30.07 - 1.08.2008
No tak... przyszedl czas na nowe doswiadczenia!!! Indie.. Swiat, ktory do tej pory znalam tylko ze zdjec i z opowiesci... pytanie jakie beda moje wrazenia po pobycie tu??
Sam lot z Shanghaju do Mumbaju byl spokojny. Oczywiscie w mojej glowie kolowaly sie tylko mysli jak to bardzo nie chce opuszczac tego pieknego zakatka, jak to jestem tu szczesliwa. No ale coz... lecimy dalej... nowy swiat przede mna.
Jak sie okazalo moj lot do Mumbai byl z miedzyladowaniem w Delhi, gdzie wyladowalismy okolo 2.30 w nocy. Godzinne posiedzenie na pokladzie w podziwianiem Hindusow, biegajacych i czyszczacych poklad dla kolejnych pasazerow. Trzeba porzyznac, ze Air India serwuje calkiem niezle posilki. Poniewaz wylatywalam o 22-giej zalapalam sie na pozny obiad. A poniewaz potem lecielismy z Delhi do Mumbai mialam okazje zjesc wczesne sniadanie:):):)Wow.. to sie nazywa dobre karmienie:)
Do Mumbai dolecielismy okolo 6 rano. Lotnisko w najwiekszym indyjskiem miescie oczywiscie zszokowalo mnie na wejsciu. Brud, syf, obdrapane i znieszone sciany... prawdziwe Indie:):)Poniewaz lotnisko oddalone jest od centrum godzine drogi samochodem i nie ma mozliwosci skorzystania z lokalnego transportu nie pozostalo mi nic innego jak skorzystac z taksowki. Cale szczescie istnieje cosik takiego jak Pre-paid taxi. W biurze na lotnisku placisz za kurs i nie musisz sie martwic negocjowaniem ceny badz tym, ze wywioza cie w inne miejsce. Nie powiem, ze cena niemala... 350 rupi (1$= 42 Rupi) za dojazd do dzielnicy Colaba. Oczywiscie juz tutaj chcieli mnie oszukac kalkulujac cene na 390, ale sie nie dalam... jak widac trzeba byc uwazanym na kazdym kroku:)
Droga do centrum zajela nam godzine, a widoki za oknem wzbudzily moj strach, przerazenie.. WOW.. czegos takiego jeszcze nie widzialam. Brud, tony smieci na ulicach, tragiczne domy, nawet nie domy, ale swoiste baraki... nieludzkie warunki zycia, brudni, biedni, glodujacy ludzie na uliacach...Spodziewalam sie biedy, ale ten widok mnie przerosl i zaszokowal. Trzeba sie bedzie przyzwyczaic, tym bardziej ze podobno Mumbai uchodzi za jedno z czysciejszych miast. Wiec na ta chwile ciezko mi sobie wyobrazic co sie dzieje gdzieindziej. Postanowialm zostac na noc w najtanszym hotelu w miescie (Mumbai slynie z najdozszych noclegow w Indiach). Pojechalam wiec do rekomendowanego przez LP hostelu Salvation Army Red Shield Hostel (lozko w dormie to koszt 165Rupii, wraz ze sniadaniem). Po tym poczulam sie spokojniejsza... nie bede musiala spac z innymi na ulicy:):) hihihi...Zmeczenie i wiele emocji spowodowaly, ze musialam odpoczac... moj organizm strajkowal:) Tym samym do godziny 14tej leniuchowalam w lozku. Dodatkowo moj nastroj nie byl na tyle dobry, aby wyjsc i walczyc z indyjska rzeczywistoscia. Ale nie poddalam sie:) W koncu Indie to piekny kraj i z czasem go pokocham.. musze tylko zapomniec o Chinach... moich ukochanych Chinach.
W pokoju poznalam sympatyczna Irene z Hiszpanii. Przegadalysmy dwie godziny, a potem udalysmy sie na przechadzke po miescie. Dzielnica Colaba jest najdrozsza i najbardziej zadbana dzielnica Mumbaju, niemniej nadal odbiega od obrazu do jakiego przywyklam. Wszedzie tysiace Hindusow, czasem pojawiaja sie kobiety poubieraene w piekne sari.. jednak co jest przytlaczajce to ciagly wzrok mezczyzn jaki czuje sie na sobie. Za kazdym razem rodzi sie pytanie.. dlaczego oni tak patrza, dlaczego przeszywaja cie swoim wzrokiem?!?!... po trzech dniach wiem jednak, ze to normalne... ten wzrok bedzie mi towarzyszyl do konca wyjazdu i kazda kobieta musi do niego przywyknac!.
Na obiad poszlismy do Leopold Cafe. Tu zjadlam pierwsza indyjska potrawe "Indian kurma":). Usmazone warzywa, bardzo ostre.... myslalam, ze tylko w Chinach mamy ostre jedzenie:):),a jednak nie. Ale to chyba dobrze, bo przeciez Drahanka uwielbia ostre jedzonko:):) Tym sposobem slawetna kurma przypadla mi do gustu;) Cudem dla mojego podniebienia byl rowniez tak zwany "Garlic nan" - chleb czosnkowy. Nieco inny niz w Polsce - Plaski, duzy w ksztacie kola i przyprawiony innymi dodatkami. CUDO!!! Po przepysznym jedzonku spacerowalysmy jeszcze po miescie. Odwiedzilysmy slawetny dock z "Gate of India", przespacerowalysmy sie glowna ulica z licznymi kramami z indyjska bizuteria czy ciuchami. Juz bym chciala wszytko wykupic!! Te przepiekne kolorowe ciuchy!!! WOW!! Tego nie widzialam wczesiej... Czuje ze pomimo topniejacych zasobow finansowych nie powstrzymam sie od zakupow:):):)A przeciez w Polsce tak nienawidze chodzic po sklepach:) JAk to sie czlowiek zmienia wraz z miejscem w ktorym przebywa:) hahaha.
