej nazwy wszystko bylo po chinsku. Dobrze, ze mialam osobistego tlumacza:):) Jak wyglada slawetny hot pot? Otoz to cala ceremonia jedzenia posilku. Najpierw wybiera sie rodzaj wywaru (czy ma byc ostry, polostry czy tez slaby). Mozna wybrac dwa i wowczas dostaje sie dwie wazy - nasz wybor oczywiscie byl prosty (ja nie przyzwyczajona do ostrych, Shun pochodzi z prowincji, gdzie nie naduzywa sie chili, wiec wybralismy dwa pierwsze poziomy ostrosci ( a i tak niezle palilo w jezyczki:):). Potem wybiera sie tysiace rzeczy, ktore potem samemu sie smazy, gotuje i umieszcza w wywarze. I tu juz pojawil sie kosmos. Zdalam sie na Shuna i przyznam, ze takich przysmakow:) jeszcze nie jadlam. Dzis jako danie glowne podawali: zoladek swini (wyglada okropnie, skora z wypustkami...widok niemal odrzuca, ale smakuje calkiem niezle), przelyk kaczki, jelita kaczki (troszke zylowate), noga krowki, a do tego warzywa (nie mam zielonego pojecia jakie bo nigdy takich nawet nie widzialam, ale smakowaly super). Wszystko to podaja na osobnych talerzykach, a ty musisz uzywajac niemal polmetrowych paleczek usmazyc sobie jedzonko. Wczesniej jeszcze przygotoeujesz specjany sos (wsypuje sie zielenine, cos na ksztalt czosnku, ale to nie jest czosnek, potem zalewa jakimis przyprawami i powstaje oleisty sos, w ktorym maczasz wszystkie upieczone rzeczy. A potem wcinasz:):) Genialny sposob na posilek. Szkoda tylko, ze tak kosztowny i do tego tradycyjnie spozywa sie go conajmniej w dwie osoby, wiec jak jestem czasem sama to hot pocik odpada. A zjadlo by sie zoladek ze swinki. Mniamik:):) Zartuje:):)
Nasz posilek zajal nam poltorej godziny:) hihihi. Tak dlugo to ja jeszcze nie jadalam, ale wyszlam z ogromnym brzuchem:):):)
Ale mielismy co swietowac, bo Shun zgodnie z chinskim kalendarzem mial tego dnia urodziny. Ci to sa szczesciarze. Jak sie okazalo obchodza urodziny podwojnie. Zgodnie z chinskim, jak i europejskim kalendarzem (roznica jest okolo miesiaca:):) Fajnie, podowjne zyczenia, podwojne prezenty.. Chinczycy wiedza jak sie ustawic. Szkoda, ze moje wypadaja za 5 miesiecy, zaszalalabym juz teraz:):) Potem spacerek po najwazniejszym parku w Chengdu - People's Park i szybki powrot autobusikiem do hotelu, bo trzeba sie bylo spakowac.
Shun, sprawdzil na dwoch dworcach czy moge kupic bilet i pojechac do Kanding i Gonga Mountains. Potwierdzili ze tak, niestety gdy nastepnego dnia zjawilam sie na dworcu, pani w okienku uprzejmie poinformowala nas, ze nie. Ze zaden turysta zagraniczny (Chinczycy moga) nie moze udac sie w tamtym kierunku. Pojawia sie wiec pytanie dlaczego wczesniejszego dnia powiedzieli cosik innego?? To wlasnie chinski przeplyw informacji:( No i stalo sie. Ja musialam zostac w Chengdu, Shun pojechal ogladac przecudne gorki (7500 m npm). Pozostaje mi tylko obejrzenie zdjec, ktore mi przesle. Jakie to niesparwiedliwe, gdybym moze wygladala jak Chinka.. ale z tym wzrostem nie ma szans, zreszta teraz jestem bardziej opalona niz kazdy Chinczyk (wszyscy sie tu wybielaja, ze wygladaja jak bialaski.. a ja nie.. ja murzynek:):):)
Pozostala czesc dzionka spedzilam zwiedzajac stara dzielnice Chengdu, potem odwiedzialam najslynniejsza swiatynie w miescie - Wuhou Temple (wstep 60Y), a wieczorkiem udalam sie na uliczne jedzonko (pierozki z miesem - koszt - cale 3.5Y:) Dzisiaj poznalam kolejne sympatyczne duszyczki - tym razem z mojego kochanego Tybetu Angele i Ksena, studiuja w Chengdu:) Jak im dobrze, ze pochodza z tak pieknego miejsca:) No ale nie ma tego co by na dobre drahance nie wyszlo:) - ja mam kolejny powod aby ich odwiedzic.. w Tybecie oczywiscie:):)

