sobota, 31 maja 2008

Trzy Przelomy Jangcy - jeszcze sa, ale niebawem znikna....






















































24 - 27.05.2008
Kolejna atrakcja w moim planie zwiedzania Chin byl rejs statkiem po slawetnej rzece Jangcy, a szczegolnie przeplyniecie jej trzech przelomow. Rejs byl dla mnie tym wazniejszy, ze w nastepnym roku (2009) poziom wody w tym rejonie zostanie podniesieony o okolo 90 m i tym sposobem przepiekne przelomy znacznie straca swoj urok. Stad moje dwudniowe oczekiwanie na rejs :). Ale warto bylo:) Wykupilam rejs na chinskim statku za 394Y, przy czym obowiazkowe bylo rowniez wykupienie kilku atrakcji po drodze (Trzy male przelomy - 240Y, zwiedzanie swiatyni Zhangfei- 50Y, Goast City - 80Y, White King Town - 80Y). Co ciekawe na statku wykupilam trzecia kase, ktora zakladala zaokretowanie w 6-cio osobowej kajucie. Kazdy odradzal mi ta klase, wskazujac na druga, jako bardziej komfortowa, ale ja pragnelam poznac smak przebywania 4 dni z Chinczykami na najnizszym poziomie statku. Stad kilkakrotnie, zarowno w hotelu, jak i biurze podrozy, odradzano mi ta klase, ale nie poddalam sie. Chcialam plynac ze zwierzatkami, poznac prawdziwe chinskie plywanie.. tak jak to czynilam w Wietnamie czy Laosie:) Czy mi sie udalo? NIE. Otoz, gdy przybylam do biura podrozy, poznalam przemilego pracownika, ktory stwierdzil, ze nie pusci mnie do 3ciej klasy i za darmo dal mi kajute z drugiej (roznica w koszcie byla okolo 150Y, ale mi nie chodzilo o pieniadze. Nikt z obcokraowcow, ktorych dotychczas spotkalam na mojej drodze nie bral trzeciej klasy, wiec ja chcialam byc ta pierwsza:) Nie udalo sie. Ale nie szkodzi... 2 klasa byla calkiem niezla:):), wiec poznalam smak luksusow na statku:)
Na okrecie mielismy sie zjawic okolo 20tej. I tam tez trafilam razem z poznana w hotelu Hiszpanka - Beatriz'e. Statek stary, zardzewialy, wydawalo sie, ze zaraz sie rozleci, a z jego tylnej czesci caly czas unosila sie chumra spalin....byl wiec taki chinski. Ale kajuta (numer 2022) byla calkiem przyjemna. Cztery lozka, lazienka i olbrzymie okno, przez ktore mozna bylo podziwiac widoki na brzegach Jangcy. Cudownym uczuciem bylo ogladanie rzeki noca. Gdy lezalo sie na gornym lozku, z glowa skierowana w strone okna wydawalo sie, ze czlowiek unosi sie nad woda, ze sunie po powierzchni, a dookola jest pustka, ciemnosc, tylko dzwiek wody odbijajacej sie od burt. Genialnie!!! Kajute dzielilam z Kanadyjczykiem Trevor'em, z ktorym spedzilam kolejne 7 dni (potem razem wybralismy sie w gorki Huangshan:) Poniewaz kajuta byla czteroosobowwa, a my bylismy tylko we dwojke, komfort podorozowania byl naprawde wysoki:)
Po zaokretowaniu, a wiec okolo 21-szej przyszedl czas na podziwianie fajerwerkow nad miastem Chongqing. Pokaz swiatel odbijajacyh sie od wiezowcow i nadbrzeza. Niemal jak pokaz swiatel w Hongkongu z pierwszego tygodnia mojego pobytu w Chinach. Robilo naprawde wielkie wrazenie, tymbardzej ze stalismy na srodku zatoki i czulo sie jakby wokolo nas tancowaly roznokolorowe swiatla:)
Z doku chonqing wyplynelismy o 23ciej. Tego wieczora pozostal nam juz tylko relaks w przyjemnych kajutach z nocnym podziwianiem Jangcy. Okolo 7mej rano dobilismy do nadbrzeza, gdzie przyszedl czas na zwiedzanie pierwszej atrakcji, jaka bylo Ghost City. Tu trzeba bylo sie troszke powspinac, aby zobaczyc wszystkie swiatynie. Nie byla to jedak atrakcja, ktora powalila nas na kolana. Zapomnialam dodac, ze na statku zebralismy sie mala paczka: ja, Trevor, Beatrize, David, Simon i trzyosobowa rodzinka z Hiszpani. W tym skladzie spedzilismy kolejne 3 dni. Oczywiscie bylo tez tysiace Chinczykow, ale po kilku godzinach czlowiek przywykl do tak wielkiej ilosci skosnookich przyjaciol. Zreszta trzeba przyznac, ze byli niesamowicie przyjazni, zaczepiali na kazdym kroku, robili nam zdjecia... Czyli prawdziwe Chiny:)