Poniewaz zaczelo padac.. jak przstalo na pore monsunowa.. deszcz zagonil nas do hotelu. Tu wraz z Irene spedzilysmy mily czas w towarzystwie dwoch milych Austriaczykow - Harry'ego i Lukas'a, wymieniajac poglady o tym zaskakujacym zakatku na ziemi:):) Pierwsza noc minela mi w miare spokojnie, choc trzeba przyznac, ze halas na ulicy jest niemilosierny. Doskwiera rwoniez upal, ale juz sie przyzwyczailam, ze caly czas jestem mokra i spocona:):)
Kolejnego dnia (31.07) z samego rana spotkalam w naszym hotelu Polke.. tak.... po kilku miesiacach samotnosci pierwsza duszyczka z Polski!!! I to z Wroclawia. Kacha wlasnie dotarla do konca swojej podrozy, ale moze lepiej nie pytajcie jak jej sie tu podobalo. Ona nienawidzi Indii. Spedzila tu miesiac i chyba nie byl to najlepszy czas w jej zyciu. Mam nadzieje, ze ja nie pojde w jej slady:) Niemniej dla mnie byla zbawieniem.. pierwsze chwile w Indiach zawsze milej spedzic z rodaczka:) Zreszta ona chyba miala takie same odczucia;):) Po pogawedkach w hotelu wybraslymy sie razem na slawetna Elephant Island. Jaskinie jakie znajduja sie na niej zostaly uznane przez UNESCO jako dziedzictwo kulturowe. Aby sie tam jednak dostac najpierw trzeba zlapac statek z doku przy "Gate of India" (plata w dwie strony to 120 Rupii). Na wyspe plynie sie okolo godziny. Trzeba przyznac, ze niezle buja, wiec dla osob z choroba morska taka podroz nie jest wskazana:) Tu poznalam pierwszego milego Hindusa...przewodnika z Mumbaju... jak kazdy hinduski mezczyzna byl niesamowicie rozgadany... niemniej dzieki temu podroz minela mi szybko. Kacha w tym czasie spala, bo niestety dopadly ja morskie mdlosci:)
Co do samych jaskin (oplata 250 rupi), trzeba przyznac, ze sa bardzo ciekawe. Swiatynie w jaskiniach zostaly wybudowany w latach 450-750 ne i przedatwiaja Shive w roznych sytuacjach, pozach. W ramach oplaty za statek wliczony jest przewodnik wiec zwiedzanie bylo tym bardziej ciekawe, bo zrozumiale w kazdym detalu:) Miejsce godne odwiedzenia a jak wynikalo z reakcji innych turystow jedno z pikniejszych w Indiach. Czy tak jest naprawde?? Nie wiem... ja porownuje do jaskin i swiatyn w Chinach i na ta chwile Indie wypadaja blado:):) Ale nie poddaje sie walce z wlasnym umyslem i porownywaniem:):)
Zwiedzanie jaskin zajelo nam okolo 1.5 godziny. Potem przyszedl czas na powrot.. tu kolejne spotkanie ze skutkami pory monsunowej nas ... raz swiecilo slonce, potem nagle zbieraly sie chmury i padal niesamowity deszcz, aby za chwile znow ujrzec na niebie piekne promienie slonca:):)W drodze powrotnej nie obylo sie rowniez bez kolejnej atrakcji. Na srodku zatoki zepsul sie silnik i dryfowalismy okolo godziny, az majtkowie naprawia zepsuta maszyne. Ciekawe byly reakcje niektorych Hindusow... niektorzy sie modlili, niektorzy wydawali sie zalamani... wow.. przeciez to tylko maly postoj, jak naprawia ruszymy dalej:):) To prawda bujalo ostro, ale dalo sie to wytrzymac. My z Kacha wykorzystalysmy ten czas na wyglupy i smiech niemal do lez:) Kacha.. dziekuje!!!
Po dwoch godzianch dotarlysmy jednak do portu. Stad szybki spacerek na obiad. Nasze zoladki krzyczaly o pomoc:) Tym razem kurczak w sosie slodkim i slawetny chlebek czosnkowy (200 rupii, sporo, ale Mumbai nie nalezy do najtanszych). Z pelnymi zoladkami podreptalysmy do Victoria Train Station (budynek przepiekny, z licznymi zdobieniami, rzezbieniami, poza tym uznany przez Unesco jako dziedzictwo kulturowe). Tu nabylam moj pierwszy bilet na pociag. Co ciekawe rutyna zakupu jest zaskakujaco inna od tych z jakimi spotkalam sie do tej pory. Najpierw musisz isc to specjalnego okienka dla turystow (na tej stacji okno numer 52), gdzie po wypelnienu specjalnego formularza (podaje sie dane osobowe, numer pociagu, trase, dzien, typ pociagu) i okazaniu paszportu mozna zakupic bilet. Ja wykupilam bilet na sobote. Wyjezdzam do Pune (68 rupii, seater), gdzie spotkam sie z moim przyjacielem Ramchandra. Ramchandra jest Hindusem i znamy sie juz ponad 4.5 roku, wiec mam nadzieje, bedzie to mily czas dla mnie i szybciej dostosuje sie do indyjskich warunkow:) Po zakupie biletu udalysmy sie spacerkiem spowrotem do naszej dzielnicy Colaba. Nie opanowalam sie i zaciagnelam Kache na zakupy. Nowe spodenki i nowa sukienka po 6 miesiacach noszenia tych samych ciuchow, niemal doprowadzily mnie do euforii:) Jak niewiele mi teraz potrzeba do szczescia. W Polsce nienawidze zakupow.. a tu.. fruwam:):) haha...
Reszte wieczoru spedzilysmy na pogaduchach w hotelu:) Tak minal moj drugi dzien w Indiach.
Ciesze sie, ze spedzialam go z Kacha..podobalo mi sie. Jedyne do czego mam zastrzezenia to moj polski. Zapomnialam jak sie mowi po polsku. Trzy miesiace nie uzywalam tego jezyka i wszytko wylecialo z glowy. tearz mysle, spiewam i zastanawiam sie po angielsku. Dlatego komiczne dla mie bylo gdy zaczelam mowic po polski wciskajac co chwila angielskie slowa. WSTYD!!!!:)
I podobno nabralam angielskiego akcentu!!! RATUNKU!!! Przeciez ja nadal jestem Polka:):):)
Ostatniego dnia w Mumbaju postanowilam pozwiedzac okoliczne zakamarki. Najpierw spacerkiem udalam sie w okolice dworca Victoria Train Staton. Budynek dworca uchodzi za najbardziej znany w Mumbaju i zostal uznany przez UNESCO jako dziedzictwo kulturowe. I trzeba przyznac ze robi wrazenie. Bogato rzezbione fasady calkowicie odbiegaja od widoku okolicznych budynkow:) Potem moje nogi podreptaly na pobliski market. Tutaj dopiero poznalam co to znaczy tlum, syf, brud. Wszedzie tysiace ludzi ciagnacych wozki, taszczacych worki, biegajacych z zakupami. W tym miejscu mozna kupic wszystko... poczawszy od ciuchow, poprzez wiertarki, swiece i zwierzeta:) Oczywiscie na kazdym kroku spotyka sie pasace na kupkach smieci krowy. Ale do tego widoku latwo przyzwyczaic sie w Indiach.. w koncu spotyka sie je na kazdym kroku:):)
Z marketu powedrowalam na najbardziej znana plaze Mumbaju - Chowpatty Beach.Trzeba przyznac, ze okolica jest urocza. Widok z deptaku rozposciera sie na zatoke i okoliczne dzielnice Mumbaju. Stad wydaje sie, ze jest on nawet czysty i przyjemny:) Zreszta sam klimat miejsca tworza nie tylko widoki, ale ludzie siedzacy na betonowym deptaku, delektujacy sie zachodzacym sloncem. Jedyne co mnie najbardziej powalilo to widok prawdziwej, piaszczystej plazy... z ta jednak roznica, ze obok piasku plaza pokryta byla warstwa smieci. Hindusom jednak nie bardzo to przeszkadza, bo w usmiechem na twarzy spadceruja po wysypisku niemal jak po przepieknej oazie:):) No coz... ja niestety mam porownanie z plaza w Wietnamie, czy tez w Chinach.. wiec niestety na mojej twarzy nie zagoscil tak szczesliwy usmiech:):) Po spacerku przyszedl czas zatroszczyc sie o zoladek. Udalo mi sie znalezc bardzo przyjemna wegetarianska knajpke, w ktorej ugoscilam sie biryani veg (34 rupie i przepyszna lassi - 18 ruppi). Wieczorek spedzilam w milym towarzystwie Australijki -Sally, ktora przyjechala na wolontariat do Indii. Jestem dla niej pelna podziwu:):)
piątek, 1 sierpnia 2008
niedziela, 27 lipca 2008
我爱中国!- Shanghai - ostatni przystanek na mojej chinskiej drodze
27-29.07.2008
To juz ostatnie moje dni w Chinach, spedzam je wiec na odpoczynku, przerabianiu indyjskiego przewodnika, jak i rozmyslaniach o moich ostatnich 6ciu miesiacach zycia.