A teraz wiesci z ostatniej chwili:):) Wlasnie jest srodek nocy, godzina 2:14.. siedzimy na parterze w hotelu, nikt nie spi,.. a to z jakiego powodu?? Otoz 4 godziny temu w chinskiej telewizji oglosili, ze dzisiejszej nocy ma nastapic kolejne trzesienie ziemi. Potezne mialo miejsce tydzien temu na polnoc od Chengdu, gdzie sie teraz znajduje. Zginela przeogromna ilosc osob, wiele jest nadal zaginionych, a dostep do polnocy calkowicie niemozliwy. Od tego momentu bylo wiele wstrzasow wtornych, miedzy, jak bylam w Emei Mountains, czy nawet wczorajszej nocy, krotkie, 10-cio sekundowe wstrzasy, ale trzeba przyznac dziwne uczucie. Wszystko sie trzesie, a ty nie masz nad tym kontroli. Na dzisiaj zapowiedzieli jednak silniejsze trzesienie, okolo 6-7 stopni w skali Richtera, co oznacza, ze nie mozemy isc spac, a w miescie wybuchla pelna panika. Ludzie powychodzili na ulice, na trzypasmowej ulicy zaroilo sie od samochodow, w ktorych spia dorosli, dzieci, zwierzaki, wszedzie poustawiane sa namioty, powynoszone lozka. Ludzie spia na podlodze, katonach, materacach. Juz od ostatniego tzesienia w miescie panowala atmosfera napiecia. W kazdym gorskim badz sportowym sklepie byly mega kolejki, ludzie wykupowali namioty, karimaty. Ceny tych artykulow podobno potroily sie. Ale co ciekawe tak naprawde nie ma tak wielkiego powodu do paniki. zapowiedziane sa tylo wstrzasy wtorne i to nie w Chengdu, ale znacznie na polnocy (to nie moja opinia, ale napotkanych Chinczykow, ja nigdy wczesniej nie przezylam trzesienia i sie na tym nie znam). Niemniej panika jest przeogromna. Nasz hotel znajduje sie w dzielnicy, gdzie nie ma tak wielkich wiezowcow, a mimo to wszyscy opuscili mieszkania. Nie chce wiedziec co sie dzieje w okolicach najwyzszych budynkow, a takich w Chngdu jest naprawde sporo. Tak wiec siedzimy i czekamy na trzesienie. Nie powiem.. nie jest to mile uczucie, szczegolnie, ze tak naprawde nie wiem czego sie spodziewac. Wiemy jednak ze mamy uciekac na ulice, jezeli sie zacznie... taki jest plan i zalozenie. Wiecej wiesci jutro.. po trzesieniu (miejmy nadzieje ze jednak przewidywania sie nie sprawdza i go nie bedzie! Juz za duzo ludzi ucierpialo w tej katastrofie. Wystarczy!:(:(:(
Tak to sie ulozylo...razem z Shun'em mialam wczoraj opuscic Chengdu, wyjechac do Kanding daleko na zachod od stolicy prowincji, nie udalo sie. Dzisiaj mam zamiar wyjechac do Chongqing - pytanie czy sie uda stad wydostac, jezeli przepowiednie sie sprawdza. Prawdopodobnie znow beda wielkie opoznienia badz zredukowane kursy:(:( Sichuan nie jest w ostatnim czasie dobrym miejscem do podrozowania. Trzeba stad uciekac:(
Tak jak myslalam, powodow do paniki nie bylo. Wszyscy jednak grzecznie siedzieli do rana. Ja okolo 4tej zebralam sie do lozka. Moje powieki wazyly tone, a nawet jakby bylo trzesienie nie mialabym sily uciekac ze zmecznia. Dlatego podreptalam do lozeczka i punkt czwarta zamknelam swe oczeta. I co?? Po 20 minutach zbudzily mnie wsztrzasy. To sie nazywa szczescie. Siedziesz pol nocy, czekasz, a jak odpuszczasz pojawia sie trzesienie. Jednak bez obawy, trzeslo lekko i tylko kilkanascie sekund. Nawet nie zbiegalam na dol, przeczekalam, a potem hop spowrotem do lozeczka:)
Nastepnego dnia (a raczej tego samego rano, przeciez noc przekoczowalam na parterze) wybralam sie z samego rana do najwiekszego na swiecie Instytutu Hodowli Pandy Wielkiej. Oczywiscie mozna wykupic wycieczke w hostelu za niebagatelna cene 80Y, przy czym jak sie dotrze tam samemu koszt wynosi 35Y:) A ile atrakcji po drodze:) Najpierw trzeba dojechac do konca autobusem nr 1, a tam przesiasc sie w kolejny autobus, ktory podwiezi dokladnie pod wejscie do Instytutu. Przejazd oba autobusami trwa lacznie okolo godziny. Trzeba pamietac, ze pandy aktywne sa z samego rana, a potem popoludniu, wiec wlasnie w tym czasie nalezy sie tam udac. Ja niestety nie mialam czasu, bo tego dnia wyjezdzalam z Chengdu, wiec czesc pand przywitala mnie blogim snem. Wstep do parku kosztuje 30Y i mozna spedzic tu caly dzien. Zbudowanych jest wiele wybiegow zarowno pandy wielkiej, jak i czerwonej. Genialne jak one sie bawia, jak jedza bambusy, jak skacza po drabinkach, jak sie wywalaja. Mozna na nie patrzec godzinami, az dech zapiera.