Nie powiem, ze lubie uczestniczyc w tzw "chinskich tour'ach", gdzie przewodnik nosi choragiewke i mowi przez mikrofon. To pierwsza taka imreza podczas mojego wyjazdu i miejmy nadzieje, ze ostatnia:):) Ta przyjemnosc pozostawiam Chinczykom:)
Potem przyszedl czas na delektowanie sie splywem. Jangcy jest naprawde piekna rzeka. Wokolo rozposcieraja sie wodoki na piekne gorki i male wioski, ktore niestety niebawem znikna z powierzchni ziemi:( Juz rozpoczeto przesiedlanie miejscowej ludnosci i wiele domow juz opustoszalo. Na calej dlugosci Jangcy widac znaki z napisem 175m... do tej wysokosci zostanie podniesiony poziom wody, a wiec wszystkie domy, miasta, wsie, ponizej 175m znikana.. ot tak... po to tylko, aby Chiny zyskaly nowe zrodlo energii:( Czy warto??! Nie wiem.. pytanie tylko czy ktos pytal czy ludzie tego chca?!? Watpie...
Ostatnia atrakcja na ten dzionek byla nocna wizyta w swiatyni - Zhangfei Temple (50Y). Swiatynia ciekawa, tymbardziej ze dotarlismy do niej o 21szej wiec byla cala oswietlona, a z jej szczytu rozposcieral sie cudowny widok na pieknie oswietlone miasto Wanzhou. Kolejnego dnia w planie zwiedzania byly odwiedziny w White King Town (80Y) jednak ta atrakcje pominelam. Okolo 9tej przeplynelismy przez pierwszy przelom Jangcy - Qutang Gorge. Mgla tego ranka spowila sciany, wiec widok i klimat byl jeszcze bardziej mistyczny. Potem przyszedl czas na najciekawsza czesc wyprawy - rejs po Trzech Malych Przelomach (Little Three Gorges - 240Y). Przesiedlismy sie na znacznie bardziej nowoczesna i komfortowa lodz. Oczywiscie gorny poklad byl zamkniety i dostepny dla tych ktorzy uiscili stosowna oplate (30Y). To najglupsze rozwiazanie jakie istnieje. Nawet jak wykupsisz rejs musisz wykupic specjalana karte na wejscie na gorny poklad, skad sa najlepsze widoki. W przypadku mojego statku ta oplata wynosila 65Y, wiec robiac Chinczykom na zlosc nie wykupilam jej i korzystalam z wszystkich innych dostepnych miejsc w widokami wokolo... a bylo ich kilka:):)
Wracajac jednak do rejsu po Trzech Malych Przelomach na Daning River. Widoki zapieraly dech w piersiach. Koryto rzeki stawalo sie coraz wezsze, pionowe sciany coraz wyzsze... mialo sie wrazenie przebywania w tunelu, ktory sie zmniejsza i prowadzi cie do raju. Sciany czasem porastaly drzewa, czasem byly totalne nagie wzbijajace sie w chmury! Czy mozna pragnac czegos piekniejszego??!! Wawoz Jangcy stawal sie coraz wezszy, wiec musielismy zmienic lodzie (nasza byla zbyt wielka:). Przesiedlismy sie w male lodki, ktorymi poplynelismy w jeszcze wezsze kaniony. Tym razem obok genialnych i zapierajacych dech w piersiach widokow czas urozmaical nam prowadzacy lodke, ktore spiewal lokalne piosnki:) Szkoda, ze nie moglam mu wtorowac, bo chinski jest nadal dla mnie jezykiem z kosmosu:) Moze znajdzie sie jakis tlumacz?? :):) Chetnie zakrece sie kolo jakiegos.. ochhhhh.. czasem by mi to ulatwilo zwiedzanie:) Ale Polak z chinskim tez mile widziany:)
Z malych lodek przesiedlismy sie ponownie na duza lodz, ktora doplynelismy do nowej miesciny, wybudowanej w zastepstwo wiosek, ktore zostana niebawem zatopione. Miasto calkowicie nowe, nowe budyki, drogi... ale nie to bylo najciekawsze. Otoz ludzie.. byli niesamowci. Patrzyli na nas jak na zjawy z innej planety, usmiechali sie, byli radosni, ze nas widza. Gdy poszlismy na zupe do jednego z barow, stali przy drzwiach i patrzyli jak jemy.. jak w muzeum na pokazie:):) No coz... stanowilismy atrakcje:)