Tak.. to juz 6 miesiecy jak jestem w Azji...tak szybko to minelo:)
Czy jest mi teraz smutno, gdy musze opuscic Chiny? TAK... zzylam sie z tym miejscem, ludzmi i wiem, ze zostawiam tu swoje trzy miesiace zycia. Oczywiscie jeden rozdzial sie konczy i zaczyna nastepny, niemniej jestem pelna smutaskowych mysli. Gdy pomysle o wszystkich miejscach jakie odwiedzialam, wszystkich kochanych osobach, jakie poznalam i z ktorymi sie zaprzyjaznilam.. moge stwierdzic, ze Chiny staly sie dla mnie niemal drugim domem. To chyba piekne odczucie i ciesze sie, ze tak wlasnie je zapamiatam.
A co najwazniejsze - na pewno tu WROCE - 我还会回来的!
Spytacie jakie sa moje odczucia i co mysle o Chinach i Chinczykach? To pytanie wieokrotnie zadawali mi napotkani ludzie i co ciekawe za kazdym razem nie mialam problemu z odpowiedzia.
Kocham to miejsce! A Chinczycy sa nabardziej niesamowitymi i najbardziej przyjaznymi ludzmi jakich poznalam. Moim zyczeniem jest, abym to samo mogla kiedys powiedziec o Europejczykach.. szczegolnie jezeli chodzi o pomocna reke, poswiecenie i otwartosc na innych. Chinczycy zaszokowali mnie tymi cechami!!! Poza tym maja jedna genialna zdolnosc - wiedza jak spedzac wolny czas i potrafia sie tym czasem delektowac. My w Europie niestety caly czas biegniemy i nie mamy czasu na najprostsze rzeczy i czynnosci. To smutne. Gdy pomysle o wieczornych tancach na ulicach, cwiczeniu w parku, siedzeniu na ulicy i graniu w karty, czy tez wspolnym spozywaniu posilkow, ktore czasem trwaja nawet dwie godziny...nie moge oprzec sie myslom, ze ja wlasnie takie zycie uwielbiam. Bez wyscigu z czasem, bez biegania za pieniedzmi, kredytami, nowym samochodem,... tu zycie toczy sie innym torem. Torem, ktory mi sie podoba:):)
A dodajac do tego stylu zycia przecudwone krajobrazy, moejsca godne odwiedzenia i zapierajace dech w piersiach moge jedynie napisac ze Chiny to niesamowity kraj!!
I chetnie zostalabym tu dluzej.
Ale wroce - 我还会回来的!- ....... to taka obietnica zlozona samej sobie:):)
Dziekuje wszystkim moim chinskim przyjaciolom - 谢谢.
To juz ostatnie moje dni w Chinach, spedzam je wiec na odpoczynku, przerabianiu indyjskiego przewodnika, jak i rozmyslaniach o moich ostatnich 6ciu miesiacach zycia.
Tak.. to juz 6 miesiecy jak jestem w Azji...tak szybko to minelo:)
Czy jest mi teraz smutno, gdy musze opuscic Chiny? TAK... zzylam sie z tym miejscem, ludzmi i wiem, ze zostawiam tu swoje trzy miesiace zycia. Oczywiscie jeden rozdzial sie konczy i zaczyna nastepny, niemniej jestem pelna smutaskowych mysli. Gdy pomysle o wszystkich miejscach jakie odwiedzialam, wszystkich kochanych osobach, jakie poznalam i z ktorymi sie zaprzyjaznilam.. moge stwierdzic, ze Chiny staly sie dla mnie niemal drugim domem. To chyba piekne odczucie i ciesze sie, ze tak wlasnie je zapamiatam.
A co najwazniejsze - na pewno tu WROCE - 我还会回来的!
Spytacie jakie sa moje odczucia i co mysle o Chinach i Chinczykach? To pytanie wieokrotnie zadawali mi napotkani ludzie i co ciekawe za kazdym razem nie mialam problemu z odpowiedzia.
Kocham to miejsce! A Chinczycy sa nabardziej niesamowitymi i najbardziej przyjaznymi ludzmi jakich poznalam. Moim zyczeniem jest, abym to samo mogla kiedys powiedziec o Europejczykach.. szczegolnie jezeli chodzi o pomocna reke, poswiecenie i otwartosc na innych. Chinczycy zaszokowali mnie tymi cechami!!! Poza tym maja jedna genialna zdolnosc - wiedza jak spedzac wolny czas i potrafia sie tym czasem delektowac. My w Europie niestety caly czas biegniemy i nie mamy czasu na najprostsze rzeczy i czynnosci. To smutne. Gdy pomysle o wieczornych tancach na ulicach, cwiczeniu w parku, siedzeniu na ulicy i graniu w karty, czy tez wspolnym spozywaniu posilkow, ktore czasem trwaja nawet dwie godziny...nie moge oprzec sie myslom, ze ja wlasnie takie zycie uwielbiam. Bez wyscigu z czasem, bez biegania za pieniedzmi, kredytami, nowym samochodem,... tu zycie toczy sie innym torem. Torem, ktory mi sie podoba:):)
A dodajac do tego stylu zycia przecudwone krajobrazy, moejsca godne odwiedzenia i zapierajace dech w piersiach moge jedynie napisac ze Chiny to niesamowity kraj!!
I chetnie zostalabym tu dluzej.
Ale wroce - 我还会回来的!- ....... to taka obietnica zlozona samej sobie:):)
Dziekuje wszystkim moim chinskim przyjaciolom - 谢谢.
我爱中国!
A to podsumowanie mojej trasy w Chinach:
- Hongkong
- Guilin (Guangxi )
- Yangshou
- Kunming (Yunan)
- Lijiang (Yunan)
- Dali (Yunan)
- Shangri La (Yunan)
- Deqin (Yunan)
- Emei Shan (Sichuan)
- Leshan (Sichuan)
- Chengdu (Sichuan)
- Chongqing
- Dazu
- Yangtze River
- Huang Shan (Anhui)
- Hangzhou (Zhejiang)
- Wuzhen (Jiangsu)
- Suzhou (Jiangsu)
- Tongli (Jiangsu)
- Shanghai
- Qufu (Shandong)
- Taishan (Shandong)
- Xian (Shaanxi)
- Hua Shan (Shaanxi)
- Luoyang (Henan)
- Pingyao (Shanxi)
- Taiyuan (Shanxi)
- Datong (Shanxi)
- Bejijng
- Chengde (Hebei)
- Hohhot (Inner Mongolia)
- Lanzhou (Gansu)
- Jiayuguan (Gansu)
- Dunhuang (Gansu)
- Xining (Qinghai)
- Qinghai (Qinghai)
- Shanghai
Pa PA China.. 再见 - do nastepnego....