Potem szybko do hotelu, plecak na barki i biegiem na dworzec autobusowy Wuguiqiao (autobus 33). Tak dla informacji, koszt przejazdu autobusami w Chengdu to okolo 1-2 Y, w zaleznosci od rodzaju autobusu - czy jest z klimatyzacja czy nie (przy wejsciu jest skrzynka, do ktorej wrzuca sie pieniazki, a na niej najczesciej poziomymi kreskami zaznaczone ile nalezy zaplacic, jedna kreska 1Y, dwie - 2Y, takie to banalne rozwiazanie:). Tak wiec po godzinie jazdy w zapchanym po brzegi Chinczykami autobusie dojechalam do dworca. Tu kolejki niemilosierne. Z pomoca przyjaznych duszyczek kupilam bilet na autobus do Chongqing (koszt 107Y). Co ciekawe dostalam miejsce w pierwszy wolnym autobusie (o numerze 28). Jak sie okazalo wyjezdzal wlasnie autobus no 7, wiec musialam przeczekac tylo 21autobusow, az pojawil sie moj. Mozecie sobie wyobrazic ile ludzi podaza w tych samych kierunkach skoro do jednej miejscowosci w tym samym czasie ma odcjechac okolo 40 auttobusow. Juz sie nie dziwie, dlaczego ich jest tak wielu i wszedzie sa wielkie kolejki:) W kazdym razie po dwoch godzinach oczekiwania w wielkim tloku o godzinie 18.30 wyjechalismy w Chengdu. Kolejne wiesci w Chongqing.. miasta chyba wielkszego niz Hongkong!!
pa pa

sobota, 17 maja 2008

Emei Shan i Wielki Budda w Leshan. Tak przywitalam Sichuan:)

Emeishan















































Leshan











13.05 - 17.05.2008
Po przybyciu do Teddy Bear Hotel zjadlam pyszne sniadanko w postaci zupki z warzywami (5Y), porozmawialam z obecnymi tu turystami i po przepakowaniu plecaka (czesc rzeczy zostawilam w hotelu, oplata 5Y/dzien, jezeli nie nocujesz) wyruszylam na szlak. Emei Shan jest jedna z czterech swietych gor buddyzmu w Chinach (obok Putuoshan, Wutak Shan, Jiuhua Shan) dlatego zazwyczaj jest oblegana przez chinskie wycieczki. W moim przypadku mozna mowic jednak o szczesciu i nieszczesciu. Z powodu trzesienia wiele wycieczek zostalao wstrzymanych i trzeba przyznac, ze przez kolejne trzy dni niemal nikogo nie bylo w gorach. To naprawde niesamowite, bo zazwyczaj sa tu tlumy!.