Wieczorem dobilismy do miejsowosci Wushan. To bylo kolejne niesamowite doswiadczenie. Czas wolny moglismy spedzic na ladzie. Miasteczko wydawalo sie na poczatek bardzo nieciekawe, ale jak sie okazalo, gdy wspielo sie po tysiacu schodach, docieralo sie do centrum, gdzie setki Chinczykow tanczylo na glownym placu miasta. Co ciekawe plac podzielony byl na kilka sektorow,a w kazdym z sektorow leciala inna muzyka i inny typ tanca byl praktykowany, poczawszy od nauki tanca, poprzez tance w parach, taniec przypominajacy aerobik, az po zmyslowy tanice kobiet. WOW. Robilo to niesamowite wrazenie. Genialne jest to, ze dla Chinczykow takie normalne jest spedzanie wieczoru na rynku, tanczac w takt muzyk rozzchodzacej sie w kazdym rogu miasta!. Oby w Europejczycy potrafili tak spedzac czas, a nie marnowac go przed TV:(
Ostatniego dnia rejsu przeplynelismy przez dwa przepiekne przelomy Jangcy - Wu Gorge i Xiling Gorge, a okolo 14tej dobilismy do ostatniej stacji Maoping, gdzie musielismy sie przesiasc do autobusu (niski poziom wody w rzece nie pozwolil na dalsze zeglowanie:()
Tak skonczyl sie przepiekny rejs po Jangcy. Dla naszej calej paczki byl to piekny czas, pelen przecudnych widokow, jak i smiechu i wspolnego biesiadowania:) Polecam kazdemu to potrafi delektowac sie woda, spokojem, natura i 4-dniowym towarzystwem innnych ludzi:)
Busikiem pomknelismy do pobliskiej miejscowosci Yichang, skad zlapalam pierwszy autobus do odleglego o 4 godziny Wuhan (100Y). Tu wraz z Beatrize, Simonem i Dawidem taksowka dostalismy sie do przeslicznego hostelu - Pathfinder Interanational Hostel, gdzie spedzilismy noc (35Y/loznko).
Kolejnego dnia wybylam do Huangshan i najslawniejszych gorek w Chinach, ale to w kolejnej opowiesci:)

Chongqing - drapacze chmur, trzypoziomowe drogi i tysiace autobusow



























20.05- 24.05.2008
Po czterech godzinach jazdy dojechalismy do Chongqing. Wysadzili nas na wielkim skrzyzowaniu. Musielisbyscie zobaczyc moje oczy i zdziwienie, gdy opuscilam autobus. Skrzyzowanie bylo trzypoziomowe, trzy poziomy drog, a ja nie wiem gdzie jestem. Wokolo olbrzymie wiezowece i nic wiecej. Upsss.. a ja nie ma dobrej mapy tego miasta, jest godzina 22.15, ciemno, nic nie widac. Oczywiscie taksowkarze potwierdzili, ze nie dostane sie do hostelu Perfect Time Youth Hostel (25Y/lozko) autobusem, bo juz nic nie jezdzi. Jednak ja sie nie poddalam. Spotkalam kolejne dobre duszyczki, ktore studiuja nieopodal hostelu i razem wzielismy najpierw autobus (1Y), potem taksowke i po pol godzinie jazdy dotalismy na miejsce. Hostel zlokalizowany jest w dzielnicy Ciqikou, oddalonej o pol godziny jazdy autobusem od samego centrum. Polecam go bez wahania. Miesci sie w centrum starowki Ciqikou, wsrod waskich brukowanych uliczek z kramami, malych drewanianych domkow (cos na ksztalt malego Lijiang). W LP niby jest to opisane, ale bez wiekszego entuzjazmu, a ja jestem zachwycona tym miejscem. Nie ma tu wielu atrakcji, ale zawsze warto zajrzec, aby popodziwiac widoki:) Pierwszego dnia musialam nieco odpoczac po nieprzespanych dwoch nocach. Zwiedzialam wiec starowke, a potem autobusem 261 (3Y) pojechalam do centrum. Tu przywitaly mnie ogromne mosty, olbrzymie wiezowce i tysiace ludzi na ulicach. Glownym placem w miescie jest Jiefangbei z wieza "Liberation Monument" w samym centrum. Czlowiek stojac w tym miejscu czuje sie jak mrowka, wszystko dookola takie wielkie, wokolo chinskie stado mrowek. Istne mrowisko:):) No coz. Zostalam jedna z nich. Szkoda tylko, ze przerastam ich wzrostem. Moze zostane ich krolowa, przeciez ta jest zawsze najwieksza:) To by pasowalo:) hihihi...Krolowa Iwona.. hihihi...