A to podsumowanie mojej trasy w Chinach:
- Hongkong
- Guilin (Guangxi )
- Yangshou
- Kunming (Yunan)
- Lijiang (Yunan)
- Dali (Yunan)
- Shangri La (Yunan)
- Deqin (Yunan)
- Emei Shan (Sichuan)
- Leshan (Sichuan)
- Chengdu (Sichuan)
- Chongqing
- Dazu
- Yangtze River
- Huang Shan (Anhui)
- Hangzhou (Zhejiang)
- Wuzhen (Jiangsu)
- Suzhou (Jiangsu)
- Tongli (Jiangsu)
- Shanghai
- Qufu (Shandong)
- Taishan (Shandong)
- Xian (Shaanxi)
- Hua Shan (Shaanxi)
- Luoyang (Henan)
- Pingyao (Shanxi)
- Taiyuan (Shanxi)
- Datong (Shanxi)
- Bejijng
- Chengde (Hebei)
- Hohhot (Inner Mongolia)
- Lanzhou (Gansu)
- Jiayuguan (Gansu)
- Dunhuang (Gansu)
- Xining (Qinghai)
- Qinghai (Qinghai)
- Shanghai
Pa PA China.. 再见 - do nastepnego....
Qinghai Lake - niemal jak w raju!!!
20-24.07.2008
Droga do Xining w prowincji Qinghai nie byla meczaca. Po czterech godzinach jazdy pociagiem i podziwiania pieknych widokow za oknem dostarlam do celu. Podobnie znalezienie noclegu nie bylo zbyt trudne, gdyz w miescie znajduja sie dwa miedzynarodowe hostele. Ja wybralam bardziej oddalony od centrum, gdyz czulam potrzebe oderwania sie od miejskiego zgielku. Autobusem 32 (dojazd mozliwy rowniez autobusem 33) dotarlam do Qinghai Sangzhu Youth Hostel (lozko w 6-ciosobowym dormie - 15Y). Hostel jest naprawde miulchny i ma sie ochote tu zostac znacznie dluzej:). Ja niestety nie mialam na to czasu:)
Moj plan zakladal zwiedzenie okolic slawetnego Qinghai Lake. Pozostawalo tylko pytanie jak sie tam dostac skoro nie ma zadnego publicznego transportu w te okolice?? hmm...
Po raz kolejny szczescie zawitalo jednak do moich drzwi:) Zaraz po przyjezdzie do hostelu zaczepil mnie przemily Chinczyk - Elulue - z pytaniem czy moze nie chce sie wybrac z nim i grupa jego przyjaciol nad jezioro nastepnego dnia? Czy oni czytali w moich myslach? Wlasnie tego potrzebowalam:):) Oczywiscie z entuzjazmem zgodzilam sie na wspolna wyprawe:):) Jak sie okazalo wynajelismy samochod i kierowce na dwa dni, podczas ktorych mielismy objechac Qinghai Lake dookola. Super. Oplata za dwa dni - 120Y, a wiec niemal jak za darmo:)
Wyruszylismy nastepnego poranka (22.07). Najpierw dwie godziny jazdy autostrada w okolice jeziora (300 km od Xining). Pogoda byla niesamowita, swiecilo sloneczko, niebo bylo blekitne, wokolo pagorki pokryte blyszczaca w sloncu trawa, a do tego liczne pola rzepaku i pasace sie obok jaki i owce!! Sielanka.. Az ciezko bylo uwierzyc, ze cos tak pieknego istnieje:)
Zanim dotarlismy do jeziora zwiedzilsimy tybetanska swiatynie - dwie pagody na przeleczy Sun Moon. Miejsce bardzo turystyczne, ale zarazem bardzo urokliwe dzieki licznym tybetanskim choragiewkom i nieziemskim widokom na gory wookolo!. Potem przyszedl czas na samo Qinghai Lake. WOW.. wydawalo sie, ze piekniej byc nie moze.. a jednak...olbrzymie blekitne jezioro, na drugim jego krancu gory, a przed nami zolte pola rzepaku.. niemal jak raj!!! Juz wiem dlaczego jezioro to uchodzi za najpiekniejsze w Chinach:) Tysiace postojow, zdjec i delektowania sie widokami. Co ciekawe podczas naszego objazdu jeziora widzialam chyba tylko trzy miasteczka... tym samym mozna poczuc tu prawdziwe spotyka nie z natura, tylko pola, pogorki, trawy, pasace sie zwierzeta i ta niesamowita przestrzen z blekitnym jeziorem w tle!! Takich widokow nie sposob zapomniec! Oczywiscie na calej trasie znajduja sie liczne punkty widokowe, my jednak wraz z naszym genialnym kierowca wbieralismy miejsca trudno dostepne, gdzie moglismy sie delektowac natura w samotnosci (a przy tym nie musielismy placic za wstep). Zatrzymalismy sie jedynie w kilku punktach, gdzie mozna bylo zrobic zdjecia w rzepaku (co ciekawe na calej trasie sa pola rzepakowe, za wstep na ktore trzeba uiscic oplate - 3Y), mozliwe sa rozwniez przejazdzki konno, zdjecia z Tybetanskimi dziecmi i tysiace innych atrakcji przeznaczonych dla turystow:) Po przepieknym zwiedzeniu poludniowego brzegu jeziora zatrzymalismy sie na nocleg na jedym ze swoistych "tybetanskich kampingow" - kilka kolorowych namiotow, w ktorych nie ma nic poza materacem:) Wszystkie porozstawiane sa nad sammym brzegiem jeziora co tworzy wieczorem i o wschodzie slonca naprawde mistyczny klimat:) (oplata 30Y). Oczyiwscie mozna rowniez skosztowac typow tybetanskich potraw:)
Wraz z chinskimi przyjaciolmi spedzialam popoludnie moczac nogi w zimnym jeziorze..brrr, stopy krzyczaly "zimno" ale na twarzy widnial usmiech... patrzac na przepiekna powierzchnie wody i gory na horyzoncie...nie mozna bylo sie skupiac na takich blachostkach jakzimne stopy:):) Na zachod slonca postanowilsim wdrapac sie na pobliskie pagorki, niestety tysiace zdjec, glupot po drodze.. spowodowaly, ze mielismy male opoznienie i sloneczko zaszlo bez naszej obecnosci:) Nagroda jednak bylo niebo pelne gwiazd, gdy po ciemku schodzilismy na dol...widok nieba pelnego gwiazd nie jest popularny w Chinach, w miastach go nie zobzcaysz, a i poza nimi ciezko o taki widok:) Wiec bylismy szczesciarzami:)
Noc minela nam spokojnie choc czasem bylo zimnawo:) Potem pobudka o 6tej rano (23.07) i podziwianie przepieknego wschodu slonca tuz nad tafla jeziora. WOW... kolejny zachwyt na naszych twarzach:) Okolo 8mej opuscilismy nasz tybetanski zakatek dziekujac naszym gospodarzom za goscine:) Kolejne godziny to jazda przez pustkowia, laki z przecudownymi kwiatami, pola, na ktorych pasly sie jaki, owce i ciagle migajaca w tyle tafle wody Qinghai Lake:) Tysiace postojow ze smiesznymi sesjami zdjeciowymi:), wizyta na wydmach po drugiej stronie jeziora, sniadanie w tybetanskiej knajpce i niestety powrot do Xining. Jedynym miejscem ktorego nie zwiedizlsimy byla slawetna wyspa Niao Dao, znana z obecnosci tysiaca roznorodnych ptakow. Niestety sezon wlasnie minal i wszystkie wyemigrowaly do Indii, wiec nie bylo sensu zwiedzania tego miesjca. Skoro jednak polecialy w indyjskie rejony... moze uda mi sie je zobaczyc wlasnie tam....hmm.. sladami ptakow z Qinghai Lake.. tytul na moja wyprawe w Indiach:)