Jako wprawny piechor postanowilam, ze spedze w gorkach trzy dni i nie bede korzystala z zadnych autobusow czy wyciagow (a takie mozliwosci sa tu dostepne na kazdym kroku - trzeba przeciez pamietac, ze Chinczycy nie lubia sie wysilac i potrzebuja takich ulatwien. Ale nie Drahanka.. z wielkim, ciezkim plecakiem wdrapala sie na gore i w trzy dni zrobila ponad 110km:):):) To nie jest zart. Droga na szczyt ma 52km, a powrotna okolo 56km:) to sie nazywa wyprawa:) Trzeba dodac, ze wchodzi sie z wysokosci 620m na 3099m. I podejscia sa bardzo strome, czasem brakuje oddechu. nogi odmawiaja posluszenstwa.... Niedogodnoscia jest tylko to, ze cala trasa poprowadzona jest schodami (powod - chinscy turysci, pamietamy o tym.. nie moze byc ciezko, jak trzeba isc pod gore to chociaz wygodnie, po schodach). To sa wlasnie chinskie gorki, cale "oschodowane":)
Wspinaczke zaczelam przy swiatyni Fuhu Monastery (630m npm). Tu tez nalezy nabyc bilet za niebagatelna kwote 150Y. No coz, jak chce sie byc swietym nie wolno liczyc pieniazkow:). Samo Emei Shan slynie z licznych swiatyn na stokach gor, jest ich naprawde wiele, kazda mozna zwiedzic od podszewki, w kazdej mozna zjesc posilek i w kazdej przenocowac. To naprawde fajne! Wspinajac sie do gory mijalam wiec kolejne swiatynie - Leiyin Temple (700m npm), Chunyang Palace, Shenshiu Pavilion, Zhongfeng Temple, Qingyin Pavilion (710m npn). W jednej z nich spotkalam dwoch chinskich chlopakow, z ktorymi jak sie potem okazalo spedzilam reszte dnia i nie tylko.Co ciekawe w gorach Emei raz wchodzi sie meczaco pod gore, aby za chwile zejsc bardzo stromo w dol.. i tak na zmiane. Tym sposobem drepta sie na gore wlasnie 50km:)
Po dotarciu do tzw "Joking Monkey Zone" gdzie mozna sie podelektowac skaczacymi na ludzi malpami (poniewaz obcuja z ludzmi, wcale nie wydaja sie oswojone wrecz przeciwnie, mnie wrecz przerazaly, nie ufam takim zwierzaczkom):) okazalo sie, ze nie mozemy isc dalej. Z powodu trzesienia osunela sie czesc drogi i podobno nie ma przejscia. Wraz z Xue Shun i Weber'em (dwoma chinskimi kolegami) probowalismy sie przedostac dalej, ale na kazdym kroku zatrzymywali nas straznicy parku. Byla 17ta wiec postanowlismy nie tracic czasu i udac sie na szczyt inna okrezna droge. I tu dopiero zaczelo sie ostre podejscie - bardzo strome schody dobijajace przy kazdym ruchu noga:) Minelismy Wannian Temple (1020 m npm), gdzie spotkalam grupe chinskich turyystow. Oczywiscie sesja zdjeciowa z Drahanka byla nieunikniona. Jednak tym razem i ja odnioslam korzysc. Udalo mi sie zrobic kilka zdjec z tutejszymi mnichami:). Potem swiatynia Xixin Temple (1460 mpm), w ktorej Weber postanowil przenocowac. Schody go pokonaly, a poniewaz juz sie sciemnialo nie zapowiadalo sie na latwiejsze podejscie. Ja razem z Xue Shun'em mimo zapadajacego zmroku poszlismy dalej. Po kolejnej godzinie wspinaczki dotalismy do Chu Temple (1740m npm) i tu zostalismy na noc. Co ciekawe to bardzo mala, ale przesliczna swiatynia polozona na stoku Emei. Najpierw krotkie spotkanie ze strarym mnichem, ktory wpisal nas do wielkiej ksiegi, a potem bardzo prosty, wrecz ascetyczny posilek w mnisiej stolowce:) Uwierzcie mi, spanie w swiatyni to genialne uczucie! Polecam kazdemu. Czuje sie jej specyficzny, mistyczny klimat. Zreszta nie wszedzie jest to dozwolone:)
Tu tez spotkalismy 4 przesympatycznych Chinczykow, z ktorymi spedzilismy wieczor, a potem i kolejny dzionek. Tej nocy bylo male trzesienie ziemi, ale to tylko wtorne wstrzasy, wiec nie ma sie czego obawiac. Niemniej to dziwne uczucie kiedy wszystko sie rusza i nie ma sie zadnej kontroli nad tym:(