Poszwedalam sie wiec miedzy wiezowcami, a potem poszlam do portu Chaotianmen Dock. Tu widoki byly przepiekne. Wokolo rzeki Jaling River i Yangtze River schodzace sie w tym samym miejscu. Zadko ktore miasto posiada takie polaczenie:) Do tego wielkie oswietlone wiezowce wokolo i swiatla odbijajac sie w wodzie. Czego wiecej zapragnac:):)
Problem pojawil sie tylko jak trzeba bylo wracac, jak tu znalezc autobus w tym pomieszaniu z poplataniem. Zajelo mi to pol godziny i schodzilam pol miasta, ale udalo sie:):)
Tego dnia zasmucialam sie bardzo, bo zaplanowalam rejs po rzece Jangcy nastepnego dnia. Niestety wszystkie zostaly odwolane, bo wprowadzono oficjalana kontrole wszystkich lodzi. Tym sposobem przez trzy dni zadne statki nie opuszcza portu. Tak wlasnie zostalam tu usidlona na ten czas. A co tu robic?? Jedne dzien jest ok, ale co dalej... chyba ostane myslicielem i odpoczne za wszeczasy:) Pojawilo sie pytanie, czy by nie odpuscic tej atrakcji, ale boje sie, ze jak nie teraz to juz nigdy. Za rok w 2009 rejsy beda niedostepne, wiec to chyba jedyna okazja. Trzeba wiec czekac
Nastepnego dnia wybralam sie sama do odleglego o 160km Dazu z buddystycznymi rzezbami (Baoding Shan). Nie bylo to latwe, aby sie tam dostac, ale sie udalo. Oczywiscie wszyscy wykupuja wycieszki (240Y), ale ja lubie niezaleznosc i wszystkie przygody po drodze. Wzielam wiec autobus 503 na dworzec, tam kupilam bilet do Dazu (50Y) i po dwoch godzianch jazdy dotarlam do miasta. Tu jednak juz nie bylo tak latwo. Wydaje sie, ze ludzie nie widzieli tu turystow, wiec poza ciagla obserwacja nie byli w stanie mi pomoc. Ale spotkalam milego dziadka, ktory zaprowadzil mnie na kolejny dworzec, tu wykupilam bilet za 4 Y nie wiem dokad (dziadek wytlumaczyl gdzie chce jechac, pani dala bilet i na tym sie skonczylo, ale czy tam dotre?? oto jest pytanie:). Wsiadlam do busa, przejechalismy 5 minut, a tu nispodzianka. Kazali wysiasc i przesiasc sie do kolejnego, tym razem zapchanego lokalnymi. Jechalam wiec z dzieciaczkami, koszami zieleniny, motykami i grupa rolnikow jadacych na pole. Wyobrazcie sobie ich zdziwienie. Ja w srodku, razem znimi.. Co ja tu robie??.. Jestem na pewno z kosmosu:) I wlasnie tak sie czualam:):) Po 20 minutach dojechalismy do Boading Shan. Deszcz lal niemilosiernie, wiec nie obylo sie bez zakupu parasola, bo na taka okazje nie bylam przygotowana (10Y).