Do Xining dojechalismy okolo 15tej. Chwila odpoczynku w hotelu, a potem wraz z moimi chinskim przyjaciolmi udalismy sie do centrum na przepyszny obiad w muzulmanskiej knajpce (tym razem zamowilsimy 4 wielkie garnuszki miesa wraz z warzywami... cudo dla podniebienia). Potem odwiedziny na lokalnzm nocnym markecie i zakup drobnych pamiatek:)
To byly naprawde piekne dwa dni, z przecudownymi widokami i wysmienitym towarzystwem. W takich momentach czuje sie jak szczesciara:)
Natepnego dnia (24.07) wraz z trzema poznanymi wczesniejszego wieczora w hotelu, kolezankami z Belgii udalam sie do swiatyni Taer Si (wstep 80Y). To jedna z 6ciu najwiekszych i najwazniejszych tybetanskich swiatyn poza Tybetem. Wiele osob nie reguje entuzjazemem na wspomnienie tej swiatyni, ze wzgledu na ogromna liczbe turystow. Na mnie jednak swiatynia zrobila genialne wrazenie. Szczegolnie wnetrza poszczegolnych budynkow, wszedzie kolorowe choragieski, sciany obleczone kolorowymi dywanami, liczne tybetanskie posazki i wszedzie spacerujacy tybetanscy mnisi. Dla mnie to byl raj,.. moze dlatego, ze Tybet jest tak gleboko w moim sercu.. to miejsce, ktore wywoluje blysk w moich oczach, sama mysl o Tybecie sprawia ze moje serce bije szybciej, a ja czuje sie rozanielona. Cos mam przeczucie, ze jak nastepnym razem zawitam do Azji z wizyta w Tybecie.. juz stamtad nie wroce:):)
Dojazd do swiatyni jest calkiem latwy. Najpierw jednym z lokalnych autobusow (najlepiej 33 sprzed dworca kolejowego) nalezy udac sie w okolice Kunlun Bridge, skad za 8 Y od osoby taksowka dojezdza sie do samej swiatyni. Swiatynia obejmuje kompleks 9 swiatyn, niestety w chwili obecnej niewszytkie sa otwarte. Wraz z kolezankami spedzilysmy tu ponad 4 godziny i wydawalo sie, ze nie jest to wystarczajace. Oprocz pieknych tybetanskich wystrojow, ktore powalaly mnie swoim mistycyzmem.. w pamiec wbily mi sie rowniez grupy modlacych sie Tybetanczykow. Popularne jest przyjezdzanie do tej swiatyni i spedzenie w niej nawet 3 miesiecy modlac sie poklonami (jak sie dowiedzialam najbardziej wytrwali robia 100 tys poklonow i dopiero wtedy ich modliwa jest prawdziwa. WOW.. niesamowite).
Mnie sie to miejsce bardzo podobalo, niestety po raz kolejny czas mnie gonil. Moj pociag powrotny do Lanzhou byl o 17tej, wiec zostalo niewiele czasu:( W drodze do hotelu spotkalam najpiekniejszego na swiecie mnicha.. jak sie okazalo mieszka w Lhasie i przyjechal odwiedzic Taer Si. W takich momentach bardzo zaluje, ze nie mowie po chinsku, bo mialam do niego tyle pytan.. przeciez pochodzi z moich ukochanych rejonow.. poza tym taki przystojny mnich.. az przychodzi mi na mysl, ze sie marnuje:):) Gdyby nie ten mnisi stroj jestem pewna, ze kobiety ustawialyby sie za nim rzadkiem:) hahaha.. a ja bylabym pierwsza:)
Do hotelu dotarlam okolo 16tej, szybki telefon do YuanJie w Lanzhou (zarezerwowal mi hotel na ta noc... jest kochany), pozegnanie z moja ulubiona wspolokatorka Mia (niesamowita Chinka, ktora podrozuje po Chinach juz trzy lata) i biegiem na dworzec:)
Pociag odjechal punktualnie. Niestety wykupilam bilet na najwolniejszy pociag wiec droga zajela okolo 5ciu godzin (koszt 17Y).
Do Lanzhou doejchalam okolo 22giej. Tu czekal juz na mnie YuanJie:) Jaka to fajna swiadomosc, ze ktos cie przywita na miejscu.. niemal jak w domu:):) Z dworca pojechalismy do hotelu w okolicach domu YuanJie (30Y za pokoj). Potem poszlismy na pyszna kolacyjke. Pomimo pozniej godziny na chinskich ulicach wszedzie porostawaiane sa krzesla, stoly, a Chinczycy siedza i delektuja sie snack'ami. My zamowilismy chinski przysmak - pieczone i ostro przyprawione miesko na patykach.. uwielbiam to!!! Zreszta cala chinska kuchnia powala mnie na kolana:):) Po miluchnej kolacji przyszedl czas na odpoczynek:)
Nastepnego dnia (25.07) po pysznym sniadanku wraz z YuanJie (beef noddle - 4Y), udalismy sie do kuzyna Yuan'a. Poniewaz w ciagu najblizszych dwoch dni musialam dostac sie do Shanghaju skad mam samolot do Indii, musialam nabyc bilet na pociag. Jednak jak to wChinach bywa nie nalezy to do najlatwiejszych...Podczas mojej obecnosci w Qinghai, Yuan odwiedzal stacje kolejowa kilkakrotnie z proba zakupu biletu. Niestety za kazdym razem rowniez w jego przypadku padala odpowiedz "mejo":):) Jak widac zakup biletu rowniez dla lokalnych nie jest najlatwiejszy:)
Mialam jednak szczescie, bo Yuan'a kuzyn pracuje na kolei, wiec wystraczylo sie zjawic u niego dzien przed odjazdem pociagu i bez problemu dostaje sie bilet na kazdy pociagi kazdy rodzaj spania czy siedzenia:) Wykupilam wiec bilet na pociag K378 (hard sleeper - 423Y, 32 godziny jazdy:):), nie wyobrazam sobie siedzenie przez tak dlugi czas:):). Po zalatwieniu formalnosci biletowcyh przyszedl czas na rozrywke::) Poszlismy do kina:) Pora byla wczesna bo 11ta wiec kino bylo puste. Tylko my.. super.. podobaja mi sie te chinskie kina. W Polsce ciezko trafic na seans, aby delektowac sie nim w samotnosci:)
Film jaki obejzelismy to typowo chinska produkcja.. cale szczescie byly napisy po angielsku, ale prosze nie pytajcie o ich jakosc:):) Czasem mialam niezly ubaw. Tytul filmu to "Red Cliff" i byla to pierwsza czesc slawnej chinskiej historii.. nie pozostaje mi sie nic innego jak wrocic do Chin, aby obejrzec druga czesc:) Zreszta taka jest moja umowa z Yuan'em:) Nie mam wyboru.. musze wrocic:) Przeciez nie wiem jak sie historia skonczy:):)
Po kinie pospacerowalsimy po miescie i wrocilismy do domu, gdzie czekali na nas rodzice:) Jacy oni sa niesamowici.. mama juz u wejscia starala sie nas przekonac, abysmy cos zjedli, tato z kolei umilal nam czas spiewem. Super. Popoludniu zalatwilismy wraz z Yuanem jeszcze jedna rzecz - moj plecak jest ogromny i wymaga oproznienia. Postanowilam wiec wyslac kilka zbednych szpargalow do Polski. Niestety jak sie okazalo na chwile obecna nie jest to proste. Od 1.07 zostaly wprowadzone zaostrzone przepisy co mozna wysylac, a co nie. I jak sie okazalo po spakowaniu dozwolonych rzeczy zostalam z polowa torby, ktorej nie moglam wyslac. Ale bylam zla... wszystko przez "ukochana Olimpiade".. ahhhh...