Kolejnego dnia wczesna pobudka, bo o 6tej (juz o 5tej mnisi zaczeli modly i wszedzie bylo slychac spiewy jak i walenie w bebny. Tak wiec nie bylo szans na dluzsza dzemke:). Potem sniadanko w postaci bialych, zwyklych bulek (typowych tylko dla Chin) i rozwodnionego ryzu i wyruszylismy w droge. Po 4 godzinach wspinania sie po bardzo stromych schodach dotarlismy na szczyt - Emei Shan (3099 m npm). To swiete miejsce i tak wlasnie wyglada. Na szczycie stoi ogromny posag Buddy z 10 twarzami spogladajacymi we wszystkich kierunkach, a obok podziwiac mozna przepiekna swiatynie Golden Summit Temple. Gdy dotarlismy na szczyt wokolo rozposcieral sie niesamowity widok. Tylko szczyt byl ponad chmurami, wszystkie doliny i gorki wokolo pokryte byli czapa chmur. Czulo sie jak w niebie, jakby caly swiat lezal u naszych stop. Jakby mozna bylo wyskoczyc i latac w przestworzach. Takie wlasnie widoki uwielbiam w gorach! Nocleg znalezlismy w hotelu tuz ponizej szczytu. Ceny pokoi powalajace, ale my z Xue Shun'em wzielismy dorma za cale 30Y od lozka (fajnie, bo dorm wygladal jak pokoj dwuosobowy, a biorac pod uwage ze spi sie na wysokosci 3077m, cena nie jest wygorowana:). Wieczor spedzilsimy podziwiajac zachod slonca nad gorami i delektujac sie cisza gor i pieknem widokow wokolo.
Nastepenego dnia wstalismy o 5tej. Plan zakladal podziwienaie wschod slonca, z ktorego slynie Emei Shan. Niestety pogoda nie dopisala i troche kropilo. Niemniej i tak widoki byly powalajace, gdy robilo sie jasniej i coraz to nowsze szczyty wylanialy sie z czapy chmur! Okolo 8mej wyruszylismy w droge na dol. I to byl kosmos. Przed nami 2500m zejscia po stromych schodach w dol na dystansie 56km. Ale zrobilismy to. Do wioski Baoguo dotarlismy okolo 19tej, totalnie wymordowani, ledwo stojacy na nogach, ale udalo sie! Sama droga byla cudowna, piekniejsza nawet niz wspinaczka do gory. Szlo sie wielkim kanionem porosnietym drzewami, wokolo cisza, tylko odglos spiewajacych ptakow. Co ciekawe w ciagu dnia spotkalismy tylko 10 osob, tak wiec gory byly tylko dla nas! Po drodze mijalismy kolejne przepiekne swiatynie Elephant Bathing Pool (2070m npm - swiatynia polozona na szczycie gory - CUDO), potem Jiuling Hillock, Yuxian Temple (1680 m npm), Magic Peak Monastery (1752m npm), Venerable Trees Terrace (1120m). Bylo przecudownie. Tylko w jednym miejscu droga faktycznie byla zawalona przez trzesienie, ale spokojnie dalo sie ja pokonac. W ciagu dnia dalo sie odczuc lekkie wtorne trzesienia, ale nie byly silne. Kilka sekund i powrot do normy.
Po 11 godzinach schodzenia dotarlismy do wioski. Totalnie wymordowani, ale szczesliwi - tego dnia zrobilismy 56km!!! Czyz nie jestesmy mistrzami?!?!:) Na noc zostalismy w hotelu Teddy Bear Hotel (lozko w dormie 30Y), zjedlismy kolacje i okolo 1szej poszlismy na zasluzony odpoczynek:)
Nastepnego dnia kolejna wczesna pobudka. Poniewaz Shun byl juz w Leshan umowilismy sie ze spotkamy sie w Chengdu. On zlapal wiec pierwszy autobus do Chengdu, ja do Leshan (11Y). Na dzis zaplanowalam zwiedzanie najwiekszego na swiecie posagu Buddy w oddalonej o 40 minut drogi od Emei miejscowosci Leshan. Przybylam do Leshan okolo 9tej. Od razu na dworcu znalazla sie dobra duszyczka, ktora pomogla mi znalezc przechowalnie bagazu (2Y) i wypytac o poworotny autobus do Chengdu (oczywiscie wszystko na dworcu po chinsku i nikt nie mowi po angielsku, ale do tego juz przywyklam:) Z dworca miejskim autobusem numer 13 udalam sie w kierunku wielkiego Buddy. Tu kolejne spotkanie z chinskimi studentami, ktorzy w ramach praktyki jezyka i dobroczynnosci zaprowadzili mnie do miejsca gdzie kupuje sie bilet wstepu, powiedzieli gdzie wysiasc a potem kolejna sesja fotograficzna z Iwona:)Naprawde musze zbierac oplaty za te zdjecia. Zostane bogaczem. I po co byc modelka, lepiej przyjechac do Azji i pozowac do zdjec Chinczykom. Moze to moja nowa profesja?!?:) Nie.... nie nadaje sie do tego!