Potem zakup biletu (80Y) i moi oczom ukazaly sie przecudne rzezby Boading Shan. Pochodza z 1179 - 1249 roku, wszystkie zostaly wykute w skale przez te sama osobe. Oczywiscie wszystkie maja znaczenie religijne i mozna opowiadac tysiace historii i znaczen kazdej z rzezb. Dla mnie byl to genialny zbior rzezb zgromadzonych w tym samym miejscu. Nie dziwie sie ze Unesco uznalo je za skarb dziedzictawa kulturowego. Po dwoch godzinach zwiedzania wsiadlam do lokalnego busiaka. Kolejna arakcja... 30 par oczu skupionych na mnie, dzieciaczki usadzane na moich kolanach, okrzyki na moja czesc. To atrakcje z drogi powrotnej, za cale 2.5Y:):) Po dojezdzie do Dazu, obiadek -zupka w przyulicznym barze - 4Y,a potem powrot autobusem do Chongqing (43Y). Szkoda tylko, ze i tym razem wysadzili mnie znow nie wiadomo gdzie. Po dwoch zmianach autobusow dotarlam jednak do hotelu:):) Takie miasta chyba mnie przeastaja, mimo ze czulam sie mistrzem orientacji:):)
Nastepnego dnia wybralam sie na typowa sichuanska opere (wstep 5Y). To bylo dopiero przezycie:):) Aktorami byli wiekowi staruszkowie, ich srednia wieku na pewno miescila sie w granicach 60-70 lat:) Tak tak.... wydawalo sie, ze ledwo trzymaja sie na nogach, a ilosc makijazu na ich twarzach mozna oszacowac w kilogramach. Moze to nie kwestia wieku, ze ledwo trzymali sie na swych malych stopkach, ale powodem byl zbyt wielki ciezar ich pudru do twarzy i innych upiekszajacych specyfikow:) Co o tym sadzicie??:( Ale powaznie. Mieli przepiekne kolorowe stroje, typowe chinskie wzory, na twarzach bialy make up, na glowie peruki, liczne ozdoby, szpilki we wlosach. Mezczyzni z kolei dlugie tuniki, przepasane pasami. A co jezeli chodzi o spiew.. hmm.. no ciekawy. Przypominal troche wycie do ksiezyca, ale po pol godzinie czlowiek sie przyzwyczail:):):) Sama opera w Chinach trwa wiecznosc - kilka godzin, co jakies pol godziny sceny sie zmieniaja, wychodza nowi aktorzy, ktorzy improwizuja przez kolejne 30 minut. Wokolo siedza sami dziadkowie, pipijajac herbate i palac paierosy. Oczywiscie na takie widowiska nie uczeszczaja mlodzi Chinczycy, ta rozrywka zarezerwowana jest tylko dla wiekowych. Mlodzi w tym czasie wariuja po klubach:) Niemniej dla mnie bylo to ciekawe doswiadczenie. Nasuwa sie jednak pytanie kto jest na tyle cierpliwy, aby wytrzymac calosc:):) Moze ktos zglosi sie na ochotnika? Ja po dwoch i pol godzinie poddalam sie:):) Ale na pewno polecam to przedstawienie. Jest charakterystyczne tylko dla Chin:)
kolejne wiesci z rejsu po Jangcy.

poniedziałek, 19 maja 2008

Chengdu - wielkie miasto ze slynnym hot pot'em:)























18-20.05.2008
Do Chengdu dojechalam z Leshan po dwoch godzinach (koszt 43Y). Juz na wjezdzie przyszla mi mysl.. kolejny wielki moloch. I jak tu sie odnalezc?!?!? Autobus wysadzil nas na dworcu XinnanMen. Tak naprawde to nawet nie na dworcu, ale na jakiejs bocznej ulicy... no coz, jakos trzeba sie bylo stamtad wydostac. Wokolo olbrzymie wiezowce, tysiace samochodow i autobusow na ulicach, totalnie nie wiadomo co sie dzieje. Zaplanowalam nocleg w Mix Hostel (20Y/lozko) i po dwoch przesiadkach jakims sposobem dotarlam na miejsce. Czy polece ten hostel? Tak i to od reki. Jest po pierwsze zlokalizowany blisko centrum, niedrogi, a atmosfera jest iscie genialna. Wielu turystow, mila angielskojezyczna obsluga i do tego sliczne pokoje (a to sie nie zdarza czesto w dormach w Azji:). Tego wieczoru spotkalam sie jeszcze z Shun'em. Pojechalismy na drugi koniec miasta, aby poogladac najbardziej rozrywkowa czesc stolicy prowincji Sichuanu. Wiele swiatel, tysiace Chinczykow, biesiadujacych w knajpkach. To typowy widok jaki mozna zobaczyc poznym wieczorem.