Po chwilach nerow przyszedl czas jednak na rozrywke. Napierw przepyszna kolacja z Yuan'em, jego dziewczyna i rodzicami!!! Mniam...!!! W Lanzhou jest zwyczaj, ze gdy przyjezdzaja goscie wita sie ich "beef noddle", a z kolei gdy odjezdzaja zegna "dumplings". Dlatego tez na stole staly liczne talerze z przecudwnymi "dumplings" WOW.. miod w buzi:):) Mama Yuan'a moze zostac szefem chinskiej kuchni i na pewno zrobi wielka kariere:):)
Po ogromnym posilku trzeba bylo sie troszke poruszac.. nasze zoladki tego wymagaly.. poszlismy wiec cala rodzinka na pobliskie podworko, gdzie ponad dwie godziny gralismy w badmintona. Wow.. jak ja dawno nie gralam w takie proste gry.. cala mokra, spocona. ale szczesliwa biegalam za lotka ponad dwie godziny.. przypomnialy mi sie chwile z moich kochanych Zernik.. niemal jak w domu!!!
Zreszta czulam sie jak w domu...rodzice Yuan'a traktowali mnie jak czlonka rodziny, wiec tym bardziej te chwile byly niezapomniane dla mnie. Tak daleko od domu, od moich prawdziwych, kochanych rodzicow i przyjaciol.. wiec takie chwile daja mi namiastke, tego za czym tak tesknie:)
YuanJie this is massage for you:) - 谢谢.
I know that my Chinesse is only "acceptable" (可接受的), but I hope you understand what I mean:)
To spowodowalo, ze gdy opuszczalam wieczorem dom Yuan'a na mojej twrzy byly lzy... juz za nimi tesknilam.. No coz.. trzeba isc dalej..niemniej jestem szczesliwa, ze spotkalam ich na mojje drodze:)
Na dworzec dojechalismy taksowka, tu smutne pozegnanie (再见) i ze smutkiem, tesknota w oczach oczekiwanie na pociag, ktory odjezdzal z Lanzhou o 1.40 w nocy. Nie nudzilam sie jednak za dlugo, bo zaraz znalazla sie para przemilych mlodych chlopakow, ktorzy nie pozwolii mi sie smutkowac:) Milo z ich strony:)
Przede mna 32 godziny w pociagu i juz niebawem zawitam do Shanghaju. Moj ostatni przystanek w Chinach:( Jak sie okazalo tak dluga podroz nie byla meczaca, poza wieloma osobami ktore urozmaicaly mi czas, sluchalam mojej ukochanej chinskiej muzyki i wspominalam chwile spedzone w Chinach. Spedzilam tu prawie 3,5 miesiaca i obecnie zostawiam czastke siebie.. ahhh. Ciezkie rozstanie. Jakbym zostawiala dom.. nie chce opuszczac Chin!!!! Jestem tu szczesliwa... wiec moje serce placze, ze trzeba opuscic ta ziemie i moich kochanych chinskich przyjaciol, z ktorymi tak bardzio sie zzylam!!!
Ale wroce tu!!! Na pewno!!!
Droga do Xining w prowincji Qinghai nie byla meczaca. Po czterech godzinach jazdy pociagiem i podziwiania pieknych widokow za oknem dostarlam do celu. Podobnie znalezienie noclegu nie bylo zbyt trudne, gdyz w miescie znajduja sie dwa miedzynarodowe hostele. Ja wybralam bardziej oddalony od centrum, gdyz czulam potrzebe oderwania sie od miejskiego zgielku. Autobusem 32 (dojazd mozliwy rowniez autobusem 33) dotarlam do Qinghai Sangzhu Youth Hostel (lozko w 6-ciosobowym dormie - 15Y). Hostel jest naprawde miulchny i ma sie ochote tu zostac znacznie dluzej:). Ja niestety nie mialam na to czasu:)
Moj plan zakladal zwiedzenie okolic slawetnego Qinghai Lake. Pozostawalo tylko pytanie jak sie tam dostac skoro nie ma zadnego publicznego transportu w te okolice?? hmm...