Wstep do Parku gdzie znajduje sie Budda kosztowal sporo 70Y. Nie wspomne, ze lokalni placa od 10 do 35Y. No ale co... to wlasnie przywilej bycia obcokrajowcem!S am Budda powalajacy. Ogromny. Jest wykuty w skale i ma wysokosc 71m, a jego uszy sa dlugie na 7m. Mozna podejsc do niego w dwoch miejscach - na wysokosci uszu i glowy, jak i stop. Niestey po trzesieniu ziemi, ta dolna czesc zostala zamknieta, dlatego pozostalo mi tylko podziwianie wielkoluda z gory. Ale mimo tego robi naprawde niesamowite wrazenie! Tu tez spotkalam kolejna przesympatyczna Chinke, ktora oprowadzila mnie po przyleglym parku i robila za przewodnika. Tanyo, dziekuje bardzo!
Po wizycie w Parku Buddy postanowilam udac sie na przylegla wysepke, zwana Moon Ireland skad mozna podziwiac Budde w calej okazalosci. Isteniaja dwie szanse zobaczenia wielkoluda z oddali. Pierwsza to wynajecie rejsu statkiem (50Y) - bezsensowne. Druga to wybranie sie wlasnie na ta wyspe (oplata ze przeplyniecie statkiem 1Y w jedna strone). Aby tam jednak dotrzec nalezy wziac powrotny autobus 13 i dotrzec do doku, skad odplywaja statki. Tanya napisala mi wszystkie nazwy po chinsku, wiec nie mialam problemu z dostaniem sie tam, jednak i tu kolejne spotkanie. Gdy spytalam gdzie mam wysiasc w autobusie pewna Chinka, mimo iz tego nie potrzebowalam, zaproponowala ze wysiadzie ze mna i zaprowadzi mnie dokladnie do lodzi. Nie bylo jej to po drodze, ale po prostu chciala to zrobic. Kolejny dowod na goscinnosc! I jak tu ich nie lubic!!! A moze ja po prostu wygladam jak sierotka, ktorej nalezy pomoc?!?! Potem spytalam Shun'a czy tak jest. Zaprzeczyl, wiec mam nadzieje, ze przemawia za tym po prostu ludzka dobroc:):) hihihi. Na sierotke ze swoja postura i usmiechem na twarzy to raczej nie wygladam:):) Odpoczynek na Moon Ireland byl niesamowity. Siedzialam na kamieniach i z odleglosci okolo 100 m podziwialam najwiekszego na swiecie Budde. Potem zlapalam autobus powrotny na dworzec i kolejny busik do Chengdu (43Y). Dotarlam do Chengdu okolo 19tej. Juz na wejsciu powalil mnie jego ogrom. Tysiace wielkich ulic, budynkow, autobusow. Po dwoch przesiadkach autobusem dotarlam do hotelu Mix Hostel (20Y/lozko), gdzie zostalam na noc:)
Tego wieczora spotkalam sie jeszcez z Shun'em. Nie udalo nam sie dotrzec na slynna opere w Chengdu, gdyz przybylam do miasta zbyt pozno, ale nadrobimy to nastepnego dnia:)
Niestety w Sichuanie nie zamierzam zostac zbyt dlugo, gdyz z powodu trzesienia cala polnoc jest zamknieta. Musialam rowniez zweryfikowac moj plan wyjazdu razem a Shun'em do Kanding, gdyz teren ten rowniez zamkneli dla obcokrajowcow. Szczesciarz uda sie tam wiec sam, a ja bede musiala podazyc na wschod w kierunku trzech przelomow Jangcy. Po gorkach przyjdzie czas na rzeke i plywanie lodzia:)
Kolejne wiesci ze stolicy prowincji Sichuanu - Chengdu!