Nastepnego dnia planowalam udac sie do pobliskiego Osrodka Hodowli Pandy (10 km od Chengdu), jednak jakims sposobem moj sen byl silniejszy ode mnie.. wstalam za pozno. Ale nic straconego. Spedzialam miluchno czas w hostelu. Niesamowite jak drogi niektorych ludzi sie splataja. Otoz spotkalam Marie i Mat'a, ktorych wczesniej mialam okazje widziec najpierw w Kambodzy, a potem w Laosie. Czy to niesamowiete, ze po dwoch miesiacach podrozowania spotykamy sie w tych samych miejscach:):) Siedzieleimy do poludnia i wymienialismy wrazenia. Tak milo spotkac przyjaznych ludzikow i to po takim czasie:) Pytanie czy nasze drogi sie jeszcze skrzyzuja? Mat pochodzi z Nowej Zelandii i leci teraz do Norwegii. Maria zostaje w Chinach, a potem przez Kazachstan i pozostale republiki wraca do domu do Francji (na rowerze!!!):) Moze z Maria jeszcze gdzies sie spotkamy poza Chinami. Kto wie.. kto wie:):):)
Ale wracajac do pobytu w Chengdu. Pomimo olbrzymiego upalu udalo mi sie podreptac do pobliskiej swiatyni - Wenshu Monastery (wstep 5Y). Swiatynia ciekawa tymbardziej, ze byla niedziela i odprawiali wlasnie jakies specyficzne modly:) Potem spacerkiem przeslam na centralny plac w Chengdu, gdzie mozna podziwiac ogromny pomnik Mao Zedonga - Tianfu Square. Stoi tam dumnie i patrzy z wysokosci na wszystkich. Plac ogromny, z kazdej strony otoczony ogromnymi wiezowcami. To juz nie jest mala tybetanska wioska, gdzie biegaja zwierzaczki po ulicy. Tu wrecz poruszaja sie wielkie zwierzaki w postaci dwupietrowych autobusow, czy wielkich ciezarowek (ps. polecam przejazdzke na drugim pieterku takiego autobusu. Krazac miedzy wiezowcami czuje sie jakby sie lewitowalo w powietrzu; naprawde robi wrazenie:):) Potem biegiem musialam leciec dalej, bo wraz z Shun'em zaplanowalismy wizyte w operze w drugiej czesci miasta. Niestety jak sie okazalo nie da sie kupic biletow i wszystkie spektakle zostaly odwolane ze wzgledu na trzesienie ziemi. To sie nazywa szczescie:( No coz.. czas zagospodarowalismy w inny sposob. Poszlismy na jedzonko.. pyszne jedzonko - albowiem na slawetnego HOT POT'a. Goscislimy sie w "The pretty house", gdzie choc mimo angielskiej nazwy wszystko bylo po chinsku. Dobrze, ze mialam osobistego tlumacza:):) Jak wyglada slawetny hot pot? Otoz to cala ceremonia jedzenia posilku. Najpierw wybiera sie rodzaj wywaru (czy ma byc ostry, polostry czy tez slaby). Mozna wybrac dwa i wowczas dostaje sie dwie wazy - nasz wybor oczywiscie byl prosty (ja nie przyzwyczajona do ostrych, Shun pochodzi z prowincji, gdzie nie naduzywa sie chili, wiec wybralismy dwa pierwsze poziomy ostrosci ( a i tak niezle palilo w jezyczki:):). Potem wybiera sie tysiace rzeczy, ktore potem samemu sie smazy, gotuje i umieszcza w wywarze. I tu juz pojawil sie kosmos. Zdalam sie na Shuna i przyznam, ze takich przysmakow:) jeszcze nie jadlam. Dzis jako danie glowne podawali: zoladek swini (wyglada okropnie, skora z wypustkami...widok niemal odrzuca, ale smakuje calkiem niezle), przelyk kaczki, jelita kaczki (troszke zylowate), noga krowki, a do tego warzywa (nie mam zielonego pojecia jakie bo nigdy takich nawet nie widzialam, ale smakowaly super). Wszystko to podaja na osobnych talerzykach, a ty musisz uzywajac niemal polmetrowych paleczek usmazyc sobie jedzonko. Wczesniej jeszcze przygotoeujesz specjany sos (wsypuje sie zielenine, cos na ksztalt czosnku, ale to nie jest czosnek, potem zalewa jakimis przyprawami i powstaje oleisty sos, w ktorym maczasz wszystkie upieczone rzeczy. A potem wcinasz:):) Genialny sposob na posilek. Szkoda tylko, ze tak kosztowny i do tego tradycyjnie spozywa sie go conajmniej w dwie osoby, wiec jak jestem czasem sama to hot pocik odpada. A zjadlo by sie zoladek ze swinki. Mniamik:):) Zartuje:):)
Nasz posilek zajal nam poltorej godziny:) hihihi. Tak dlugo to ja jeszcze nie jadalam, ale wyszlam z ogromnym brzuchem:):):)
Ale mielismy co swietowac, bo Shun zgodnie z chinskim kalendarzem mial tego dnia urodziny. Ci to sa szczesciarze. Jak sie okazalo obchodza urodziny podwojnie. Zgodnie z chinskim, jak i europejskim kalendarzem (roznica jest okolo miesiaca:):) Fajnie, podowjne zyczenia, podwojne prezenty.. Chinczycy wiedza jak sie ustawic. Szkoda, ze moje wypadaja za 5 miesiecy, zaszalalabym juz teraz:):) Potem spacerek po najwazniejszym parku w Chengdu - People's Park i szybki powrot autobusikiem do hotelu, bo trzeba sie bylo spakowac.