Po raz kolejny szczescie zawitalo jednak do moich drzwi:) Zaraz po przyjezdzie do hostelu zaczepil mnie przemily Chinczyk - Elulue - z pytaniem czy moze nie chce sie wybrac z nim i grupa jego przyjaciol nad jezioro nastepnego dnia? Czy oni czytali w moich myslach? Wlasnie tego potrzebowalam:):) Oczywiscie z entuzjazmem zgodzilam sie na wspolna wyprawe:):) Jak sie okazalo wynajelismy samochod i kierowce na dwa dni, podczas ktorych mielismy objechac Qinghai Lake dookola. Super. Oplata za dwa dni - 120Y, a wiec niemal jak za darmo:)
Wyruszylismy nastepnego poranka (22.07). Najpierw dwie godziny jazdy autostrada w okolice jeziora (300 km od Xining). Pogoda byla niesamowita, swiecilo sloneczko, niebo bylo blekitne, wokolo pagorki pokryte blyszczaca w sloncu trawa, a do tego liczne pola rzepaku i pasace sie obok jaki i owce!! Sielanka.. Az ciezko bylo uwierzyc, ze cos tak pieknego istnieje:)
Zanim dotarlismy do jeziora zwiedzilsimy tybetanska swiatynie - dwie pagody na przeleczy Sun Moon. Miejsce bardzo turystyczne, ale zarazem bardzo urokliwe dzieki licznym tybetanskim choragiewkom i nieziemskim widokom na gory wookolo!. Potem przyszedl czas na samo Qinghai Lake. WOW.. wydawalo sie, ze piekniej byc nie moze.. a jednak...olbrzymie blekitne jezioro, na drugim jego krancu gory, a przed nami zolte pola rzepaku.. niemal jak raj!!! Juz wiem dlaczego jezioro to uchodzi za najpiekniejsze w Chinach:) Tysiace postojow, zdjec i delektowania sie widokami. Co ciekawe podczas naszego objazdu jeziora widzialam chyba tylko trzy miasteczka... tym samym mozna poczuc tu prawdziwe spotyka nie z natura, tylko pola, pogorki, trawy, pasace sie zwierzeta i ta niesamowita przestrzen z blekitnym jeziorem w tle!! Takich widokow nie sposob zapomniec! Oczywiscie na calej trasie znajduja sie liczne punkty widokowe, my jednak wraz z naszym genialnym kierowca wbieralismy miejsca trudno dostepne, gdzie moglismy sie delektowac natura w samotnosci (a przy tym nie musielismy placic za wstep). Zatrzymalismy sie jedynie w kilku punktach, gdzie mozna bylo zrobic zdjecia w rzepaku (co ciekawe na calej trasie sa pola rzepakowe, za wstep na ktore trzeba uiscic oplate - 3Y), mozliwe sa rozwniez przejazdzki konno, zdjecia z Tybetanskimi dziecmi i tysiace innych atrakcji przeznaczonych dla turystow:) Po przepieknym zwiedzeniu poludniowego brzegu jeziora zatrzymalismy sie na nocleg na jedym ze swoistych "tybetanskich kampingow" - kilka kolorowych namiotow, w ktorych nie ma nic poza materacem:) Wszystkie porozstawiane sa nad sammym brzegiem jeziora co tworzy wieczorem i o wschodzie slonca naprawde mistyczny klimat:) (oplata 30Y). Oczyiwscie mozna rowniez skosztowac typow tybetanskich potraw:)
Wraz z chinskimi przyjaciolmi spedzialam popoludnie moczac nogi w zimnym jeziorze..brrr, stopy krzyczaly "zimno" ale na twarzy widnial usmiech... patrzac na przepiekna powierzchnie wody i gory na horyzoncie...nie mozna bylo sie skupiac na takich blachostkach jakzimne stopy:):) Na zachod slonca postanowilsim wdrapac sie na pobliskie pagorki, niestety tysiace zdjec, glupot po drodze.. spowodowaly, ze mielismy male opoznienie i sloneczko zaszlo bez naszej obecnosci:) Nagroda jednak bylo niebo pelne gwiazd, gdy po ciemku schodzilismy na dol...widok nieba pelnego gwiazd nie jest popularny w Chinach, w miastach go nie zobzcaysz, a i poza nimi ciezko o taki widok:) Wiec bylismy szczesciarzami:)
Noc minela nam spokojnie choc czasem bylo zimnawo:) Potem pobudka o 6tej rano (23.07) i podziwianie przepieknego wschodu slonca tuz nad tafla jeziora. WOW... kolejny zachwyt na naszych twarzach:) Okolo 8mej opuscilismy nasz tybetanski zakatek dziekujac naszym gospodarzom za goscine:) Kolejne godziny to jazda przez pustkowia, laki z przecudownymi kwiatami, pola, na ktorych pasly sie jaki, owce i ciagle migajaca w tyle tafle wody Qinghai Lake:) Tysiace postojow ze smiesznymi sesjami zdjeciowymi:), wizyta na wydmach po drugiej stronie jeziora, sniadanie w tybetanskiej knajpce i niestety powrot do Xining. Jedynym miejscem ktorego nie zwiedizlsimy byla slawetna wyspa Niao Dao, znana z obecnosci tysiaca roznorodnych ptakow. Niestety sezon wlasnie minal i wszystkie wyemigrowaly do Indii, wiec nie bylo sensu zwiedzania tego miesjca. Skoro jednak polecialy w indyjskie rejony... moze uda mi sie je zobaczyc wlasnie tam....hmm.. sladami ptakow z Qinghai Lake.. tytul na moja wyprawe w Indiach:)
Do Xining dojechalismy okolo 15tej. Chwila odpoczynku w hotelu, a potem wraz z moimi chinskim przyjaciolmi udalismy sie do centrum na przepyszny obiad w muzulmanskiej knajpce (tym razem zamowilsimy 4 wielkie garnuszki miesa wraz z warzywami... cudo dla podniebienia). Potem odwiedziny na lokalnzm nocnym markecie i zakup drobnych pamiatek:)
To byly naprawde piekne dwa dni, z przecudownymi widokami i wysmienitym towarzystwem. W takich momentach czuje sie jak szczesciara:)
Natepnego dnia (24.07) wraz z trzema poznanymi wczesniejszego wieczora w hotelu, kolezankami z Belgii udalam sie do swiatyni Taer Si (wstep 80Y). To jedna z 6ciu najwiekszych i najwazniejszych tybetanskich swiatyn poza Tybetem. Wiele osob nie reguje entuzjazemem na wspomnienie tej swiatyni, ze wzgledu na ogromna liczbe turystow. Na mnie jednak swiatynia zrobila genialne wrazenie. Szczegolnie wnetrza poszczegolnych budynkow, wszedzie kolorowe choragieski, sciany obleczone kolorowymi dywanami, liczne tybetanskie posazki i wszedzie spacerujacy tybetanscy mnisi. Dla mnie to byl raj,.. moze dlatego, ze Tybet jest tak gleboko w moim sercu.. to miejsce, ktore wywoluje blysk w moich oczach, sama mysl o Tybecie sprawia ze moje serce bije szybciej, a ja czuje sie rozanielona. Cos mam przeczucie, ze jak nastepnym razem zawitam do Azji z wizyta w Tybecie.. juz stamtad nie wroce:):)
Dojazd do swiatyni jest calkiem latwy. Najpierw jednym z lokalnych autobusow (najlepiej 33 sprzed dworca kolejowego) nalezy udac sie w okolice Kunlun Bridge, skad za 8 Y od osoby taksowka dojezdza sie do samej swiatyni. Swiatynia obejmuje kompleks 9 swiatyn, niestety w chwili obecnej niewszytkie sa otwarte. Wraz z kolezankami spedzilysmy tu ponad 4 godziny i wydawalo sie, ze nie jest to wystarczajace. Oprocz pieknych tybetanskich wystrojow, ktore powalaly mnie swoim mistycyzmem.. w pamiec wbily mi sie rowniez grupy modlacych sie Tybetanczykow. Popularne jest przyjezdzanie do tej swiatyni i spedzenie w niej nawet 3 miesiecy modlac sie poklonami (jak sie dowiedzialam najbardziej wytrwali robia 100 tys poklonow i dopiero wtedy ich modliwa jest prawdziwa. WOW.. niesamowite).
Mnie sie to miejsce bardzo podobalo, niestety po raz kolejny czas mnie gonil. Moj pociag powrotny do Lanzhou byl o 17tej, wiec zostalo niewiele czasu:( W drodze do hotelu spotkalam najpiekniejszego na swiecie mnicha.. jak sie okazalo mieszka w Lhasie i przyjechal odwiedzic Taer Si. W takich momentach bardzo zaluje, ze nie mowie po chinsku, bo mialam do niego tyle pytan.. przeciez pochodzi z moich ukochanych rejonow.. poza tym taki przystojny mnich.. az przychodzi mi na mysl, ze sie marnuje:):) Gdyby nie ten mnisi stroj jestem pewna, ze kobiety ustawialyby sie za nim rzadkiem:) hahaha.. a ja bylabym pierwsza:)
Do hotelu dotarlam okolo 16tej, szybki telefon do YuanJie w Lanzhou (zarezerwowal mi hotel na ta noc... jest kochany), pozegnanie z moja ulubiona wspolokatorka Mia (niesamowita Chinka, ktora podrozuje po Chinach juz trzy lata) i biegiem na dworzec:)
Pociag odjechal punktualnie. Niestety wykupilam bilet na najwolniejszy pociag wiec droga zajela okolo 5ciu godzin (koszt 17Y).
Do Lanzhou doejchalam okolo 22giej. Tu czekal juz na mnie YuanJie:) Jaka to fajna swiadomosc, ze ktos cie przywita na miejscu.. niemal jak w domu:):) Z dworca pojechalismy do hotelu w okolicach domu YuanJie (30Y za pokoj). Potem poszlismy na pyszna kolacyjke. Pomimo pozniej godziny na chinskich ulicach wszedzie porostawaiane sa krzesla, stoly, a Chinczycy siedza i delektuja sie snack'ami. My zamowilismy chinski przysmak - pieczone i ostro przyprawione miesko na patykach.. uwielbiam to!!! Zreszta cala chinska kuchnia powala mnie na kolana:):) Po miluchnej kolacji przyszedl czas na odpoczynek:)
Nastepnego dnia (25.07) po pysznym sniadanku wraz z YuanJie (beef noddle - 4Y), udalismy sie do kuzyna Yuan'a. Poniewaz w ciagu najblizszych dwoch dni musialam dostac sie do Shanghaju skad mam samolot do Indii, musialam nabyc bilet na pociag. Jednak jak to wChinach bywa nie nalezy to do najlatwiejszych...Podczas mojej obecnosci w Qinghai, Yuan odwiedzal stacje kolejowa kilkakrotnie z proba zakupu biletu. Niestety za kazdym razem rowniez w jego przypadku padala odpowiedz "mejo":):) Jak widac zakup biletu rowniez dla lokalnych nie jest najlatwiejszy:)
Mialam jednak szczescie, bo Yuan'a kuzyn pracuje na kolei, wiec wystraczylo sie zjawic u niego dzien przed odjazdem pociagu i bez problemu dostaje sie bilet na kazdy pociagi kazdy rodzaj spania czy siedzenia:) Wykupilam wiec bilet na pociag K378 (hard sleeper - 423Y, 32 godziny jazdy:):), nie wyobrazam sobie siedzenie przez tak dlugi czas:):). Po zalatwieniu formalnosci biletowcyh przyszedl czas na rozrywke::) Poszlismy do kina:) Pora byla wczesna bo 11ta wiec kino bylo puste. Tylko my.. super.. podobaja mi sie te chinskie kina. W Polsce ciezko trafic na seans, aby delektowac sie nim w samotnosci:)
Film jaki obejzelismy to typowo chinska produkcja.. cale szczescie byly napisy po angielsku, ale prosze nie pytajcie o ich jakosc:):) Czasem mialam niezly ubaw. Tytul filmu to "Red Cliff" i byla to pierwsza czesc slawnej chinskiej historii.. nie pozostaje mi sie nic innego jak wrocic do Chin, aby obejrzec druga czesc:) Zreszta taka jest moja umowa z Yuan'em:) Nie mam wyboru.. musze wrocic:) Przeciez nie wiem jak sie historia skonczy:):)
Po kinie pospacerowalsimy po miescie i wrocilismy do domu, gdzie czekali na nas rodzice:) Jacy oni sa niesamowici.. mama juz u wejscia starala sie nas przekonac, abysmy cos zjedli, tato z kolei umilal nam czas spiewem. Super. Popoludniu zalatwilismy wraz z Yuanem jeszcze jedna rzecz - moj plecak jest ogromny i wymaga oproznienia. Postanowilam wiec wyslac kilka zbednych szpargalow do Polski. Niestety jak sie okazalo na chwile obecna nie jest to proste. Od 1.07 zostaly wprowadzone zaostrzone przepisy co mozna wysylac, a co nie. I jak sie okazalo po spakowaniu dozwolonych rzeczy zostalam z polowa torby, ktorej nie moglam wyslac. Ale bylam zla... wszystko przez "ukochana Olimpiade".. ahhhh...
Po chwilach nerow przyszedl czas jednak na rozrywke. Napierw przepyszna kolacja z Yuan'em, jego dziewczyna i rodzicami!!! Mniam...!!! W Lanzhou jest zwyczaj, ze gdy przyjezdzaja goscie wita sie ich "beef noddle", a z kolei gdy odjezdzaja zegna "dumplings". Dlatego tez na stole staly liczne talerze z przecudwnymi "dumplings" WOW.. miod w buzi:):) Mama Yuan'a moze zostac szefem chinskiej kuchni i na pewno zrobi wielka kariere:):)
Po ogromnym posilku trzeba bylo sie troszke poruszac.. nasze zoladki tego wymagaly.. poszlismy wiec cala rodzinka na pobliskie podworko, gdzie ponad dwie godziny gralismy w badmintona. Wow.. jak ja dawno nie gralam w takie proste gry.. cala mokra, spocona. ale szczesliwa biegalam za lotka ponad dwie godziny.. przypomnialy mi sie chwile z moich kochanych Zernik.. niemal jak w domu!!!
Zreszta czulam sie jak w domu...rodzice Yuan'a traktowali mnie jak czlonka rodziny, wiec tym bardziej te chwile byly niezapomniane dla mnie. Tak daleko od domu, od moich prawdziwych, kochanych rodzicow i przyjaciol.. wiec takie chwile daja mi namiastke, tego za czym tak tesknie:)
YuanJie this is massage for you:) - 谢谢.
I know that my Chinesse is only "acceptable" (可接受的), but I hope you understand what I mean:)
To spowodowalo, ze gdy opuszczalam wieczorem dom Yuan'a na mojej twrzy byly lzy... juz za nimi tesknilam.. No coz.. trzeba isc dalej..niemniej jestem szczesliwa, ze spotkalam ich na mojje drodze:)
Na dworzec dojechalismy taksowka, tu smutne pozegnanie (再见) i ze smutkiem, tesknota w oczach oczekiwanie na pociag, ktory odjezdzal z Lanzhou o 1.40 w nocy. Nie nudzilam sie jednak za dlugo, bo zaraz znalazla sie para przemilych mlodych chlopakow, ktorzy nie pozwolii mi sie smutkowac:) Milo z ich strony:)
Przede mna 32 godziny w pociagu i juz niebawem zawitam do Shanghaju. Moj ostatni przystanek w Chinach:( Jak sie okazalo tak dluga podroz nie byla meczaca, poza wieloma osobami ktore urozmaicaly mi czas, sluchalam mojej ukochanej chinskiej muzyki i wspominalam chwile spedzone w Chinach. Spedzilam tu prawie 3,5 miesiaca i obecnie zostawiam czastke siebie.. ahhh. Ciezkie rozstanie. Jakbym zostawiala dom.. nie chce opuszczac Chin!!!! Jestem tu szczesliwa... wiec moje serce placze, ze trzeba opuscic ta ziemie i moich kochanych chinskich przyjaciol, z ktorymi tak bardzio sie zzylam!!!
Ale wroce tu!!! Na pewno!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)