Shun, sprawdzil na dwoch dworcach czy moge kupic bilet i pojechac do Kanding i Gonga Mountains. Potwierdzili ze tak, niestety gdy nastepnego dnia zjawilam sie na dworcu, pani w okienku uprzejmie poinformowala nas, ze nie. Ze zaden turysta zagraniczny (Chinczycy moga) nie moze udac sie w tamtym kierunku. Pojawia sie wiec pytanie dlaczego wczesniejszego dnia powiedzieli cosik innego?? To wlasnie chinski przeplyw informacji:( No i stalo sie. Ja musialam zostac w Chengdu, Shun pojechal ogladac przecudne gorki (7500 m npm). Pozostaje mi tylko obejrzenie zdjec, ktore mi przesle. Jakie to niesparwiedliwe, gdybym moze wygladala jak Chinka.. ale z tym wzrostem nie ma szans, zreszta teraz jestem bardziej opalona niz kazdy Chinczyk (wszyscy sie tu wybielaja, ze wygladaja jak bialaski.. a ja nie.. ja murzynek:):):)
Pozostala czesc dzionka spedzilam zwiedzajac stara dzielnice Chengdu, potem odwiedzialam najslynniejsza swiatynie w miescie - Wuhou Temple (wstep 60Y), a wieczorkiem udalam sie na uliczne jedzonko (pierozki z miesem - koszt - cale 3.5Y:) Dzisiaj poznalam kolejne sympatyczne duszyczki - tym razem z mojego kochanego Tybetu Angele i Ksena, studiuja w Chengdu:) Jak im dobrze, ze pochodza z tak pieknego miejsca:) No ale nie ma tego co by na dobre drahance nie wyszlo:) - ja mam kolejny powod aby ich odwiedzic.. w Tybecie oczywiscie:):)

A teraz wiesci z ostatniej chwili:):) Wlasnie jest srodek nocy, godzina 2:14.. siedzimy na parterze w hotelu, nikt nie spi,.. a to z jakiego powodu?? Otoz 4 godziny temu w chinskiej telewizji oglosili, ze dzisiejszej nocy ma nastapic kolejne trzesienie ziemi. Potezne mialo miejsce tydzien temu na polnoc od Chengdu, gdzie sie teraz znajduje. Zginela przeogromna ilosc osob, wiele jest nadal zaginionych, a dostep do polnocy calkowicie niemozliwy. Od tego momentu bylo wiele wstrzasow wtornych, miedzy, jak bylam w Emei Mountains, czy nawet wczorajszej nocy, krotkie, 10-cio sekundowe wstrzasy, ale trzeba przyznac dziwne uczucie. Wszystko sie trzesie, a ty nie masz nad tym kontroli. Na dzisiaj zapowiedzieli jednak silniejsze trzesienie, okolo 6-7 stopni w skali Richtera, co oznacza, ze nie mozemy isc spac, a w miescie wybuchla pelna panika. Ludzie powychodzili na ulice, na trzypasmowej ulicy zaroilo sie od samochodow, w ktorych spia dorosli, dzieci, zwierzaki, wszedzie poustawiane sa namioty, powynoszone lozka. Ludzie spia na podlodze, katonach, materacach. Juz od ostatniego tzesienia w miescie panowala atmosfera napiecia. W kazdym gorskim badz sportowym sklepie byly mega kolejki, ludzie wykupowali namioty, karimaty. Ceny tych artykulow podobno potroily sie. Ale co ciekawe tak naprawde nie ma tak wielkiego powodu do paniki. zapowiedziane sa tylo wstrzasy wtorne i to nie w Chengdu, ale znacznie na polnocy (to nie moja opinia, ale napotkanych Chinczykow, ja nigdy wczesniej nie przezylam trzesienia i sie na tym nie znam). Niemniej panika jest przeogromna. Nasz hotel znajduje sie w dzielnicy, gdzie nie ma tak wielkich wiezowcow, a mimo to wszyscy opuscili mieszkania. Nie chce wiedziec co sie dzieje w okolicach najwyzszych budynkow, a takich w Chngdu jest naprawde sporo. Tak wiec siedzimy i czekamy na trzesienie. Nie powiem.. nie jest to mile uczucie, szczegolnie, ze tak naprawde nie wiem czego sie spodziewac. Wiemy jednak ze mamy uciekac na ulice, jezeli sie zacznie... taki jest plan i zalozenie. Wiecej wiesci jutro.. po trzesieniu (miejmy nadzieje ze jednak przewidywania sie nie sprawdza i go nie bedzie! Juz za duzo ludzi ucierpialo w tej katastrofie. Wystarczy!:(:(:(
Tak to sie ulozylo...razem z Shun'em mialam wczoraj opuscic Chengdu, wyjechac do Kanding daleko na zachod od stolicy prowincji, nie udalo sie. Dzisiaj mam zamiar wyjechac do Chongqing - pytanie czy sie uda stad wydostac, jezeli przepowiednie sie sprawdza. Prawdopodobnie znow beda wielkie opoznienia badz zredukowane kursy:(:( Sichuan nie jest w ostatnim czasie dobrym miejscem do podrozowania. Trzeba stad uciekac:(
Tak jak myslalam, powodow do paniki nie bylo. Wszyscy jednak grzecznie siedzieli do rana. Ja okolo 4tej zebralam sie do lozka. Moje powieki wazyly tone, a nawet jakby bylo trzesienie nie mialabym sily uciekac ze zmecznia. Dlatego podreptalam do lozeczka i punkt czwarta zamknelam swe oczeta. I co?? Po 20 minutach zbudzily mnie wsztrzasy. To sie nazywa szczescie. Siedziesz pol nocy, czekasz, a jak odpuszczasz pojawia sie trzesienie. Jednak bez obawy, trzeslo lekko i tylko kilkanascie sekund. Nawet nie zbiegalam na dol, przeczekalam, a potem hop spowrotem do lozeczka:)
Nastepnego dnia (a raczej tego samego rano, przeciez noc przekoczowalam na parterze) wybralam sie z samego rana do najwiekszego na swiecie Instytutu Hodowli Pandy Wielkiej. Oczywiscie mozna wykupic wycieczke w hostelu za niebagatelna cene 80Y, przy czym jak sie dotrze tam samemu koszt wynosi 35Y:) A ile atrakcji po drodze:) Najpierw trzeba dojechac do konca autobusem nr 1, a tam przesiasc sie w kolejny autobus, ktory podwiezi dokladnie pod wejscie do Instytutu. Przejazd oba autobusami trwa lacznie okolo godziny. Trzeba pamietac, ze pandy aktywne sa z samego rana, a potem popoludniu, wiec wlasnie w tym czasie nalezy sie tam udac. Ja niestety nie mialam czasu, bo tego dnia wyjezdzalam z Chengdu, wiec czesc pand przywitala mnie blogim snem. Wstep do parku kosztuje 30Y i mozna spedzic tu caly dzien. Zbudowanych jest wiele wybiegow zarowno pandy wielkiej, jak i czerwonej. Genialne jak one sie bawia, jak jedza bambusy, jak skacza po drabinkach, jak sie wywalaja. Mozna na nie patrzec godzinami, az dech zapiera.
Potem szybko do hotelu, plecak na barki i biegiem na dworzec autobusowy Wuguiqiao (autobus 33). Tak dla informacji, koszt przejazdu autobusami w Chengdu to okolo 1-2 Y, w zaleznosci od rodzaju autobusu - czy jest z klimatyzacja czy nie (przy wejsciu jest skrzynka, do ktorej wrzuca sie pieniazki, a na niej najczesciej poziomymi kreskami zaznaczone ile nalezy zaplacic, jedna kreska 1Y, dwie - 2Y, takie to banalne rozwiazanie:). Tak wiec po godzinie jazdy w zapchanym po brzegi Chinczykami autobusie dojechalam do dworca. Tu kolejki niemilosierne. Z pomoca przyjaznych duszyczek kupilam bilet na autobus do Chongqing (koszt 107Y). Co ciekawe dostalam miejsce w pierwszy wolnym autobusie (o numerze 28). Jak sie okazalo wyjezdzal wlasnie autobus no 7, wiec musialam przeczekac tylo 21autobusow, az pojawil sie moj. Mozecie sobie wyobrazic ile ludzi podaza w tych samych kierunkach skoro do jednej miejscowosci w tym samym czasie ma odcjechac okolo 40 auttobusow. Juz sie nie dziwie, dlaczego ich jest tak wielu i wszedzie sa wielkie kolejki:) W kazdym razie po dwoch godzinach oczekiwania w wielkim tloku o godzinie 18.30 wyjechalismy w Chengdu. Kolejne wiesci w Chongqing.. miasta chyba wielkszego niz Hongkong!!
pa pa